Heterotopie, Murakami i otaku z Akihabary [„Rekin z parku Yoyogi” Joanna Bator]

Rekin-z-parku-Yoyogi_Joanna-Bator

Nowa książka Joanny Bator zwraca uwagę; nie ważne, czy się jest zagorzałym wielbicielem autorki, czy wręcz przeciwnie, trudno przejść obok tytułu obojętnie – dosłownie, tytułu: „Rekin z parku Yoyogi”. Rekin i park, jak to? Dość niecodzienny to zestaw, przyznać trzeba, i od razu budzi naszą ciekawość. Podobnie jak okładka – rekin w tytule, a paszczę swą rozwiera i groźnie przed się patrzy nie kto inny, jak Godzilla. Nic nie rozumiemy, ale i rozumieć nie musimy – dajemy się ponieść tej dziwności.

Z Joanną Bator nigdy nie było mi po drodze, o czym stali czytelnicy tego bloga wiedzą od dawna (dość przypomnieć jedną z rozmów, która się w komentarzach rozwinęła). I nie to, żebym pisarki nie lubiła, ale coś w jej tekstach o Japonii zawsze mi zgrzyta(-ło) – zazwyczaj przedziwne konkluzje. Będąc szczerą, tylko jeden jej artykuł przekonał mnie do tego, by nie przekreślać jej pisarstwa zupełnie. Był to tekst napisany niedługo po trzęsieniu ziemi i tsunami z 11 marca 2011 roku. Bator nie uciekła wtedy z Japonii, jak uczyniło to wielu obcokrajowców, czym mnie nawet ujęła. Tekst wówczas popełniony był dobry; niczym nie zirytował, nie zostawił po sobie gorzkiego posmaku, nie rozczarował.

Pierwsze wydanie „Japońskiego wachlarza” zebrało u japonistów bardzo negatywne opinie, stąd do dziś trudno mi się przełamać, by porządnie nad nim przysiąść. „Rekin z parku Yoyogi” to zupełnie inna bajka, to zbiór esejów, z których (całkiem spora, jak się później okazało) część drukowana była swego czasu w „Bluszczu” i „Gazecie Wyborczej” – tam spotkałam się z nimi po raz pierwszy. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej, grunt, że widziałam w nich potencjał. Miło było przeczytać je raz jeszcze, a jeszcze milej, że w poprawionej wersji. To zresztą pierwsza uwaga, którą odnotowałam (na znanych już, samoprzylepnych karteczkach), myśl, że skoro „Japoński wachlarz. Powroty” jest (podobno) lepszy od pierwowzoru, a „Rekin z parku Yoyogi” lepszy od dziennikowych esejów, to może Bator powinna pójść śladami Raymonda Carvera? Jego metoda pisarska zachwyca mnie do dziś. Pisał tekst, odkładał go do szuflady, po czasie do niego wracał, wykreślał co któreś zdanie, czynności te powtarzał kilkukrotnie, by tak okrojoną wersję oddać do druku. Jego utwory są kwintesencją stylu – maksimum treści przy minimum słów. Cudo! Ale wracajmy do Bator.

„Teksty zgromadzone w tej książce oddają moje doświadczenie zamieszkiwania w Japonii, tworzenia w niej własnej przestrzeni rzeczywistej i symbolicznej” – pisze autorka. To ważne słowa, bowiem pokazują wyraźnie jej miejsce względem opisywanych zjawisk, zdarzeń i zagadnień; jej własne „ja” stanowi ich centrum, punt wyjścia – teksty są skrajnie subiektywne. Bator nie opisuje Japonii, ale swoje odczucia względem tego kraju, to, jak ona się w nim odnajduje. Trzeba o tym pamiętać, oceniając książkę.

„Rekin z parku Yoyogi” dzieli się na trzy rozdziały, trzy ścieżki, którymi autorka podąża: niesamowitości, alegorie i heterotopie [heterotopia, w słowniku osobistym autorki, to „dziwne miejsce, inne i niesamowite, w którym to, co zwykłe, odbija się jak w krzywym zwierciadle, ukazując nową, zaskakującą twarz”, str. 10]. Co ciekawe, w przypadku alegorii i niesamowitości Bator bardzo często nawiązuje do Harukiego Murakamiego: czy to do jego pisarstwa, czy do jego stylu życia. Raptem okazuje się, że sama też biega i też łączy nierozerwalnie bieganie z procesem twórczym. „Bieganie jest dla mnie czynnością, która sprzyja produkcji słów, mimo iż nigdy nie gadam podczas biegu” – przekonuje (str. 97). Podobnie jak Murakami, odczuwa niesamowitość świata wokół i zachwycają ją takie detale ludzkiego ciała, jak uszy. Czytamy i doznajemy déjà vu. Z początku ta maniera rozumienia się z Murakamim lekko mnie irytowała, jakby była próbą przełożenia jego sukcesu na sukces własny autorki, z czasem jednak zaczęłam odbierać ją jako swoisty hołd składany pisarzowi – skoro czytelnicy Murakamiego identyfikują się z bohaterami jego powieści, Bator ma prawo identyfikować się z nim samym, zwłaszcza, że z fascynacji tej nie wynika nic złego. Zresztą, o Murakamim Bator pisze nader zgrabnie.

