Pisane w biegu: Ogawa, Mishima i słów kilka o bieżących lekturach

1.

Było to w lutym ubiegłego roku. Siedziałam w kawiarni w biegu Café, na Piotrkowskiej, i odmierzałam czas do przyjazdu pociągu. Przy cieście i zielonej herbacie czekałam na przyjaciela. Czytałam. W pewnej chwili usłyszałam nieśmiałe: „Przepraszam, czy pani nie będzie przeszkadzać, jeśli zrobię zdjęcie?” Nie przeszkadzało. Jedyne, co pamiętam w związku z tą młodą dziewczyną, to że miała żółty sweter na sobie, jeansy, szarą, wełnianą czapkę z daszkiem i również szary, choć jaśniejszy, szal. I że była uprzejma. Zadziwiała mnie wtedy zarówno ona, robiąca zdjęcia ludziom w kawiarni, jak i sami ludzie, którzy – jakoby wbrew nazwie – niby byli ‚w biegu’, wpadali, zamawiali kawę, ciasto, herbatę, wypadali, a jednak w samym momencie picia czy jedzenia, zdawali się zatrzymywać w czasie, delektować chwilą. Jedni, zbici w grupkę w kącie, rozmawiający radośnie, inni, samotnicy – niczym Dziewczyna z Aparatem czy ja – zajęci czytaniem, przyglądaniem się, rozmyślaniem. Wszyscy jednak, na tę krótką chwilę, wyciszeni. Podobało mi się to.

     

2.

W ostatnich przedświątecznych dniach dotarł do mnie 12 (marcowy) numer czasopisma Torii, w którym znajduje się moja recenzja „Muzeum ciszy” Yōko Ogawy (Chinmoku hakubutsukan, 2000; W.A.B., 2012 – przeł. Anna Horikoshi). Sama powieść – historia młodego muzealnika, który przyjeżdża do małego miasteczka, by skatalogować pamiątki po zmarłych i zbudować (osobliwe) muzeum – okazała się na tyle dobra, że z przyjemnością ją polecę, jednak (!) nie każdemu. Nie ma w niej wartkiej akcji, romansu ani rozbudowanej fabuły, więc jeśli ktoś nastawia się na takie klimaty, powieścią Ogawy się zawiedzie. Jeśli jednak ktoś gustuje w niedopowiedzeniu, przemilczeniu i subtelnej, lekkiej narracji, jest szansa, że powieścią się zachwyci. Z lektury wcześniejszej powieści Ogawy, „Miłość na marginesie”, zapadł mi w pamięć aparat słuchowy Beethovena w jednej z gablot tajemniczego muzeum oraz relacja między bohaterką główną a stenografem, który skrzętnie spisywał jej wspomnienia, by je w jakiś sposób uporządkować i (być może) ocalić od zapomnienia. Dla mnie „Muzeum ciszy” było idealnym rozwinięciem tych dwóch motywów.

Zatrzymując się jeszcze przy Torii#12, zachęcam również do lektury artykułu Adama T. Witczaka „Śmierć i noc, i krew. Życie i twórczość Yukio Mishimy”, w którym zarysowuje on wiele oblicz wspomnianego w tytule pisarza, a zatem przedstawia go nie tylko jako zdolnego autora powieści, ale i nacjonalistę, aktora, patriotę, samobójcę, masochistę, wspomina o jego rzekomych skłonnościach homoseksualnych i zamiłowaniu do piękna idealnie wyrzeźbionej sylwetki. Czyta się naprawdę dobrze. W tym numerze pisma znajduje się również recenzja książki Marty Okniańskiej „Anime – w poszukiwaniu istoty fenomenu” (Wyd. Adam Marszałek, 2011), autorka recenzji (Joanna Zaremba-Penk) jest jednak książką ogromnie rozczarowana – wskazuje jej chaotyczność, niedopracowanie, brak porządnej bibliografii, język potoczny, rażące błędy edytorskie i ogólne niewykorzystanie materiału. Cóż, tak druzgocąca recenzja nie zachęca mnie do sięgnięcia po tę publikację, choć z drugiej strony, ciekawa jestem, w jakim stopniu można było zmarnować jej potencjał. Jeśli kiedyś wpadnie mi w ręce, podzielę się wrażeniami.

3.

