„Japonia w sześciu smakach”- Anna Świątek

Zwykle wystarcza mi ołówek i tyle miejsca, ile jest w książce marginesu. Choć zazwyczaj i tak ograniczam się zaledwie do delikatnej kreski, mającej mi przypomnieć, że tu czy tam znajduje się cytat lub akapit, do którego warto wrócić, gdyż budzi refleksje. Albo że wyraźnie wystąpił błąd lub że się on powtarza. Tym razem tak się nie dało. Ołówek nie wystarczył. Tym razem już po kilku pierwszych stronach w ruch poszły małe, żółte karteczki samoprzylepne, które z biegiem czasu i lektury gęsto ozdobiły książkę, dając ujście wzbierającej we mnie irytacji. Kogo winić? Autorkę, która mimo niewątpliwie wielu doświadczeń, nie potrafiła się nimi podzielić? Redaktorkę i korektorkę w jednym, która nie zredagowała porządnie dostarczonego jej tekstu i nie poprawiła go jak trzeba? A może po prostu sama sobie jestem winna, bo na coś czekałam? Nota biograficzna z okładki informowała mnie, iż autorką jest nie tylko japonistka, ale i dziennikarka, a do tego „z bogatym doświadczeniem zawodowym w japońskich firmach i żeobjeździła całą Japonię, od Hokkaido po Okinawę. Więc czekałam. Na coś więcej niż uroki Tokio, Nikkō czy Nary, coś więcej niż przemijający świat gejsz, praca w korporacjach i kultura kawaii. Na tak inną od wysp głównych Hokkaido, z jej przyrodą czy srogą zimą. Na tropiki Okinawy i zarówno urokliwy, jak i tajemniczy Yanbaru – ogromny las w północnej części wyspy, w którym obok palm i paproci rosną sosny. Albo na cokolwiek innego, o czym tak często jeszcze nie pisano. I nie ukrywam, że skoro autorka ukończyła dziennikarstwo, czekałam również na dobry warsztat. Rozczarowałam się.

Pierwsze, co mnie zirytowało podczas lektury „Japonii w sześciu smakach”, to notoryczna niewiedza autorki. Zupełnie, jakby pięć lat studiów japonistycznych gdzieś przezimowała. Jakby nie interesowała się Japonią i dopiero podczas swego pobytu na wyspach zauważała takie czy inne zjawiska. Anna Świątek nie wie, skąd niechęć wśród Japończyków do kontaktów z obcokrajowcami, skąd strach przed używaniem języka angielskiego i że idealnie biała cera jest synonimem piękna. Pamięta wprawdzie, że gdzieś czytała, że po II Wojnie Światowej yakuza pomagali odbudować zniszczony kraj, ale już nie wspomina, że tak daleko szukać nie trzeba, bo yakuza pojawili się również po zeszłorocznym tsunami i katastrofie w Fukushimie – też nieśli pomoc. Daje się zauważyć niekonsekwencja wywodów autorki, jak choćby podczas omawiania honne i tatemae : wpierw twierdzi, że między sobą Japończycy rozumieją swoje intencje, ten ów podział na to, co wewnątrz (co naprawdę czujemy), i to, co na zewnątrz (co wyrażamy publicznie) – problem stwarzają przyjezdni, którzy tego nie rozróżniają i doprowadzają tym samym do sytuacji krępujących czy kłopotliwych – by kilka zdań później stwierdzić (niespodziewanie przechodząc z relacji Japończyk vs. obcokrajowiec do relacji Japończyk vs. Japończyk), że tak właściwie to jednak mają problem z honne i tatemae, czego rezultatem są… liczne zboczenia i dewiacje seksualne (sic!). Jak do tego doszła, nie wiem. I nie wnikam. Od czasu do czasu zadaję sobie jednak pytanie, dlaczego japonistka, zamiast dążyć do tego, by odmitologizować stereotypowy obraz Japonii, uparcie pokazuje i określa ten kraj jako totalnie odmienny, wprost nie z tej planety.

Irytująca jest również maniera podkreślania my, biali ludzie; chwilami miałam wrażenie, że czytam wspomnienia z okresu podbojów kolonialnych. Do tego autorka zdaje się mieć jakiś kompleks względem swego wyglądu – strasznie krytykuje wygląd Japonek („Większość Japonek wcale piękna nie jest. […] Mają krótkie, nieco koślawe nogi i chude, wieszakowate korpusy o charakterystycznej chłopięcej klatce piersiowej” – s. 37-38). Czy ta naładowana negatywnymi emocjami krytyka ma jakiś związek z tym, że podczas zabawy w zgadywanie wieku Japonkom zazwyczaj się lat ujmuje (bo wyglądają młodo), a jej tych lat dodawano? Anna Świątek dochodzi w swej krytyce do wspaniałego wniosku, że yukatę (letnie kimono) wymyślono właśnie po to, by ukryć defekty japońskiej kobiecej urody. Cóż.

