„Życie codzienne w Tokio. 1990-2004” – Dorota Hałasa

Książka Hałasy – skądinąd z trudem swego czasu przeze mnie zdobyta – leżała na półce już dłuższy czas, czytana fragmentami, nigdy jednak w całości, od deski do deski. Do czasu. Do wnikliwszego zapoznania się z całością skłoniła mnie niedawna lektura „Tatami kontra krzesła” Rafała Tomańskiego – książka na pierwszy rzut oka bardzo podobna do „Życia codziennego w Tokio”, w gruncie rzeczy jednak całkiem odmienna. Odmienna ze względu na styl, ale i ze względu na sposób przedstawienia tematów. O ile Tomański (choć, jak pisze we wstępie, zamiar miał zupełnie odwrotny) napisał książkę z punktu widzenia turysty, który do Japonii pojechał, zobaczył, wrażenia swe opisał (dodając to, co wyszukał w Sieci czy zapamiętał z wykładów), o tyle Hałasa w notatkach swych skupiła się nie na tym, co ten czy inny badacz powiedział, ale na tym, czego doświadczyła w czasie swego kilkunastoletniego pobytu w Kraju Wschodzącego Słońca, pełniąc tam rolę pracownika różnych firm, korespondenta, żony, matki, synowej, przyjaciółki. Wszystko (poza danymi czysto statystycznymi), o czym pisze Hałasa, jest jak najbardziej doświadczone, przez nią lub przez znane jej osoby, co czyni książkę wyjątkowo interesującą.

Forma książki, jak wspomniałam, zbliżona jest to tej, jaką wybrał Tomański. Mamy tu zatem siedem rozdziałów tematycznych (jak np. „Miasto i architektura”, „Praca”, „Rodzina”, „Rozrywki” – nie liczę wstępu ani zakończenia), a każdy z tych rozdziałów podzielony jest z kolei na mniejsze objętościowo podrozdziały (zazwyczaj po 2-3 strony). Co wyjątkowo mi się tu podoba, to porządek. Jedna informacja prowadzi krok po kroku do drugiej (zarysowując temat rzetelnie, ale czytelnie nawet dla osób nieobeznanych z zagadnieniem), jeden podrozdział jest konsekwencją poprzedniego, trochę danych, sporo anegdot. Dane statystyczne, zwłaszcza z pierwszego rozdziału („Ogólna charakterystyka miasta”), są już w tej chwili nieaktualne, fakt, jednak przedział czasowy, o którym mówi autorka, jasno został określony i trudno mieć pretensje o to, że z biegiem czasu coś się zdezaktualizowało.

Oczywiście, nie jest to książka idealna, ma swoje wady. Przede wszystkim autorka bywa dość subiektywna, nie ukrywa, co się jej podoba, a co nie, więc niejednokrotnie miałam ochotę powiedzieć: ja bym się z tym jednak nie zgodziła (patrz: chociażby podrozdział „Ubiory” i zdanie autorki na temat młodych zbuntowanych, czyli kwestia subkultur). Brakuje też bibliografii, choć przypisy, owszem, się pojawiają. Zdaję sobie sprawę, że bibliografia w książce pisanej głównie w oparciu o doświadczenie nie jest czymś koniecznym, jednak do pewnych rozdziałów kilka odnośników z pewnością by się przydało (wszędzie tam, gdzie autorka przytacza wyniki ankiet, statystyki, porównania czy rys historyczny). Nie są to jednak wady mocno rażące, nie zniechęcają do lektury w żadnym wypadku.

Z racji serii, w jakiej książka została wydana, traktuje ona z założenia o Tokijczykach i ich życiu codziennym. Równie dobrze jednak informacje w niej zawarte odnieść można do Japończyków ogólnie, z tą drobną różnicą, iż mowa tu o mieszkańcach Tokio, wielomilionowej, wielokulturowej metropolii, w której standardowy model życia różni się nieco od życia w innych, mniejszych miastach Archipelagu – trzeba brać na to poprawkę. To jedno, konkretne miasto mocno wpływa na zachowanie i system wartości żyjących w nim ludzi.