Ktoś spyta: a co poza Murakamim? Otóż, w „Rekinie z parku Yoyogi” uświadczymy tytułowego rekina, który ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się w parku, Godzilli jako symptomu (dlaczego wciąż wraca i co ma to wspólnego z klęską Japonii w II wojnie światowej?), przyjrzymy się znaczeniu fotografii, zahaczymy o estetykę i nurt artystyczny superflat, zastanowimy się nad okrucieństwem w powieściach Kirino, wspomnimy pana Jiro i jego sny o sushi, nie zabraknie też w książce klasycznych japońskich dziwactw – krzywych zębów czy zużytych majtek z automatu. Przekrój tematyczny spory, a to tylko mały wycinek tego, czym raczy nas autorka. Cały natomiast rozdział „heterotopie” poświęcony został kulturze otaku, chłopcom z Akihabary i lolitkom – i choć sama swego czasu zachwycałam się anime, to nieco mnie ten nadmiar i ta monotematyczność znudziły. Nie są to teksty złe, ale – moim zdaniem – stanowią materiał na zupełnie odrębną publikację.

W „Rekinie z parku Yoyogi” nie zabrakło również… błędów. I nie chodzi mi o błędy, powiedzmy, drobniejsze (wokół interpunkcji i gramatyki), ale o nieścisłości czy niejasności merytoryczne. Pozwolę sobie wymienić dwie z nich:

  • (str. 66) „W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku jego sława [terminu „otaku” – przyp. L.] i niesława dotarła na inne kontynenty. Magazyn zatytułowany »Otaku« pojawił się też w Polsce” – taki magazyn, owszem, pojawił się, ale w roku 2006 dopiero, zaś we wspomnianych latach 90. na rynku polskim istniały „Kawaii” i „Animegaido”, które rozpowszechniły termin „otaku” na Polskę;
  • (str. 197) „Ta bohaterka mangi, Naoko Takeuchi (1992), jest wojowniczką Sailor Moon” – wojowniczką jest Usagi Tsukino, względnie Bunny Cukino, bo i taka wersja była, a Naoko Takeuchi jest autorką mangi!

Nie do końca też przekonuje mnie przekładanie wartości estetycznej iki na świat subkultury otaku (str. 215); iki to wyrafinowana prostota, krótko to ujmując, a wyrafinowania w chłopcach z Akiby raczej nie widać. Razi też niekonsekwencja zapisywania kolejności japońskich imion i nazwisk (dlaczego: Usagi Tsukino, ale: Ayanami Rei? Zresztą, przy Usagi jest więcej zamieszania, bo nagle staje się Sereną).

Cokolwiek by jednak mówić, „Rekina z parku Yoyogi” czytało mi się dobrze. Z pewnością niemałą rolę odegrała tu jego forma – krótkie, zaledwie dwu-, trzystronicowe eseje, dzięki którym książkę czytać można było „na wyrywki”, dysponując nawet niewielką ilością czasu. Do niektórych tekstów pewnie jeszcze wrócę, bo autorka pozwala się czytelnikowi zastanowić, niekoniecznie nad Japonią, ale nad życiem w ogóle. Inne sobie daruję. Jeśli jednak nie uznawać Bator za specjalistkę od japońskich tematów, jeśli przyznać jej prawo do mylnych wyobrażeń lub nieścisłości w tym, co opisuje, wówczas nie jest źle – otrzymujemy opowieść o odczuwaniu i oswajaniu miejsca. Dobrą opowieść.

