Tama skąpany w kocimiętce* [„Haruki Murakami i muzyka słów” Jay Rubin]

Pierwsze moje podejście do książki Jaya Rubina miało miejsce trzy lata temu, tuż po jej wydaniu na rynek polski. Przeczytałam jednak zaledwie kilkadziesiąt stron, po czym książkę odłożyłam. I nie, żeby mi się nie spodobała – wręcz przeciwnie! – przekonałam się jednak, iż faktycznie nie jest ona tylko biografią Harukiego Murakamiego, ale i analizą jego twórczości; o czym informował wprawdzie opis na tylnej okładce, ja jednak przymknęłam na ów opis oko, co w rezultacie okazało się błędem. Zatem, jako że za sobą miałam dopiero lekturę powieści Norwegian Wood i zbioru opowiadań Wszystkie boże dzieci tańczą, uznałam, że tak duża liczba spoilerów w książce Rubina popsuje mi radość płynącą z czytania (i odkrywania) reszty tekstów Murakamiego, tego zaś nie chciałam. Rubin musiał poczekać. Patrząc z perspektywy czasu, była to dobra decyzja.

Jay Rubin, który do momentu zetknięcia się z prozą Murakamiego zajmował się wyłącznie literaturą klasyczną – w tym, w szczególności, twórczością Sōsekiego Natsume – zaś literaturę współczesną uważał za słabą i niedojrzałą, nie ukrywa, że z czasem stał się jego (wiernym) fanem. Pisze o tym już we wstępie (pierwsze zdanie: „Co tu ukrywać – jestem fanem Harukiego Murakamiego”, str. 7), a szerzej przytacza w Dodatku:

„I wtedy, a był to rok 1989, pierwszy raz natknąłem się na prozę Murakamiego. Z jego istnienia ledwo zdawałem sobie sprawę: wiedziałem, że to jakiś pisarz w stylu pop i że półki tokijskich księgarń są wypełnione stertami jego książek. Sądziłem, że są to jakieś głupoty o nastolatkach, które się upijają i wskakują do łóżek, więc nie miałem ochoty tego czytać. Parę miesięcy przed ukazaniem się angielskiego przekładu Przygody z owcą pewien amerykański wydawca poprosił mnie o przeczytanie jednej z książek Murakamiego, żeby sprawdzić, czy warto to tłumaczyć. (…) Była to powieść Sekai no owari to hādoboirudo wandārando, czyli Koniec świata i Hard-boiled Wonderland. Książka powaliła mnie na kolana do tego stopnia, że przez następne dziesięć lat właściwie nie zajmowałem się niczym poza twórczością Murakamiego. Po latach obcowania ze stonowanym, szarym realizmem japońskim nie mogłem uwierzyć, że Japończyk potrafi napisać coś tak śmiałego, pełnego szalonej wyobraźni. (…) Pewnie twórczość Murakamiego nie spodobałaby mi się tak bardzo, gdybym w pierwszej kolejności przeczytał coś innego (np. Norwegian Wood). Ale pamiętając, że jest to twórca książki Koniec świata i Hard-boiled Wonderland, której echa słychać we wszystkich jego późniejszych dziełach, potrafiłem się zachwycić niemal każdą rzeczą, którą napisał.” (str. 371)

Słowa te dają do zrozumienia, iż książka, którą trzymamy w dłoniach, nie jest do końca pracą obiektywną; jest to rezultat wieloletnich badań i dociekań pewnego amerykańskiego literaturoznawcy, który zauroczony powieścią Koniec świata i Hard-boiled Wonderland postanowił poznać i zrozumieć jej autora, chłonąc wszystko, co wyjdzie spod jego pióra i zarzucając go (osobiście) mnóstwem pytań o motywy, tropy i symbole w jego (o)powieściach. Tak też należałoby tę monografię traktować – jako notatnik człowieka, który był/jest jednocześnie wykładowcą literatury japońskiej na Uniwersytecie Harvarda, tłumaczem Murakamiego**, jego interpretatorem i (być może tutaj najważniejsze) jego fanem (na szczęście nie ślepym, a często krytycznym).