Tokijczycy żyją na pograniczu dwóch światów, które w ich mieście istnieją obok siebie. W jednym siedzi się na matach, śpi na podłodze, je pałeczkami i nosi kimono, w drugim siedzi na krzesłach, śpi na łóżku, je nożem i widelcem i nosi płaszcz od Armaniego.” (str. 194)

Czym jest „Życie codzienne w Tokio”? Najkrócej mówiąc, lekturą w sam raz dla osób, które chcą spróbować zrozumieć Japończyków. Powiedzmy, idealna lektura na początek.

______

„Życie codzienne w Tokio. 1990-2004”
autor: Dorota Hałasa
seria: Życie codzienne w miastach Orientu
wyd.: Dialog, Warszawa 2004

16 thoughts on “„Życie codzienne w Tokio. 1990-2004” – Dorota Hałasa

  1. Takie publikacje o Japonii, które raczej należy zaliczyć do popularnonaukowych, mniej interesują osoby o szerszej, większej wiedzy (chyba tylko na zasadzie ciekawostki). Hm, z drugiej jednak strony dochodzę do wniosku, że mało osób tak naprawdę chce zrozumieć – większość szuka jakiś sensacyjnych odkryć, czegoś, co wskaże, że to my (jakkolwiek to „my” zdefiniujemy) jesteśmy „normalni”, a reszta świata „dziwna” (że tak uproszczę).

    Wydawnictwo Akademickie Dialog wydało wiele cennych książek, niestety – większość jest już niedostępna.

    Pozdrawiam serdecznie!^^

    Lubię

  2. @Luiza: Żeby jednak mieć szerszą wiedzę, wpierw trzeba od czegoś zacząć, prawda?;) Rzecz druga, nawet jeśli większość szuka sensacji, cóż, w pojęciu większość mieści się zawsze informacja, że jednak istnieje również mniejszość. I nawet jeśli tylko mniejszość chciałaby dowiedzieć się czegoś więcej, zrozumieć, to dla tej mniejszości choćby warto pisać tego typu książki.

    Pozdrawiam również:)

    Lubię

  3. Nawet jeśli książka niepozbawiona jest wad, to brzmi bardzo interesująco i chciałabym ją przeczytać. Jakkolwiek wszelkie publikacje popularnonaukowe są potrzebne i przyjemnie poszerzają wiedzę, najbardziej lubię te książki pokazujące zwykłe życie w danym miejscu, mogące pokazać mi choć wycinek rzeczywistości z jakiegoś miasta bądź kraju. Dopisuję na listę i będę się rozglądać, dzięki za recenzję :)

    Lubię

  4. @Mandżuria: Na rynku to trudno aktualnie tę książkę dostać, prędzej w bibliotece jakiejś, dobrze zaopatrzonej – w Łodzi jest biblioteka przy TPJ, może tam? Jeśli nie znajdziesz, zawsze mogę udostępnić z biblioteczki własnej;) A wad książka pani Hałasy ma naprawdę niewiele, szczerze ją polecam.

    Lubię

  5. W bibliotece… hm… Z przyjemnością bym kupiła. Pewnie jednak już nawet wydawca jej nie ma. A ja mam kłopoty z… ogólnie rzecz biorąc umieszczeniem powstającej właśnie japońskotematycznej książki w księgarniach. Super, nie? Z drugiej strony, niestety, wiele z pozycji, których szukam np. z literatury rosyjskiej jest już niedostępnych, ale nie tylko Mikę Waltariego mi wywiało. Trzeba będzie szukać na allegro. Eech. No to pomarudziłam.
    Wracam do pracy. Macham serdecznie.

    Lubię

  6. @Tani: Marudź do woli, mnie to nie przeszkadza ni trochę;) Mam nadzieję, że problem z księgarniami się rozwiąże, pozytywnie. Sama z przyjemnością książkę rozreklamuję, gdzie mogę – taki typ społecznika, jeśli chodzi o powiązania z Japonią, nyo. A na allegro sama często szukam. Albo w antykwariatach. Sporo tam perełek.