Chciałabym (choćby) napisać, że książka jest dobrze zredagowana i poprawiona – nie jest. Liczne błędy, tak literówki, jak i ewidentne błędy stylistyczne, skutecznie mnie odstręczały. Język miejscami bardzo potoczny (owszem, język potoczny może całkiem dobrze brzmieć, o ile umiejętnie wpleciemy go w poskładany tok narracji – czego tu zabrakło), silenie się na dowcip, niekonsekwencja w zapisie japońskich słów (jedne wyrazy mają zaznaczone długie sylaby, inne już nie, choć powinny), mnóstwo prywatnych wstawek (tak w opowieści, jak i w zdjęciach) – to wszystko (w moim odczuciu) niekoniecznie przemawia na korzyść książki. Coś, czego autorka nie dopracowała, mogła dopracować redaktorka.

Dwa rozdziały, które zwróciły moją uwagę i nie wywołały uczucia zniecierpliwienia, to „Raj czy piekło na ziemi” (między innymi o edukacji i presji bycia najlepszym) oraz „Dzień z życia sararimana”. Rozdziały te nie są wprawdzie idealne, jednak napisane zostały innym stylem niż pozostałe, autorki nie ma w centrum wydarzeń i rozważań, a w miejscu kumplowskiej relacji pojawia się coś na kształt gawędy. Natomiast zupełnie nie wiem, czemu miał służyć rozdział ostatni, „Europejska samotność w Azji” – jest niedopracowany, mocno ogólnikowy, bez konkretnego tła będącego podstawą przemyśleń. Pisać książkę o Japonii, by w ostatnich zdaniach podkreślać, jak bardzo samotni są w tym kraju obcokrajowcy i jak szybko kończą się nawiązane (z innymi obcokrajowcami) przyjaźnie? Nie bardzo rozumiem ten zamysł.

Myślę sobie, że pewne historie muszą w nas dojrzeć. Opowiedziane w niewłaściwym czasie i niewłaściwymi słowami tracą swój czar, swój urok, a może i głębię. By opowiedzieć historię, trzeba dobrze operować narzędziem, jakim jest język. Anna Świątek jeszcze nie odkryła możliwości języka, takie odnoszę wrażenie. Może z czasem się tego nauczy. Wtedy być może odnajdzie w sobie nowe historie, a i te same, opowiedziane raz jeszcze, okażą się zupełnie inne. Bo nie wątpię, iż dużo w Japonii widziała i wiele doświadczyła. Musi to jednak z siebie odpowiednio wydobyć.

___

„Japonia w sześciu smakach”
autor: Anna Świątek
wyd.: Bernardinum, Pelplin 2012

11 thoughts on “„Japonia w sześciu smakach”- Anna Świątek

  1. Spotkałam już kilka opinii na temat tej książki, i wszystkie bez wyjątku były negatywne. Niemniej dopiero Twoja recenzja konkretnie przedstawia niedociągnięcia i uzasadnia najeżone podejście. I teraz już jestem przekonana, że szkoda mi czasu na „Japonię w sześciu smakach”.

    Lubię

  2. Świetna recenzja!
    W wielkiej formie przerywasz swoją blogową ciszę xD Cieszę się niezmiernie. (i jakże inny wystrój bloga)

    Dziennikarze już nie kończą obowiązkowo polonistyki (a i polonistyka polonistyce sprzed lat nierówna ; )), więc ich warsztat jest taki, jaki jest. Niewielu potrafi pisać. To samo tyczy się, nota bene tzw. „zawodowych” pisarzy.
    Zdaje mi się, że ta „egzotyczność” Japonii to naciski ze strony redakcji – wydawcy sądzą, że w Polsce „to” (jednym słowem: „dziwaczność”) się dobrze sprzedaje (bo tak jest), toteż wymuszą „takie” historie, coby wyłonił się polskim czytelnikom obraz Japończyków-kosmitów.