„Jedna z największych radości w życiu to możliwość nieskończenie długiej rozmowy o książce z kimś, kto lubi ją tak samo jak my.” ***

Haruki Murakami znany jest w Polsce jako autor powieści, dwóch zbiorów opowiadań i quasi-autobiografii O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, w której przedstawia siebie nie tyle jako pisarza, co jako maratończyka ceniącego zdrowy, uregulowany tryb życia. Jay Rubin zdradza nam kilka z jego pozostałych oblicz, kreśląc Murakamiego między innymi jako miłośnika palindromów, czyli zdań (lub słów), które czytane zarówno zwyczajnie, jak i wspak znaczą to samo. Zbiór takich palindromów (dokładniej: zbiór 44 palindromów, z czego każdy zaczyna się na inną sylabę japońskiego systemu fonetycznego), wzbogacony o żartobliwe historyjki do każdego z nich oraz ilustracje Mimiyo Tomozawy, wydany został w roku 2000 pod wdzięcznym tytułem Ma-ta-ta-bi-a-bi-ta-Ta-ma, czyli „Tama skąpany w kocimiętce” (gdzie Tama jest imieniem kota); powstał on w czasie, gdy Murakami zrobił sobie noworoczną przerwę i miał odpoczywać od pisania, przy czym w posłowiu do owego zbioru autor zaprzecza, jakoby był pracoholikiem. Przyznam, że to (nowe) oblicze Harukiego Murakamiego jest jednym z moich ulubionych – o pozostałych nie wspomnę, by nie psuć Czytelnikowi zabawy.

Co znajdziemy w książce Rubina poza wspomnianymi obliczami pisarza? Na pewno jego biografię – choć pozbawioną skandali i dla wielu być może nudną: od wspomnienia o wczesnym dzieciństwie i kłopotach z nauką (z powodu lenistwa, a nie braku predyspozycji), przez rozkochanie w literaturze amerykańskiej (czytanej w oryginale, co było dla chłopca nowym i wspaniałym uczuciem: wzruszyć się czymś, co jest napisane w innym języku niż jego własny), studia w Tokio, ślub (wbrew rodzicom), prowadzenie baru jazzowego (jeszcze bardziej ku rozczarowaniu rodziców), aż po napisanie pierwszej powieści i rozpoczęcie życia pisarza-maratończyka. Tu oczywiście historia się nie kończy, Rubin przechodzi jednak bardziej w analizę dzieł Murakamiego (jednym razem trafną i zaskakującą, innym – trochę jakby naciąganą), o jego życiu wzmiankując tylko od czasu do czasu. Nie jest to jednak analiza nużąca i ciężka; lekkim piórem, okraszając tekst główny kolejnymi cytatami czy anegdotami, Rubin serwuje nam przekrój przez twórczość Murakamiego, począwszy od Kaze no uta o kike (Słuchajcie pieśni wiatru, 1979) po wydanie Afutā Dāku (Po zmierzchu, 2004) – ostatnie teksty zostały dopisane już po wydaniu angielskojęzycznym książki Haruki Murakami i muzyka słów, można więc śmiało powiedzieć, że polskie wydanie jest odrobinę bogatsze od oryginału. I szkoda tylko, że przy polskim wydaniu, już na okładce, pojawia się niemiła (dla oka) literówka w nazwisku tak znanego i cenionego pisarza, jakim jest Sōseki Natsume.