    Odmachuję ciepło (późno-) wieczorową porą:)

    Lubię

  7. Na jakiej podstawie uważa pani, że przedstawione w książce informacje można przenieść na mieszkańców nieTokio? Pani następne zdanie przeczy temu, bo jak można brać tak dużą poprawkę. Życie Japończyka z Hokkaido będzie na pewno zdecydowanie inne, ale nie trzeba aż płynąć na inną wyspę, bo przecież życie na wsi na Honsiu zapewne płynie zupełnie innym rytmem niż w Tokio. „To jedno konkretne miasto”… jedyne w swoim unikatowym oddziaływaniu w Japonii, czy na świecie? Można przeprowadzić się z Warszawy do Gdańska i przeżyć szok kulturowy, a Polska przecież nie słynie z różnorodności regionalnej w takim stopniu co Japonia. Książka jest o tym o czym jest i na tym polega jej wartość, przypisywanie jej na siłę uniwersalności raczej obiera jej jakości niż dodaje.

    Z której strony książka Hałasy jest podobna do książki Tomańskiego, to ja szczerze powiem nie mam pojęcia. Jedyny schemat, którego trzyma się ta książka, to ten występujący w całej serii „Życie codzienne w”. Większość wprawdzie tylko przeglądałam zagłębiając się w pojedyncze rozdziały, ale Pekin czytałam cały. Hałasa pisze o konkretnych aspektach życia w Tokio. Tomański porusza najróżniejsze tematy, bez jasnego klucza, takie tam ciekawostki dotyczące Japonii ogólnie. Widziałam w pani recenzji, że „Tatami kontra krzesła” panią rozczarowała, ale w tym przypadku mam wrażenie, że na siłę się pani na tej książce wyżywa porównując ją do pozycji o zupełnie innych aspiracjach. Zapał chyba godny lepszej sprawy, jeżeli tak żałuje pani pieniędzy wydanych na książkę Tomańskiego to czy nie lepiej odsprzedać ją na portalu aukcyjnym i więcej się nie denerwować?

    Lubię

  8. @Pillowscrapbook: Rety, ależ negatywne nastawienie z Twojego komentarza bije. Odpowiedzi na wszystkie Twoje zarzuty są w tekście, wystarczy dokładnie się wczytać. Ale dobrze, odpowiem.

    Na jakiej podstawie? Na podstawie słów samej pani Hałasy zawartych w epilogu; książki aktualnie przy sobie nie mam, więc odpowiedniego cytatu nie przytoczę. Oczywistym jest, że życie mieszkańca Hokkaido znacząco różni się od życia mieszkańca pozostałych wysp głównych, ich zaś życie różni się od życia mieszkańców wysp pomniejszych, choćby mieszkańców Archipelagu Riukiu. Jednakże (ograniczając się jednak do wysp głównych): system edukacji, rola kobiety i mężczyzny, małżeństwo, religia, kuchnia, sposoby spędzania wolnego czasu, kwestia narodowości, podejście do obcokrajowców – tego typu kwestie nie są charakterystyczne dla Tokijczyków, ale dla całego narodu przecież. Standard życia mieszkańców Tokio będzie się różnił od standardu życia na (pobliskiej nawet) wsi czy w mniejszym mieście, owszem, wartości jednak wpajane od dziecka pozostaną zbliżone.

    „To jedno konkretne miasto” – oczywiście odnosi się do Japonii; nie potrzeba tu się wdawać w szczegóły, jasno wszak to z tekstu wynika. Tokio jest jedyne w swoim rodzaju, jeśli chodzi o Japonię, tu się raczej nie ma o co spierać; ani Kioto, ani Osaka, ani żadne inne większe miasto nie przypominają w najmniejszym stopniu Tokio.

    Z której strony książki są podobne? Jest to wyjaśnione we wstępie – naprawdę proszę czytać dokładnie. Książki są podobne w strukturze, co widać zaraz po tym, gdy się obie weźmie do ręki i przejrzy, nawet pobieżnie.

