Come Rain, Come Shine (2011)

Kino koreańskie, przyznam otwarcie, nie jest mi znane. Pierwszym południowokoreańskim reżyserem, z którego twórczością miałam przyjemność się zetknąć, był Park Chan-Wook*, autor sławnej „trylogii zemsty”** – obrazów sensacyjnych pełnych przemocy i okrucieństwa, mających w sobie jednak coś, co przyciąga. Kolejnym po nim był Kim Ki-Duk; jego filmy odebrałam jako raczej powolne, melancholijne, pełne symboli i przemilczenia – tak, słów w filmach Kima pada niewiele, natomiast rozwiązania akcji zaskakują, ocierając się niekiedy o metafizykę: tutaj szczególnie przychodzi mi na myśl „Łuk” (Hwal, 2005), choć jest to niewątpliwie tylko przykład. Poza tymi dwoma twórcami nie potrafię wymienić innych i bardzo prawdopodobnym jest, że po prostu moja znajomość kina koreańskiego kończy się na filmach, które oni stworzyli.

Niedawno, podczas Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi, miałam okazję obejrzeć polską premierę filmu „Come rain, come shine” (Saranghanda, Saranghaji Anneunda, 2011) w reżyserii Lee Yoon-Kiego, jednego z najbardziej uznanych koreańskich reżyserów. „Come rain, come shine” (wyświetlany podczas festiwalu jako  Po deszczu przychodzi słońce), nominowany podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie (2011) do nagrody Złotego Niedźwiedzia, to obraz niezwykle spokojny, powolny, subtelny, poruszający i skłaniający do przemyśleń. Wspomniana powolność akcji – a wręcz marazm i apatia głównych bohaterów – może nudzić, wywoływać w widzu uczucie zniecierpliwienia, jednakże wszystko zależy od nastawienia, z jakim zasiądziemy przed ekranem, od  świadomości, jaki to rodzaj filmu. Ja wyszłam z kina urzeczona, a Lee Yoon-Ki znalazł się na mojej osobistej liście reżyserów, których filmy znać warto.

Inspiracją do filmu „Come rain, come shine” było opowiadanie japońskiej pisarki Areno Inoue „The Cat That Can Never Come Back” (Kaerenai neko); niestety, jakkolwiek tytuł opowiadania tego pojawia się w wielu recenzjach, zdaje się, iż na język angielski proza Inoue nie została przełożona. Szkoda. Wracając do samego filmu, w pierwszych już sekwencjach poznajemy parę bohaterów, młode małżeństwo z pięcioletnim stażem. On, Hwang Ji-seok (Hyun Bin), jest architektem. Postanowił zrezygnować z biura w centrum miasta i od tej pory wykonywać swą pracę w domu. Ona, Young-shin (Im Soo-jung), pracuje w wydawnictwie i właśnie leci do Tokio na kilka dni. On wiezie ją na lotnisko, rozmawiają. Scena ta zabiera około 10 minut filmu (początkowych); spokojna, przerywana chwilami swobodnej ciszy rozmowa kończy się stwierdzeniem Young-shin, że odchodzi. Ma kogoś. Szyba samochodu, twarze głównych bohaterów, ich słowa, ogromny korek w drodze na lotnisko. Widzów zadziwić może reakcja Ji-seoka (a dokładniej, brak jakiejkolwiek reakcji): mężczyzna nadal spokojnie i pełen opanowania prowadzi samochód, jego wyraz twarzy niewiele się zmienił (jeśli w ogóle), nie zadaje żadnych pytań, nie robi wymówek, nie wścieka się – nadal zdaje się obstawać przy swoim, że przyjedzie po nią na lotnisko, by ją odebrać. Reszta filmu dzieje się po powrocie Young-shin i jest ilustracją ostatniego, wspólnie spędzonego dnia naszej pary.

