Opowieść wigilijna inaczej [„Zamieć śnieżna i woń migdałów”, Camilla Läckberg]

zamiecsniezna

Znacie to? – zbliżają się święta Bożego Narodzenia i jak jeden mąż (niemal) wszystkie księgarnie, strony z książkami, foldery, katalogi – wyliczankę ciągnąć można dalej, ale myślę, że ogólny zarys już jest i starczy – zachęcają nas do sięgnięcia po raz enty po „Opowieść Wigilijną” Charlesa Dickensa. Albo po (o)powieść na niej wzorowaną, gdzie kolejny Scrooge przechodzi tę samą przemianę z bezdusznej istoty w człowieka. Nie wiem, jak Wy, ale ja – choć Dickensowski moralitet nadal robi na mnie wrażenie – tego typu historii niekiedy mam przesyt, a w Boże Narodzenie słodkie chcę mieć co najwyżej ciasta. I dlatego minione święta spędziłam z kryminałem. Bądź co bądź jednak, tematycznym.

„Zamieć śnieżna i woń migdałów” Camilli Läckberg to bardziej dłuższe opowiadanie niż powieść; na zaledwie 143 stronach zostaje nam przedstawiony obraz kilku dni, które młody policjant Martin Molin (znany z wielotomowej sagi o Patriku Hedströmie i Erice Falck) spędza z rodziną swej dziewczyny na wyspie Valön.

Zbliża się Boże Narodzenie. Lisette prosi, więc Martin się zgadza i bierze udział w spotkaniu rodzinnym, choć ani przez chwilę nie ma na to większej ochoty – jakby przeczuwał, że nic z tego nie będzie, że to nie ten związek i że być może będzie tego żałował do końca życia (albo przynajmniej przez dłuższy czas). Atmosfera między krewniakami od początku jest tak gęsta, iż kroić można ją nożem. Jeszcze tego samego wieczoru, podczas kolacji, głowa rodziny Liljecrona (a zarazem główny jej sponsor), Ruben, nagle umiera, zaś wskutek zamieci śnieżnej opuszczenie wyspy staje się niemożliwe. Dodatkowo, telefony przestają działać, a w szklance Rubena Martin wyczuwa znajomy zapach migdałów – zapach cyjanku. Ruben został zamordowany, a morderca jest tu, w tym pensjonacie. Czy to któryś z jego dwóch synów? Ich żony? A może wnuki, wnuczki? Ci wszyscy, którzy brali od niego duże sumy, inwestowali i tracili, bez wahania wyciągając ręce po więcej i więcej. Ci wszyscy, których postanowił wydziedziczyć i oznajmił im to właśnie przy kolacji, tuż przed śmiercią. A może ten jeden konkretny wnuk, Matte, brat Lisette – najbliższy dziadkowi, jedyny, który nic od niego nie chciał, a w piątkowe popołudnia spotykał się z nim i rozmawiał o Sherlocku Holmesie? Obojętnie, kim jest morderca, jest wśród nich. A Martin musi zająć się sprawą sam, póki połączenie z lądem nie będzie możliwe.

Opowiadanie Camilli Läckberg czyta się szybko i lekko. Intryga – z racji krótkiej formy tekstu – nie jest jakoś mocno skomplikowana, psychologia postaci raczej pobieżna, relacje między krewnymi przewidywalne. Niemniej, lekturę odczułam jako przyjemną. Może ze względu na mróz i śnieżne zaspy, które stanowiły tło wydarzeń, a śniegu w te święta za własnym oknem nie widziałam. A może, zwyczajnie, miło było przyjrzeć się pracy Martina, gdy zabrakło Patrika i całego komisariatu w Tanumshede. Samo zakończenie też okazało się dość nieoczywiste, raczej w stylu (filmowego) Sherlocka Holmesa niż tradycyjnego finału z Fjällbacki. Czy książkę polecam? Oczywiście. Miłośnikom sagi w pierwszej kolejności. Tym, którzy z sagą Läckberg nigdy się nie spotkali – też, choć z zastrzeżeniem, by pamiętali, że to tylko preludium, zarys drobny tego, na co stać autorkę.

___

Zamieć śnieżna i woń migdałów
Camilla Läckberg
oryg. Snöstrom och mandeldoft (2007)
przeł.: Inga Sawicka
wyd.: Czarna Owca, Warszawa 2012

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s