Kielecki spleen i risy. „CK Monogatari” Artura Laisena

O tym, jak głęboko sięgają nasze korzenie, o wadze wspomnień, kreowaniu rzeczywistości, postrzeganiu czasu i przestrzeni. I o lisiej magii gdzieś pomiędzy.

CK-Monogatari-Artur-Laisen

Pan Toru, doświadczony i ceniący tradycję yakuza, który zawsze wywiązuje się z przydzielonych mu zleceń, otrzymuje nowe zadanie. Ma pokrzyżować komuś plany, możliwie zachowując tego kogoś przy życiu. Trudna sprawa. Żeby było bardziej surrealistycznie, celem tym jest nie człowiek, a kitsune, lis o ponadnaturalnych zdolnościach, zaś miejscem jego pobytu – odległa i egzotyczna Polska. Panu Toru zadanie jest kompletnie nie na rękę, ale honor zobowiązuje.

Tymczasem na cmentarzu w Cedzynie Piotr Jaskulski, trzydziestoparoletni dyrektor finansowy firmy KZDM-Nagita Kielce, odwiedza groby swoich rodziców. Nie żeby robił to często, ale zbliżają się święta Bożego Narodzenia, więc wypada. Zastanawia się nad sobą, nad swoim życiem. W pewnej chwili wydaje mu się, że z ciemności przygląda mu się jakieś zwierzę. Kot? Pies? Trudno określić, widać bowiem tylko żółte źrenice. Zamiatając puszystym ogonem, zwierzę – które jakby z premedytacją nie spuszczało z niego wzroku – znika. Piotr jedzie na pływalnię (swoim czarnym, najnowszym lexusem), a później wraca do domu (120-metrowego apartamentu z widokiem na zalew miejski i plażę). Z wielkiej, lecz niemal pustej lodówki wyjmuje dwie kanapki i piwo, po czym opada na fotel. Jest sam. Jakkolwiek wiele w życiu osiągnął – dobre studia, staż w Anglii, szybka kariera, pokaźne sumy na koncie – zasadniczo był i jest w życiu sam. Rodzice umarli, związku stałego z żadną kobietą nie zbudował, przyjaciele z dzieciństwa też jakoś zniknęli. Wyciąga stary notes z numerami telefonów, kartkuje go, wspomina, szuka kogoś, do kogo mógłby zadzwonić, chwilę choćby porozmawiać. W nocy śnią mu się demony i mglista postać kobiety z okienka nr 6, z którą kiedyś pracował.

Kolejny dzień, kolejne wspomnienia. Piotr myśli nad firmą, w której pracuje, nad swoją w niej karierą, nad przejęciem spółki przez Nagitę, nad pojawieniem się w kieleckich biurach japońskiego zarządu, wreszcie – nad wiceprezesem Sho Kyubimorim, tak dalece odstającym od stereotypowego obrazu Japończyka. Właśnie, wiceprezes – człowiek światowy, o nienagannych, choć momentami mało japońskich manierach, zafascynowany architekturą, otwarty, błyskotliwy, władający wieloma językami, w tym, ku zdumienia Piotra, również polskim. Czego szuka w Kielcach? Czemu to tutaj, w tym przeciętnym, szarym i raczej nudnym mieście, chce zbudować nowe centrum Nagity? I czemu, choć na cel ten przeznacza się ogromne fundusze, nikt poza nim nie widział jeszcze planów tego centrum? Sho Kyubimori, w swobodnej, pozabiznesowej rozmowie, proponuje Piotrowi – czysto teoretycznie – posadę analityka w Nowym Jorku. Ma znajomości, więc to żaden problem – gdyby Piotr chciał. Ten odmawia, coś go jeszcze trzyma w Kielcach, choć sam tego nie rozumie. Rozmowa powoli przechodzi do kwestii określenia swego miejsca w świecie i celu, do którego zmierzamy. Do rozmowy i propozycji obaj jeszcze wrócą.

Tajemnicze ogniki na cmentarzu, przedziwna rozmowa z prezesem Ozawą i jego opowieść o zobowiązaniu (giri) i lisach (tu nazywanych risami), dręczące Piotra sny, w których demon, w zamian za wspomnienia z dzieciństwa, w zamian za jego przywiązanie emocjonalne do kieleckiej ziemi, pozwoli mu dosięgnąć kobiety z okienka nr 6; niespodziewane pojawienie się Katarzyny – poziom abstrakcji w życiu Piotra powoli sięga zenitu. Nie wspominając, że za chwilę pojawi się zwiewna Yuki Yamada, dla której zjawy z pogranicza świata materialnego i niematerialnego są chlebem powszednim, a tuż za nią – wysłannicy yakuzy.