______

„Haruki Murakami i muzyka słów”
oryg. Haruki Murakami and the Music of Words (2003)
autor: Jay Rubin
przeł.: Wojciech Górnaś
red.: Anna Zielińska-Elliott
wyd.: MUZA, Warszawa 2008

* tytuł zbioru palindromów (a jednocześnie jeden z nich) napisanego przez Harukiego Murakamiego; palindrom użyty przez Jaya Rubina we wstępie do książki – szerszej wyjaśniono w dalszej części tekstu;
** pozostałymi tłumaczami Murakamiego na język angielski (jeśli nie jedynymi, to na pewno ważniejszymi) są Alfred Birnbaum i J. Philip Gabriel;
*** Haruki Murakami, Wakai dokusha-no tame-no tanpen shōsetsu annai (Bungei Shunjūsha, 1997); [cyt. w]: Jay Rubin, Haruki Murakami i muzyka słów, str. 209

9 thoughts on “Tama skąpany w kocimiętce* [„Haruki Murakami i muzyka słów” Jay Rubin]

  1. Ja też odłożyłam tę książkę – wrócę do niej na pewno. I wtedy do Twojej recenzji też xD
    No widzisz, według mnie – z tego, co na razie przeczytałam – Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland to jego najlepsza książka.

    Ale że palindromy pisał? xDD”’

    Odnośnie korekty w polskich wydaniach – tak się jakoś dzieje, że najwięcej literówek, błędów i przekręceń pojawia się w japońskiej literaturze, innych nie dotyczy to w aż takim stopniu jak japońskiej – bez względu na wydawnictwo. Zastanawiające…

    Pozdrawiam serdecznie!^^

    Lubię

  2. @Luiza: No mnie z tymi palindromami też – że tak powiem – powalił;D

    Koniec świata i Hard-boiled Wonderland dopiero przede mną, od wczoraj zatapiam się natomiast w świat 1Q84 i coś mi się zdaje, że w tej powieści zainteresowanie Murakamiego historią widoczne będzie bardziej niż w Kronice ptaka nakręcacza (a w niej ponoć było najwięcej odniesień do historii, zwłaszcza tej jej części dla Japonii nieprzyjemnej). Nyo, a ja łapki zacieram na myśl o trzech tomach 1Q84 pod rząd, hurtem jakoby; ostatni raz czytałam tak jeszcze w liceum, Wiedźmina, a to jednak tych ‚kilka’ lat wstecz;)

    Co do korekty, szczerze, to nie zwróciłam uwagi, czy to (szczególnie) przekłady z japońskiego tak cierpią, czy też to jakiś ogólny (mało chlubny) trend. Tak czy inaczej, zawsze mi szkoda: błędów, niedociągnięć stylistycznych czy wręcz urwanych zdań (u Rubina chyba jedno też się takie znalazło).

    Pozdrawiam również!:)

    Lubię

  3. „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” – co do komentarza u mnie, no właśnie długo myślałam nad głębokim sensem i zwróciłam uwagi na daty, ale to chyba trzeba bardziej interesować się ta kulturą bardziej niż historią. Na książkę o tym autorze jeszcze dla mnie za wcześnie, sięgnę po nią tak za 2-3 książki… mam jeszcze trochę planów, może w między czasie uda mi się nadrobić braki wiedzy o rozwoju kultury :)

    Lubię

  4. @Dziecko kwiatu: Mówiąc o historii (ogólnie), mam zazwyczaj na uwadze przemiany zarówno gospodarcze, polityczne, jak i kulturalne. By zrozumieć do końca Murakamiego, trzeba znać wszystkiego po trochu – że tak uogólnię;) Zresztą, dla mnie historia to całość, przemiany polityczne niosą za sobą przemiany gospodarcze, te zaś wpływają na poziom życia społeczeństwa i zmieniają wartości – nie sposób tego rozdzielić. No, ale to takie moje rozważania. Co do zbioru Ślepa wierzba, śpiąca kobieta, zawarte w nim opowiadania są nierówne – jedne lepsze, drugie mniej – nie ma się jednak co dziwić, pochodzą z różnego okresu.

    Ciekawa jestem, jakie książki znajdą się w tych 2-3 najbliższych;) Rubina polecam – oczywiście, z czasem.