Jakiś czas temu zaczęłam czytać „Wielki bazar kolejowy. Pociągiem przez Azję” Paula Theroux. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła napisać tu na blogu kilka więcej słów na temat tej lektury – jest wspaniała! Owszem, niektórych mogłaby znudzić, ile bowiem można czytać o kolejnych pociągach, widokach za oknem, stacjach, pasażerach… Akcja tak monotonna, jak stukot kół samego pociągu. A jednak wciąga! Może dlatego, że interesują mnie ludzie, a tych Theroux opisuje niesamowicie. Ileż osobliwości można spotkać w pociągu, na stacji kolejowej, wśród śmietanki literackiej dowolnego kraju czy choćby na ulicach miast i miasteczek. Theroux przemierza kolejne kraje Azji, a ja wraz z nim, co rusz zerkając na mapkę, gdzie dotarliśmy, jaką trasę przemierzyliśmy i co nas jeszcze czeka. Stety-niestety, przyjemność to jedno, a praca drugie (jak miło, gdy też się z przyjemnością wiąże!), więc chwilowo Theroux musi leżeć na półce, a ja kończę (intelektualne) zmagania z monografią „Tajemna głębia (yūgen) w japońskiej poezji. Twórczość Fujiwary Shunzeia i jej związki z buddyzmem” Karoliny Szebli-Morinagi. Lektura to tyleż interesująca, co wymagająca (skupienia i otwartości przede wszystkim). Najtrudniej było/jest się wczuć w doktrynę buddyjskiej szkoły tendai i zrozumieć ją, (wówczas) reszta to czysta przyjemność. O książce z pewnością jeszcze wspomnę.

A Wy, co ciekawego czytacie lub czytaliście ostatnio?

10 thoughts on “Pisane w biegu: Ogawa, Mishima i słów kilka o bieżących lekturach

  1. Mój mąż czytał „Wielki bazar kolejowy” i mówił, że im bliżej końca, tym książka stawała się coraz ciekawsza. Połknął tą cegiełkę szybko. Ale jak zapytałam go, czy chce ciąg dalszy, bo chyba jest wersja napisana po 30 latach, jak Theroux powtórzył podróż, to mąż odparł, że nie bardzo. Coś go ubodło w autorze, nazwał to zarozumialstwem. Ja nie czytałam, więc nie wiem nic, czy to prawda, czy nie. A Torii oglądałam w Empiku i podczytałam Twoją recenzję. ;)))
    Co czytam ostatnio, wystarczy sprawdzić ;)))

    Lubię

  2. @Matylda: Tak, Theroux zdaje się być lekko egoistycznym typem, przy czym egoizm ten momentami faktycznie graniczy z zarozumialstwem. Mimo wszystko, obserwator z niego bardzo dobry, a język, jakim się posługuje, sposób prowadzenia narracji, jego warsztat literacki ogólnie – to wszystko jest warte tego, by na ułomności charakteru Theroux oko przymknąć. Książka, o której wspominasz, to „Pociąg widmo do Gwiazdy Wschodu” i osobiście sięgnę i po nią, choćby dla zawartego w niej spotkania autora z Murakamim.

    Strasznie mi miło, iż zechciałaś zerknąć na moją recenzję w Torii. Dziękuję!:)

    Lubię

  3. Torii mam i nawet wysłałam odpowiedzi na konkurs po to „Muzeum ciszy”.
    Sama szykuje się do konferencji lingwistycznych i to mi głównie zajmuje półkę czytadeł. Z beletrystyki 2 dni temu skończyłam „Everyman” Phillipa Rotha. Nie do końca to kupiłam, ale było miejscami dobre. Nierówna książka. Poza tym np. czytam Listy Lema i Mrożka, ale z tym to sie człowiek męczy dłużej i smakuje tego. Dzisiaj też nabyłam „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego. 70 złotych wydałam! Boziu! Połknęłam na razie jakieś 20-30 stron i ostrze ząbki na więcej. To bardzo… ludzka książka, jeśli wolno mi tak rzec.

    Lubię

  4. @Mizuu: Trzymam kciuki za konkurs, w takim razie!

    Miron Białoszewski. Rety!, jak to dawno było, gdy ostatni raz czytałam coś spod jego pióra. A Mrożek? Pewnie tyle samo czasu minęło… Czasem korci, czasem chciałoby się wrócić z tej Azji, tu, na polski grunt literacki, na dłużej, wnikliwiej i dogłebniej. Czasem. Białoszewski… masz pojęcie, że nie raz i nie dwa recytuję swej Ośmiolatce jego wiersze? Zachwyca się ona jego odą do pieca kaflowego, tego podobnego do bramy triumfalnej…

    Lubię

  5. W biegu – prawie jak Murakami? ; )
    Wydano książkę o anime?! (o.O’) oj, źle ze mną – nie miałam pojęcia _^_ dziękuję za informację!
    Ogawa, z mojej perspektywy, jest bardzo – jakby to powiedzieć – introspektywną, hermetyczną pisarką. Albo wciągnie do wykreowanego przez siebie świata (intymnego, niepokojąco spokojnego), albo wyrzuci na brzeg… Nie powiem, jestem bardzo ciekawa, co napisałaś o Muzeum Ciszy. Trzeba się będzie kiedyś wziąć za lekturę „Torii”.
    Yūgen jest interesującą kategorią. To świetnie, że o tej monografii napiszesz jeszcze.
    A ja teraz czytam, wbrew blogowym pozorom, dużo, ale nie na blogowy temat. Zmagam się np. z Jamesem H. Buczyńskiej-Garewicz, z utęsknieniem patrząc w kierunku innych książek. No i jeszcze to słońce za oknem… haha, w dodatku piszę drugi raz komentarz, bo moja przeglądarka dziś jest kapryśna ; )

    Pozdrawiam serdeczenie!