______

Rekin z parku Yoyogi
Joanna Bator
wyd.: W.A.B., Warszawa 2014

6 thoughts on “Heterotopie, Murakami i otaku z Akihabary [„Rekin z parku Yoyogi” Joanna Bator]

  1. ad. „Bator nie opisuje Japonii, ale swoje odczucia względem tego kraju, to, jak ona się w nim odnajduje. Trzeba o tym pamiętać, oceniając książkę.”
    No właśnie ja o tym zapominałam dość często, ale na moją opinię pewnie rzutowała niechęć po „Wachlarzu”. Jest w „Rekinie” lepiej, ale do całkowitej rehabilitacji daleko :D

    Lubię

  2. Nie wiem, może jestem uprzedzona do tekstów Bator o Japonii czy z Japonią w tle. Może to pozostałości po „Wachlarzu…”. Nie mam pojęcia. Ale nie wykluczam, że kiedyś z czytelniczej ciekawości sięgnę po jej książkę nie o Japonii.

    Lubię

  3. Przeczytałam Twoją opinię od deski do deski i przyznaję, że się z Tobą zgadzam. Przede wszystkim z Joanną Bator miałam niestety nieprzyjemność spotkać się osobiście. Podczas mojego pobytu w Dreźnie zostało zorganizowane spotkanie autorskie promujące niemieckie wydanie jej książki. W tym spotkaniu uczestniczyło trochę osób, głównie moich niemieckich studentów oraz dosłownie garstka Polaków (pośród nich ja).

    Z polskiego na niemiecki tłumaczył nasz pan profesor, który idealnie omijał newralgiczne punkty wypowiedzi i wygładzał, dlatego Niemcy mówiący słabo po polsku, wyszli zadowoleni, podczas gdy Polacy i świetnie rozumiejący polski Niemcy wyszli bardzo zażenowani.

    Pani Bator powiedziała, że podczas jednego spotkania autorskiego gdzieś tam przyszły Panie Jadzie. Pani Jadzia to – jak się okazuje – odpowiednik niewyedukowanej gospodyni domowej, która czytuje „Życie na gorąco” i gotuje schabowe. Książka, której dotyczyły spotkanie, opisywała właśnie taką Panią Jadzię (nie pamiętam tytułu albo „Chmurdalia” albo jakaś inna). Powiedziała bez skrępowania, że była zdziwiona, że takie Panie Jadzie przychodzą i mówią, że odnalazły w tej książce siebie, bo przecież ta pozycja była przeznaczona do wysokiego obiegu akademickiego. Było to dosyć żałosne, bo i ton głosu wskazywał na wywyższanie się.

    A na koniec jedna z koleżanek, mająca akurat egzemplarz z biblioteki, poprosiła, aby dała autograf na tej książce to usłyszała tylko „wolałabym, aby to była książka kupiona, a nie z biblioteki”. Tak też się stało, że dzięki temu spotkaniu i temu komentarzowi, nie kupiłam, nie posiadam i nie kupię żadnej z książek tej pisarki, choć być może moje uprzedzenie jest bezpodstawne. W końcu otrzymała Nagrodę Nike…

    Niemniej jednak „Japoński wachlarz”, który przeczytałam był tendencyjny i naszpikowany stereotypami. Nie trzeba być japonistą, aby o tym wiedzieć, ponieważ japoniści równie często popadają w schematy. Czytałam tę książkę przed moim pierwszym wyjazdem do Japonii. Byłam wtedy urzeczona, a może przerażona tym, co wyczytałam. W pewnym sensie brałam to za pewnik, bo nie miałam żadnego innego punktu odniesienia. W konfrontacji z rzeczywistością, którą obserwuję od lat z zupełnie innej perspektywy, stwierdzam, że jest to pozycja niestety całkowicie bezwartościowa… Dlatego nie sięgnę po „Rekina”, choć pewnie ta książka utrzymana jest w zupełnie innej tonacji.

    Lubię

  4. Bardzo lubię prozę Bator, ale „Rekin…” był dla mnie momentami dość nużący. Po pierwsze dlatego, że prawie nie znam książek Murakamiego (a tam było sporo nawiązań), a po drugie – zbyt wiele miejsca poświęciła dla otaku. Praktycznie mogłabym wcale nie czytać drugiej połowy książki.
    Mimo to, oceniłam ją dość dobrze, ale mam obawy przed „Wachlarzem…”

    Lubię

  5. Superpłaska eseistyka

    Na nową książkę pani Joanny Bator czekałam z niecierpliwością, tym bardziej, że była to pozycja reklamowana na długo, zanim się pokazała na półkach. Wszystko wskazywało na to, że laureatka Nike napisała dojrzałą książkę o Japonii…

    I cóż… wszystko co o „Japonii” jest w nowej pozycji w wersji déjà lu (ewentualnie déjà vu). Czyli jest to zbiór zjawisk już dawno i gdzie indziej wspomnianych, opisanych i zanalizowanych.