    W żadnym miejscu nie napisałam, że żałuję pieniędzy wydanych na „Tatami…” (bo i takowych nie wydałam). Ja porównuję tylko te dwie książki, zwracając uwagę, że „Tatami..” nie jest tak cudowne i wnikliwe, zaś zachłystywanie się tą książką wynika bardziej z niewiedzy czytelników, niż z autentycznych wartości, jakie ta książka niesie. Do samego pana Tomańskiego – żeby z góry uniknąć nieporozumień – nic nie mam; lubię jego teksty ukazujące się w prasie, wystąpienia telewizyjne uważam za ciekawe, zaś jego samego za całkiem sympatyczną osobę. „Tatami…” nie odsprzedam, leży sobie na półce i czasem do niej zerkam, bo kilka tekstów w niej zawartych naprawdę jest dobrych (czyt.: przystępnie, a mimo to wnikliwie omówionych). Jeśli kolejne wydanie „Tatami…” poprzedzone zostanie kilkoma uzupełnieniami, moja opinia na temat tej publikacji znacznie się zmieni – o czym też jest przy recenzji samej książki.

    Lubię

  9. Z pani komentarza zaś bije miłość, tolerancja i szacunek … a już najbardziej wielka łaskawość. Litości, nie zgadzam się z panią i tyle. Może to aż takie szokujące, bo reszta komentujących tutaj się z panią zgadza i być może zaczęła pani wierzyć w swoją nieomylność.

    Wartości, zwyczaje itd ludzi z Archipelagu Riukiu są zupełnie inne od reszty Japonii, ale zostawmy ten temat, bo to przecież bardzo długo było oddzielne państwo, o specyficznej religii, która kształtowała też stosunki społeczne. Wiem co napisała pani Hałasa, ale zawsze wydawało mi się to przesadzone i nieuzasadnienie optymistyczne. Branie tak wielkich poprawek nie ma sensu, gdyż dochodzimy do tak szerokich uogólnień, że ślizgają się one jedynie po powierzchni rzeczywistości.

    Nie zrozumiała pani mojego pytania, ale to nie szkodzi najwyraźniej nie wczytała się pani w komentarz. To było pytanie retoryczne. Każde miasto, każda społeczność lokalna jest specyficzna i jedyna w swoim rodzaju (i oddziaływaniu na swoich mieszkańców). Odnosi się to do całego świata, dlatego posłużyłam się przykładem polskim, a nie japońskim, bo w Japonii społeczności lokalne są jeszcze mocniej niż w Polsce powiązane ze sobą dialektem i lokalnymi świętami. To raczej egoistyczne złudzenie ludzi mieszkających metropoliach, że reszta świata żyje pod ich dyktando i powtarza ich schematy. Zakładają, że to od nich płynie kultura, edukacja i polityka, ale nie zważają (albo nie są tego świadomi), że edukacją zajmują się jednostki i naświetlają treści na swój sposób, przez to kształtują postawy, które nie są wszędzie identyczne. Kultura i polityka scentralizowana nie wymazuje lokalnych przejawów, tylko się do nich dokłada. Jeżeli uważa pani, że kultura, religia, czy kuchnia nie podlegają w Japonii regionalizacji, to proszę jednak o tym więcej poczytać. Moim zdaniem warto przebadać w regiony japońskie i zamiast gloryfikować jakieś uogólniające podsumowania, zasmakować w niezwykłej różnorodności tego kraju. Japonia to żywy organizm, a nie monolit polityczno-społeczno-kulturowy,.

    Wczytałam się w pani wstęp i właśnie dlatego napisałam, że nie zgadzam się z przywoływanym przez panią podobieństwem w strukturze. „Życie codzienne” ma bardzo uporządkowaną, narzuconą przez serię strukturę, poruszane tematy są konkretne i wyraźnie rozdzielone. „Tatami” mówi o tym i o owym, co akurat autorowi wpadło do głowy, czasami wrzuca do jednego rozdziału różne tematy, gdyż uważa, że się łączą, czy z jakiegokolwiek innego powodu. Jeżeli podobieństwo w strukturze bazuje pani na tym, że obie książki są podzielone na rozdziały i podrozdziały, to czemu nie porównuje pani „Życia codziennego” do miliona książek związanych i nie związanych z Japonią. Taka struktura jest obecnie bardzo popularna, na tyle popularna, że powoływanie się na nią jest w moim odczuciu nadużyciem i pretekstem by poużywać sobie na „Tatami”. Jeżeli chodzi tylko o tak techniczny aspekt to czemu nie porównała pani „Życia codziennego” do „W Kawagoe”, czy „Śmierci z wyboru”, których tekst również jest tak podzielony. „Tatami” i „Życie codzienne” są na każdy rzut oka bardzo różne, jedna jest książką ogólną, druga tematyczną i już sam ich tytuł jest tu bardzo jasną wskazówką. Struktura książki nie jest jednoznacznie równoznaczna z podziałem na rozdziały, ale odnosi się również do podziału tematycznego, sposobu prowadzeniu i łączenia wątków.