    Lubię

  5. @Litera:
    Ja mam pewną teorię nt. 1Q84 xDDD ale z jej ujawnieniem poczekam na trzeci tom (-_^)

    Mimowolnie sprawdza(ła)m częstotliwość literówek w przekładach na polski różnych książek obecnie wydawanych (pomijam fakt, że jeszcze jakieś 20 lat temu takich literówek prawie w ogóle nie było) i do takiego wniosku doszłam – najwięcej jest w japońskiej literaturze (w koreańskiej nie – bo w niej obecnie specjalizuje się jedno wydawnictwo, a z rzadka np. Dialog wyda „coś” z Kraju Porannej Świeżości; wietnamskiej jest u nas niewiele; a chińska z reguły jest pozbawiona aż tylu literówek co japońska).

    Miłego dnia!^^

    Lubię

  6. @Luiza: Ty mnie często teoriami kusisz, a ich nie ujawniasz – ładnie to tak?;) Bądź pewna, że przynajmniej tę teorię wyproszę przy trzecim tomie 1Q84 – a ten już niedługo! Nie odpuszczę;>

    Wiesz, ja pamiętam, że interpunkcji, ortografii czy stylistyki uczyłam się z książek, z powieści właśnie; teraz, gdy widzę te rażące niekiedy błędy, troszkę się wzdrygam (choćby dlatego, że moje dziecię zacznie zaraz samo czytać i wzrokowo zapamiętywać), z drugiej zaś strony, przestaję się dziwić, że ludzie (młodzi) mają coraz częściej „dysleksję” (wzięte w cudzysłów celowo). A może po prostu tak ma być, bo się czasy zmieniają, a ja zbyt wymagająca jestem i się czepiam…?;) [to już ze zrezygnowaniem i lekkim mrugnięciem, o]

    Miłego i Tobie, a jakże!:)

    Lubię

  7. @Litera:
    Hehe, na pewno ujawnię po przeczytaniu trzeciego tomu xD’ Chyba że trzeci tom obali moją wstępną, roboczą tezę (T_T)

    A tam, najlepszy zawsze jest słownik poprawnej polszczyzny xD
    Hehehe, na pewno zbyt wymagająca ; )

    Pozdrawiam!^^

    Lubię

  8. @Luiza: O, to ja mam taką propozycję: weź spisz roboczą tezę, a później ewentualnie opublikuj obie, porównując, jak wstępne przemyślenia mają się do tych końcowych:] Mógłby wyjść z tego całkiem zgrabny tekst;)

    No, że słownik najlepszy, to ja wiem, ale po taki słownik młodzi (choć nie tylko oni, starsi też) ludzie sięgają jeszcze rzadziej niż po powieść…

    Wiem, wiem, jestem wymagająca, fakt niezaprzeczalny;) Ale zauważam zachodzące we mnie powoli zmiany, na przykład, mniej krytycznie staram się ostatnio podchodzić do literatury pop (co nie znaczy, że zawsze mi to wychodzi). Ale błędy w książkach… nie, z tym się chyba szybko nie oswoję;)

    A tak na marginesie, ładna jesień, prawda? Z radością zabierze się książkę na dwór, by tam, w słonku, poczytać;) Ponoć po weekendzie pogoda ma się zmienić drastycznie, więc życzę Ci spędzenia dwóch najbliższych dni jak najmilej, jak najwięcej rozkoszując się ciepełkiem:)

    Lubię

  9. Hehe, spiszę, spiszę xDD

    Powieści też bywają mylące – nie mówię już o literówkach, ale o licentia poetica ; )

    Z błędami w książkach nie powinniśmy się oswajać – nie wolno obniżać standardów i wymagań, a wręcz przeciwnie xD

    Tak, piękna jesień. Ciepła. Pora deszczowa się skończyła, zatem teraz wyszło słońce.^^

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s