    Jest natomiast obfitość kreacji autorskiej i własnych przemyśleń, choć też superpłaskich (ale już w innym znaczeniu), co sprawia, że całość odbiera się jak studencki dziennik lub blog…

    I piszę to oczywiście z zazdrości… Z zazdrości, o majątek intelektualny w postaci otrzaskania w świecie, podróży tu i tam i zafundowanej możliwość spędzenia kilku lat w Japonii. Z zazdrości, bo jest to majątek zmarnowany…

    Przez kilka lat, które upłynęło od czasu opublikowania Japońskiego wachlarza autorka nie zrobiła postępów w poznawaniu Japonii. Nadal odczytuje ją poprzez cytaty i nawiązania do Levi-Straussa, Barthesa, przebrzmiały już postmodernizm i na dodatek powieści Murakamiego.

    Wciąż też popełnia błędy w tłumaczeniu nazw i pojęć (dobrym założeniem metodologicznym byłaby solidna nauka japońskiego lub przynajmniej sprawdzanie w słowniku i korygowanie transkrypcji) i wplata informacje samodzielnie nie sprawdzone (z ogromnym zdziwieniem, tym bardziej, że tytuły te umieszczone są w następujących po sobie esejach, przeczytałam o Opowieści o Księciu Promienistym (str. 187) i Opowieści o księciu Genjim, jakby to były dwie różne książki) (str. 192).

    Więc… z nową książką będzie zapewne, tak jak było w przypadku Japońskiego wachlarza: zainteresowani kulturą Japonii będą zachwyceni, a japoniści zbywać ją będą milczeniem.

    A ja mam kłopot, bo tak jak w przypadku powieści tej autorki, zachwyca mnie miejscami język, drażni jednak skłonność do snucia opowiastek zbyt płytkich i mało-wymiarowych, jak na opracowanie kulturoznawcze. Znalazłam jednak usprawiedliwienie, które autorka sama wplotła w tekst jednej opowiastki: […] wiem, że poruszam się w granicach własnej japońskiej bajki, podsycanej tym szczególnym rodzajem tęsknoty, która nie wymaga powrotu, tylko codziennych ćwiczeń ze zmysłowej pamięci.” (str. 191).

    Zatem odłożyłam na półkę w dziale „przeczytane dla czystego sumienia”.

    Lubię

  6. @Siaczex
    „Japońskiego wachlarza” nie czytałam, żadnej z dwu wersji – pewnie dlatego łatwiej mi było o obiektywne spojrzenie na „Rekina…”. Niemniej, i wachlarz na półce czeka, przyjdzie czas i do niego zerknąć, choć czas ten (odruchowo) odsuwam wciąż przed się;)

    @Luiza
    Tak, nie-japońskie książki Bator też budzą moją ciekawość: za co przyznano jej Nike? Do tego Wałbrzych w tle, miasto, z którym już jakieś skojarzenia (z kultury, z historii) się ma. Frapuje.

    @PodróżeJaponia
    Pewnie przysłuchując się tej wypowiedzi Bator, też nabrałabym większych uprzedzeń; strasznie nie lubię wywyższania się i zakładania, że panie Jadzie nie czytują literatury wyższych lotów. Los układa jedno, a edukacja, ciekawość świata i chęć wiedzy, to drugie. I kultura osobista – ta też nie zależy od tego, czy się na co dzień smaży schabowe, czy przebywa wśród profesorów.

    Z „Japońskim wachlarzem” niestety tak jest; zazwyczaj – z racji tego, że najprościej do niej dotrzeć, bo jest wszędzie – jest to pierwsza pozycja, po którą sięgają osoby zainteresowane Japonią. Często też, niestety, ostatnia.

    @Gosia Oczko
    Tak, jeśli nie znać Murakamiego i nie fascynować się otaku, to lektura „Rekina z parku Yoyogi” wydać może się kompletnie niezrozumiała i wręcz nudna. Mnie akurat Murakami i nastawienie fanów wobec niego i jego twórczości bardzo interesuje, stąd na prawie monotematyczność Bator oko przymknęłam;)

    @Matsumi
    Czytając zapowiedzi „Rekina…”, miałam nadzieję, że czytelnikom zaserwuje się nowe teksty Bator o Japonii, dojrzalsze właśnie, bardziej dopracowane, niż dotychczasowe, w których zawsze mi czegoś brakowało. Niestety, okazało się, że to są dokładnie te same teksty, które już wcześniej były publikowane, uzupełnione tylko, pod-szlifowane miejscami. Szkoda. Też uważam te lata spędzone w Japonii za stracone, jeśli jedynym ich zapisem miałby być ów „Rekin…”.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s