    Jeżeli jakaś osoba wierzy, że książka z założenia ogólna, która ma mniej niż 300 stron będzie skarbnicą czegokolwiek innego niż anegdot i ciekawostek, to cóż oczywiście jest w błędzie. Ale nie wyprowadzi pani tej osoby z błędu prowadząc nagonkę, na książkę która się tej osobie spodobała, może pani ją jedynie zacietrzewić. Jeżeli fan „Tatami” zasmakował w Japonii to sięgnie po inne książki i sam się z błędu wyprowadzi.
    Faktycznie popełniłam błąd zgadując, że pani nagonka wynika ze zmarnowania pieniędzy w ekonomicznie niepewnych czasach. (tak na serio to był żart z mojej strony, widzę że ironizowanie jest pani równie obce co pytania retoryczne, więc starałam się ich unikać w tym komentarzu)

    Lubię

  10. @Pillowscrapbook: Pozwolę sobie darować dalszą dyskusję. Dużo mówisz, mało to jednak poukładane, przemyślane i na miejscu (np. uwagi odnośnie komentujących tudzież mnie samej). Istnieje znaczna różnica między krytyką a obrażaniem kogoś; krytykę lubię (pozwala przemyśleć temat i własne stanowisko raz jeszcze), obrażanie rozmówcy jest natomiast poniżej godności i świadczy na niekorzyść obrażającego.

    Zakładam, że jesteś autorką tekstu o „Tatami…”, który ukazał się na Szufladzie i który skomentowałam. Najwyraźniej nie byłaś przygotowana na rozmowę z kimś, kto ma odmienne zdanie. Mimo że nie powiedziałam niczego złego o Tobie (poza faktem, że z pewnego fragmentu Twojego tekstu bije arogancja, którą tak krytykujesz u innej blogowiczki), reagujesz emocjonalnie i z łatwością (ironicznie) obrażasz. Taka postawa daleko Cię nie zaprowadzi jednak.

    Lubię

  11. Widzę, że wyznaje pani zasadę: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie”. Pani prawo, oczywiście. Gratuluję, osiągnęła pani szczyt hipokryzji. Za pierwszym razem mnie pani obraziła, za drugim zresztą również, chociażby sugerując że nie zadałam sobie trudu by przeczytać pani tekst. Cały czas w dydaktycznym tonie atakuje pani jakość moich wypowiedzi nie odnosząc się do treści. Cały czas stosuje pani argumenty ad personam. Faktycznie w drugim komentarzu podjęłam rękawicę i odpisałam w równie agresywnym stylu co pani w swoich obu wypowiedziach. Teraz już wiem, że odmawia mi pani takiej równości. Też pani prawo. Pani nie weszła ze mną w nic co chociażby pozornie przypomina dyskusję, ale darować może pani sobie wszystko co pani sobie życzy. Dyskusja to wymiana zdań, pani mówi ja odpowiadam i na odwrót, prezentujemy argumenty i albo dochodzimy do konsensusu, albo nie. Jednak z pani wypowiedzi wynika, że pani postrzega dyskusję jako coś jednostronnego – pani wygłasza prawdę absolutną, reszta się kaja i przytakuje. Znowu, pani prawo. Jednak moim zdaniem w ten sposób sama podważa pani wiarygodność swojego bloga. Nie broni pani swoich tez tylko atakuje rozmówcę.