    Lubię

  6. @Luiza: Prawie;)

    Wydano, pod koniec ubiegłego roku, ale w rękach, jak już wspominałam w notce, jej nie miałam. Miała być to książka naukowa, wyszła ponoć nie bardzo. A szkoda, bo gdy się na nią po raz pierwszy natknęłam, robiłam sobie nadzieję na poważne i wnikliwe podejście do tematu. No ale, nie mnie (póki co) oceniać.

    Ogawa mnie jeszcze nie wciągnęła, ale też nie wyrzuciła na brzeg – dryfuję. ;)

    Oj, a cóż to za „James”? I czemu się zmagasz?

    Pozdrawiam również!

    Lubię

  7. Litero,

    hm, ale jakoś chyba mała promocja była tej książki. Wszędzie widziałam natomiast np. Japoński codziennik – tyż nie czytałam. Trzeba się wziąć za odrabianie zaległości ; )
    Chociaż… nie wiem, czy nie poczekam z tą książką o anime do Twojej recenzji.

    Dryfujesz? Ach, rozumiem ; )

    William James – jeden z twórców pragmatyzmu; na filozofię referacik muszę zrobić, ale mi to idzie po mistrzowsku.^^’

    Przyjemnego popołudnia!

    Lubię

  8. @Luiza: Rozumiem… filozofia plus referat – brzmi strasznie. Filozofię uwielbiałam, jako wczesna nastolatka jeszcze, póki jej mi na studiach nie obrzydzili. Znaczy się, uwielbiam nadal, ale nie w połączeniu ze słowami: studia, referat, egzamin etc. Trzymam kciuki!

    „Japoński codziennik” ma już dwa tomy, nawet jakiś mój komentarz się tam załapał;) Zaczytywałam się blogiem, regularnie dość, stąd i codziennika na półce jeszcze nie mam. Co nie znaczy, że mieć nie będę, nyo.

    @Mizuu: Kusisz tym Białoszewskim, powiem ci.

    Lubię

  9. Jestem ciekawa tej „fenomenalnie” nieudanej książki o anime. Dawno temu, jakaś dziewoja na mangowym forum odgrażała się, że jej siostra popełniła podobną publikację, ale nie wiem, czy to ta sama i nie mogę teraz wrócić do tych postów, bo je zarchiwizowano na shout boxie. W każdym razie o mangowcach mam dość niskie mniemanie i raczej rzadko zdarza się, aby we własnych magazynach napisali coś mądrego, a co dopiero w publikacji książkowej, a autorką pewnie jest jedną z nich. Jesli miałabym po to sięgnąć to tylko po to, aby utwierdzić się w tym przekonaniu :P.
    Co do „Japońskiego codziennika” to widziałam, pełno tego w empikach, ale sposób „blogowy” jakoś mi nie leży i nie zachęca do sięgnięcia po tą lekturę. Zresztą ostatnimi czasy jest jakiś wysyp publikacji zarówno książkowych, jak i artykułowych typu „byłem w Japonii rok/pięć/dziesięć lat i podzielę się swoimi pseudo-mądrościami” przy czym im więcewj takich publikacji, tym ich jakość wydaje mi się coraz słabsza. Powstrzymam się od podawania nazwisk. Dziś każdy idiota, który pojechał do Japonii może zabrać ze sobą lustrzankę, narobić kilka mniej lub bardziej udanych zdjęć (tutaj pojawia się kwestia, czy posiadanie lustrzanki czyni z człowieka fotografa i czy warto się chwalić efektami takiej pracy), dopisać do tego kilka mniej lub bardziej mądrych tekstów ze swoich wojaży i wyjść na eksperta z własną publikacją. Nie twierdzę, że akurat ta książka taka jest, ale kurczę – ileż można. Za dużo jest takich tekstów i trudno wyłapać coś naprawdę wartościowego. A jak będę chciała poczytać sobie albo pooglądać zdjęcia ludzi grasujących po Japonii to poszukam sobie jakiś blogów albo fotoblogów bez wydawania kasy na papierową wersję. Grunt, żeby z tych wojaży wynieść coś, czym naprawdę warto się pochwalić i co w jakiś sposób wzbogadza wiedzę i autora, i potencjalnych czytelników. No chyba, że „Japoński codziennik” jest godzien polecenia, wtedy się przeproszę z tą książką, ale najpierw poczekam na opinie :).

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s