Pomysł na fabułę Artur Laisen miał bez wątpienia ciekawy: pierwotna magia drzemiąca w naturze zestawiona z kieleckim krajobrazem, japońskimi wierzeniami i odrobiną rozważań nad kondycją człowieka i jego przywiązaniem do korzeni. Niestety, „CK Monogatari” nie jest do końca powieścią udaną. Przede wszystkim, autor zdaje się nie wierzyć w intelektualne zdolności czytelnika i z uporem maniaka prowadzi go za rękę: tu oto mamy nawiązanie do „Syzyfowych prac” Żeromskiego, tu stereotypowe spojrzenie na rolę kobiety w japońskiej firmie, obojętnie, jak prestiżową uczelnię by skończyła (obowiązkowo uprzedzimy, że to na powieści Amélie Nothomb wzorowane), tu namiastka Murakamiego (oczywiście, tego konkretnego), tu z kolei wspomnimy o gwardii przybocznej, ale z miejsca dodamy, że „trąci Kurosawą” – bo może czytelnik sam nie zrozumie. Bądźmy jednak szczerzy, jak bardzo prawdopodobnym jest, że przyjeżdżając pierwszy raz do Polski, młoda Japonka z miejsca pomyśli o Mamoru Oshiim i jego filmie „Avalon”? Na ile autentyczna wyda nam się scena, w której ważą się losy Kielc (a może świata), a tymczasem kitsune, mistrz iluzji, uświadamia nas, że taki a taki motyw (dokładnie ten rodzaj zdarzenia, którego jesteśmy świadkiem) pojawił się w zbiorze „Kwaidan” Lafcadio Hearna, wydanym również w Polsce? Serio – ile japońskich bogów, demonów czy magicznych stworzeń orientuje się w polskim rynku wydawniczym? I czy podążając śladem wroga, dwoje protagonistów naprawdę nie ma nic lepszego do roboty, niż opowiadać sobie wzajemnie historie swego życia tudzież samotności? Czy przed ostateczną rozgrywką zastanawialibyśmy się nad celowością stawiania kapliczki w tym czy innym miejscu i czy rozważalibyśmy kwestię religijności własnego narodu? W pewnym momencie czytelnik otwiera szeroko oczy ze zdumienia: czyżby sam powoli ulegał risiej magii? Coś tu przecież porządnie zgrzyta.

Gdyby nawet pominąć błędy natury merytorycznej (redaktor powinien był popracować z autorem nad spójnością tekstu i doborem odpowiedniego słownictwa – wyrazy typu „zakomenderowała”, „zakonotował”, „skonstatował” mocno odcinają się na tle języka często potocznego), pozostają błędy techniczne (nagle, w obrębie jednego wyrazu, czcionka potrafi znacznie się zmniejszyć) i liczne niedopatrzenia korektora. Wspominając o tych ostatnich, wcale nie mam na myśli interpunkcji (choć pojawianie się znaków zapytania tam, gdzie ich być nie powinno, nieco psuło rytm czytania), ale błędy mocniej rzucające się w oczy: „potomkowie grabarzy skór” (między garbarzem a grabarzem jest różnica), „ludzie zachodu”, „daleki wschód”, wybiórcze, lecz częste zjadanie „ch” w zwrocie „z jakichś względów”, konstrukcje takie jak „śnieg wiał” (wieje wiatr, śnieg nawiewa raczej) – podobnych kwiatków jest naprawdę dużo.

Civitas Kielcensis monogatari. Opowieść o mieszkańcach Kielc. Gdyby nie te wszystkie (drażniące oko i smak) usterki, powieść czytałoby się naprawdę dobrze. Artur Laisen wykreował ostatecznie całkiem ciekawego bohatera – i nie, nie mam na myśli Piotra Jaskulskiego, ten bowiem zrobił się intrygujący dopiero pod koniec (finalna rozmowa z Katarzyną, wyrafinowana i lekko z dystansu, pokazuje dobitnie, jak wielkie zmiany nastąpiły w naszym finansiście po nocy przesilenia zimowego). Myślę o Sho Kyubimorim, o jego mefistofelesowym usposobieniu, nieprzeciętnej inteligencji połączonej z umiejętnością uwodzenia rozmówcy, znajdowania sedna rzeczy. Widać w nim kwintesencję lisowatości, zakorzenioną zarówno w kulturze japońskiej, jak i polskiej – chytrość, przebiegłość i arystokratyczny niemal czar. Któż tego, w ostatecznym rozrachunku, nie doceni?

___

CK Monogatari
Artur Laisen
Wydawnictwo Genius Creations, Bydgoszcz 2015

* Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Japonia-Online, dn. 02.06.2015 –> klik!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s