    I proszę nie mydlić oczu nikomu gołosłownymi opowieściami o swojej otwartości na krytykę, gdyż nie zauważyłam, by wcześniej ktoś pani teksy tutaj krytykował. A powyższa wymiana komentarzy to niezaprzeczalny dowód, że na (najprawdopodobniej) pierwszą poważniejszą krytykę zareagowała pani bardzo agresywnie poniżając mnie i w każdym akapicie sugerując, że nie potrafiłam zrozumieć pani tekstu i już w pierwszym zdaniu odbierając powagę mojej wypowiedzi bezpodstawnie zarzucając mi jakieś nastawienie. Zamiast rzeczowo ustosunkować się do moich wątpliwości zastosowała pani cały wachlarz erystycznych zagrywek, co (praise is due where praise is due) jest swego rodzaju imponującym wyczynem.

    Lubię

  12. @Pillowscrapbook: Jak już pisałam, krytyka osoby, a krytyka tekstu to dwie różne sprawy i póki tego nie pojmiesz, nikt z Tobą w dyskusję nie wejdzie. Nie w tym poważniejszym świecie.

    Jeśli się wczytasz w bloga, zauważysz przynajmniej dwie osoby, które bardzo często się z moim zdaniem nie zgadzają lub wytykają mi błędy. Jednocześnie te dwie właśnie osoby bardzo cenię.

    Pozdrawiam.

    PS. Krótki dodatek, bo zauważyłam, że jeden komentarz Twój trafił do moderacji ze względu na link w nim zawarty, Ty natomiast napisałaś go w kilku wariantach – doczytałam wszystkie. Uzupełnię może odnośnie owej rzekomej nagonki na „Tatami…” Odniesienie do książki pana Tomańskiego nastąpiło tylko tutaj, przy książce pani Hałasy, a z tego powodu, że obie książki recenzowane były na tymże blogu w tym czasie, gdy w prasie i Sieci przeczytać było można mnóstwo zachwytów nad „Tatami…” osób nie będących w temacie Japonii i kilka negatywnych opinii ze strony osób, dla których temat Japonii obcym nie jest. Miało to służyć tylko porównaniu – jako że struktura krótkich rozdziałów i jeszcze krótszych podrozdziałów zachwyciła czytelników „Tatami…”, śmiałam zauważyć, że nie była nowością i można ją znaleźć w bardziej poukładanej rzeczowo książce (gdzie informacje są mniej przypadkowo zestawione). „W Kawagoe…” napisana jest jeszcze inaczej, przypomina pracę dyplomową, więc to jednak inna struktura i nie wspomniałam o niej. Zauważam też, że sam autor „Tatami…” nie obraził się o moją negatywną opinię, stwierdzając skromnie, że nad warsztatem nadal pracuje, Ty natomiast nadal zdajesz się nie widzieć, że moja krytyka nie wynikała z jakiegoś złego nastawienia do książki czy autora, ale z widocznych niedociągnięć.

    Lubię

  13. Nie kwestionuję niedociągnięć tamtej książki, gdyż są one ewidentne i kilkakrotnie to zaznaczałam. Autor się nie obraził, to prawda. Napisał natomiast również, co chyba umknęło pani uwadze, że nie miał władzy nad ostatecznym kształtem książki i że została ona mocno uszczuplona przez wydawcę, co zresztą pozwala zrozumieć pourywane wywody i brak przypisów.

    „…śmiałam zauważyć, że nie była nowością i można ją znaleźć w bardziej poukładanej rzeczowo książce…” – jeżeli już to zauważa to pani teraz, w recenzji nie pisze nic pani o nowości czy starości tej formy.
    „Forma książki, jak wspomniałam, zbliżona jest to tej, jaką wybrał Tomański.” – jest równie powierzchownie zbliżona do formy „W Kawagoe”, wystarczy otworzyć spis treści i zobaczyć rozdziały tematyczne i podrozdziały. Fakt, że „W Kawagoe” ma strukturę pracy naukowej wynika z podziału tematycznego, z tego jak tematy są połączone ze sobą i jak podrozdziały wynikają z siebie, a nie jedynie z czysto formalnego podziału na rozdziały i podrozdziały. Taka forma pisania książek nie naukowych, właśnie stylizowana na przejrzystej strukturze prac naukowych jest obecnie bardzo popularna. Więc wystarczy przeczytać już tytuły rozdziałów w każdej z tych książek, by odkryć, że nie mają one specjalnie podobnych struktur.