© Come rain, come shine (2011), reż. Lee Yoon-ki; kadr z filmu

Ostatni dzień z życia małżeństwa

Pada deszcz. Leje. Z powodu tej ulewy zablokowane zostają drogi w mieście i wyjście do restauracji czy też opuszczenie mieszkania przez Young-shin staje się niemożliwe, a przynajmniej mocno utrudnione. Ona leniwie krząta się na piętrze, paląc papierosy i pakując swoje rzeczy (a dokładniej: pakując, wyjmując je z powrotem, oglądając raz kolejny, przywołując wspomnienia, pakując ponownie). On postanawia jej pomóc, pakuje w kuchni jej ulubioną zastawę, później ją rozpakowuje, bo potrzebuje a to filiżanki, by zrobić jej kawę, a to talerzy, gdy postanawiają jednak coś wspólnie ugotować. Trochę razem rozmawiają, trochę się śmieją, przez większość dnia są jednak posępni, zamyśleni, snują się z kąta w kąt, zdając sobie sprawę, że powinni porozmawiać, nie wiedzą jednak, co powiedzieć. A może, zwyczajnie, nie mają sobie nic do powiedzenia? Znudzenie, obojętność, totalna pasywność (bohaterka niby opuszcza męża, ale – choć to była przecież jej decyzja – jakoś tak opieszale, jakby chciała przesunąć ten moment w czasie, jakby nadal na coś czekała) – wszystko to zostaje przerwane pojawieniem się małego kociaka. To on wnosi w kolejne sceny odrobinę energii, życia, pozwalając widzowi odetchnąć. Zabrany z balkonu kociak ucieka, chowa się w zakamarki mieszkania, nie pozwala się złapać. Ma charakter, wyraźny i zdecydowany, co czyni go przeciwwagą dla apatycznej pary bohaterów. Wkrótce pojawiają się właściciele kociaka, również młode małżeństwo. Z uwagi na to, że kociak nie daje się złapać, młodzi jakoby wpraszają się, zaczynają radosną rozmowę, włączają telewizor… Nie jest to najlepszy moment na wizytę, jednakże pojawienie się tej pary, jak i chwilę wcześniej kociaka, sprawia, że coś zaczyna się dziać; można to nazwać chwilowym ożywieniem, wręcz wyzwoleniem. W tym samym czasie dzwoni kochanek Young-shin; telefon odbiera Ji-seok, przekazując żonie słuchawkę. W pamięć zapadają słowa kochanka: „Czy jest coś, co cię powstrzymuje?” No właśnie, czy jest?

Lee Yoon-ki sportretował ostatnie wspólne chwile małżeństwa (dokładniej: trzy godziny, a zatem niemal tyle samo, ile trwa sam film) tuż przed rozstaniem. Jest to portret nietypowy, brak tu tradycyjnie z rozstaniem asocjowanych złości, kłótni, wymówek, wyrzucania sobie nieprzyjemnych rzeczy, płaczu, histerii… Nie ma niczego, z czym byśmy kojarzyli rozstanie. I to rozstanie z powodu niewierności. Może w takim razie ta niewierność to tylko rodzaj wymówki? Może powód rozstania tkwi gdzieś głębiej? Młodzi piją kawę, którą on specjalnie dla niej parzy; kawa smakuje jakoś tak lepiej w ten deszczowy dzień, wyjątkowo. Ona wrzuca do puszki po (zdaje się) piwie niedopałki papierosów, on po niej sprząta, pomaga jej w pakowaniu. Gdybyśmy nie wiedzieli, że para się rozstaje, pomyślelibyśmy sobie, że wszystko między nimi jest w jak najlepszym porządku, że stanowią dwójkę idealnie zgrywających się ludzi. W pewnej chwili pada jej pytanie: dlaczego jesteś taki miły? On, nadal spokojnie, odrzeka, iż cokolwiek by zrobił, niczego by to nie dało, bo raz podjętych przez nią decyzji nie da się cofnąć. Każde z nich na coś czeka, czegoś by chciało, żadne nie potrafi jednak wyjść poza swoje myśli. Tu tkwi problem. Może był tu od zawsze.

Jakkolwiek tytuł angielski filmu (a co za tym idzie, również i polski przekład) dawać może nadzieję, o tyle oryginał – zamiast owej nadziei – pozostawia raczej niepewność, jest wyrazem niezdecydowania bohaterów i ich swoistego (uczuciowego) zawieszenia: można go przetłumaczyć jako „kocham cię, nie kocham cię”. Jedynym wyjściem z sytuacji (emocjonalnej), w jakiej znalazła się nasza para, zdaje się być właśnie spokojne, powolne rozstanie.

______

„Come rain, come shine” (2011)
oryg. 사랑한다, 사랑하지 않는다 (Saranghanda, Saranghaji Anneunda)
reż.: Lee Yoon-ki

* w tekście – zarówno tutaj, jak i w dalszej jego części – dla nazwisk koreańskich zastosowano zapis oryginalny: wpierw nazwisko, później imię/imiona;
** „Pan Zemsta” (Boksuneun naui geot, 2002), „Oldboy” (2003) i „Pani Zemsta” (Chinjeolhan geumjassi, 2005);

5 thoughts on “Come Rain, Come Shine (2011)

  1. Ciekawe, czy film pojawi się w kinach studyjnych, bardzo chętnie bym go zobaczyła. Będę wypatrywać. Lubię takie filmy, zwłaszcza jesienią, myślę, że odnalazłabym się w jego estetyce i klimacie. Trylogię o Zemście raz próbowałam obejrzeć, ale pomysł porzuciłam – zbyt brutalne dla mnie.

    Lubię

  2. @Mandżuria: Tak, jesienią takie filmy (powolne, refleksyjne) działają wyjątkowo mocno. Co do Trylogii Zemsty, owszem, dość brutalne to filmy, jednakże – przymykając na brutalność oko – stara(-ła)m się znaleźć w nich coś więcej; jednak to było coś innego niż bezsensowne zadawanie bólu, taka realizacja idei vendetty.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s