    Ale że japonistka pewnych rzeczy nie wie? To mnie zaskoczyłaś…

    Pozdrawiam ciepło!^^

    Lubię

  3. To ta książka odstrasza nie tylko okładką, ale i treścią? Dobrze wiedzieć. Chyba się nie skuszę.
    Ale za to radość mam z nowego wpisu. Bo ja tu się nie wychylałam nigdy, ale śledzę od dawna :)

    Lubię

  4. O rety, to musi być naprawdę zła książka! Będę się trzymała od niej z daleka. Z tą niewiedzą na temat Japonii wśród cudzoziemców spotykam się na każdym kroku, podobnie jak z utrwalaniem stereotypów. Przyznać muszę, że osoby, z którymi rozmawiałam, nie są tak reprezentatywne jak Świątek, bo to cudzoziemcy pracujący w brytyjskiej firmie Gucia, którzy nie mówią świetnie po japońsku i nie kończyli japonistyki. Ale irytuje mnie nieco, gdy mieszkając tu kilka lat wciąż tylko liżą powierzchnię, obracają się w ekspackim sosie, nie czytają i nie czytali książek na temat kultury Japonii i wygłaszają stwierdzenia, że Japonii to nigdy nie da się do końca poznać. A czy jakikolwiek kraj, włącznie z ich własnym, da się do końca poznać? Takie nastawianie się na dziwność skutkuje tym, że wszystko interpretuje się wedle jednego schematu. Ja osobiście widzę więcej tego, co świadczy, że wcale ta Japonia taka dziwna nie jest, a Japończycy mają te same marzenia, plany, spostrzeżenia co ludzie na całym świecie. Różnice są, to oczywiste, kultura jest odmienna, ale bez przesady – usilne powiększanie przepaści kulturowej zamiast budować most nad nią niczemu nie służy.

    Lubię

  5. @Joanna M.: Niedociągnięciem jest tu przede wszystkim dobór opowiadanych historii (mniemam, iż jako tłumaczka na rocznym kontrakcie Anna Świątek przeżyła i doświadczyła więcej, niż w książce zawarto, więc można było dokonać innej selekcji). Poza tym, mnie naprawdę rozczarowuje, gdy japonista w ten sposób pisze o Japonii.

    @JaponiaBliżej: Cieszę się, że nie ja jedna miałam takie odczucia. Bo czasem myślę, czy to ja po prostu się czepiam i wymagam…

    @Luiza: Dziękuję za komplement!:)

    Hm… no ja wiem, że „egzotyczność” Japonii sprzedaje się najlepiej, ale – rety! – ile można czytać o tym samym? Niechże się ludzie (wydawcy? czytelnicy?) ockną!;) Tyle cudności tego kraju pozostaje niezgłębionych, od natury po technikę, co kto woli.

    Pozdrawiam również!

    @Siaczex: A na okładce jest autorka, wiesz?;) Mnie, jak już wspomniałam we wpisie, nie przekonuje umieszczanie prywatnych zdjęć w takich publikacjach, szczególnie, że to są zdjęcia ewidentnie robione do domowego albumu, a nie na potrzeby książki. Dla mnie ma to niewiele wspólnego z profesjonalizmem.

    Wychylaj się śmiało, ja lubię rozmawiać;)

    @Chihiro: Zła-nie-zła, rozczarowała mnie z pewnością. Ale jednocześnie mam przeczucie, że będzie nie mniej rozchwytywana niż Tatami konta krzesła Rafała Tomańskiego. Przez tą samą lub podobną grupę ludzi. Poza tym, seria, w której się ukazała, sygnowana jest nazwiskiem Cejrowskiego, a to (z)robi swoje. W sumie najbardziej „boli mnie” to, że Japonię w sześciu smakach napisała japonistka, a więc ktoś, kto powinien mieć wiedzę i z niej korzystać, pomagając przy tym czytelnikowi poznać i częściowo choćby zrozumieć ten kraj. A naprawdę odnosiłam podczas lektury wrażenie, że Anna Świątek jest zwykłą turystką (bo nawet nie podróżnikiem) lub że znalazła się w Japonii zupełnie przypadkiem. Odnośnie tego, co piszesz dalej, jak ktoś nie chce poznać Japonii, nie pozna jej, choćby i całe życie w niej spędził. To tylko kwestia nastawienia jednostki.

    Lubię

  6. @Malice: To są właściwie moje odczucia i wrażenia z lektury, komuś innemu może się spodobać. Więc jeśli nie czytałaś, a masz ochotę do niej zerknąć, nie sugeruj się moim zdaniem;) No, chyba że już przeczytałaś i twoje słowa to taki delikatny wzdech rozczarowania.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s