    ja w trzech komentarzach z czterech krytykuję pani tekst, a pani ciągle do mnie ad personam :) Przejrzałam komentarze pani bloga do chyba roku wstecz, na krytykę reaguje pani bardzo autorytarnie i większość osób po prostu daje sobie spokój. Nie widziałam w pani komentarzach prawdziwych dyskusji – jeżeli są, to proszę o konkretny tytuł posta, bo i tak uważam, że sporo ich już przejrzałam. Schemat komentarzy (tych wyrażających krytykę, a nie pozytywnych lub neutralnych) wygląda mniej więcej tak, że ktoś panią krytykuje, pani autorytarnie z pełnym dydaktyzmem odpowiada, często posługując się „argumentami eliptycznymi” (moje dosłowne tłumaczenie z angielskiego, gdyż nie pamiętam polskiego terminu) albo powołując się na cytaty ze swojego krytykowanego tekstu jako argument mający poświadczyć o jego poprawności (zrobiła to pani również w swojej pierwszej odpowiedzi do mnie), czyli stosuje pani zabiegi czysto erystyczne, co powoduje, że większość ludzi kapituluje. Jednak, ponieważ mnie pani obrażała (w każdej ze swoich trzech odpowiedzi), to uważam, że mam prawo się bronić.

    Lubię

  14. @Pillowscrapbook: O, w tym komentarzu złośliwości nie ma (ani obrażania) i od razu przyjemniej się go czyta;) Naprawdę nic do Ciebie nie mam, jeśli poczułaś się w którymś komentarzu tutaj lub na Szufladzie obrażona, to nie było to celowe, lecz wynikło z nieporozumienia. Wiesz, dyskutowałam na temat naszej wymiany komentarzy dziś na mieście i ktoś mi rzucił: pewnie gdybyś ją spotkała dzisiaj, to rozniosłabyś ją na strzępy. Odpowiedziałam, że właśnie nie, że raczej zaciągnęłabym Cię na herbatę – dobrowolnie lub na siłę – i siedziała tak długo w kawiarni, aż byśmy się zrozumiały. Zdania bowiem można mieć odmienne, ale naprawdę nie trzeba siebie wzajemnie obrażać. Zatem raz jeszcze: pomijając wynikłą na Szufladzie kwestię arogancji (którą wyjaśniłam w ostatnim komentarzu, ale od kilku dni Szuflada nie chce mi się otworzyć – co jest ponoć wynikiem zmiany serwera – więc nie wiem, czy jakkolwiek na niego zareagowałaś), w żadnym miejscu nie miałam Cię zamiaru obrazić, jeśli tak się poczułaś, wówczas przepraszam. Ani nie staram się być autorytarna, ani nie uważam się za osobę nieomylną.

    Nie wskażę Ci, pod którymi notkami były dyskusje, w których ktoś mnie krytykował, nie zgadzając się z moim zdaniem. Może były tu u mnie, może na innych blogach. Mogę najwyżej wymienić osoby – gdybyś chciała – które często nie zgadzają się z moim zdaniem, co jednak nie sprawia, że się nie lubimy czy wzajemnie unikamy. Odnośnie urwanych quasi-dyskusji, zazwyczaj nie ja je urywam; zauważ, że na wszelkie komentarze staram się odpowiadać, a jeśli ktoś dalej wątku nie chce pociągnąć, to jego sprawa. Naprawdę, zamiast komentarzy typu „świetna książka/recenzja, dopisuję do listy”, chętniej ujrzałabym częstsze dyskusje, wymianę wrażeń etc. Nikt nie musi się z moim zdaniem zgadzać i o ile ani mnie, ani innych komentujących nie obraża, mogę z nim rozmawiać i a nuż mnie przekona, że nie mam racji.

    Co pan Tomański napisał, czytałam, nic nie umknęło mojej uwadze. Ale jego wyjaśnienia nie zmienią faktu, że książka ma wady. Mogą zmienić najwyżej moje o nim zdanie, chociaż w tym wypadku zdanie o nim miałam raczej pozytywne.

    Nowość/starość formy – fakt, nie dopowiedziałam. To było jednak w czasie tamtego wiosennego boomu na „Tatami…”, więc prawdopodobnie potraktowałam swój wpis jako ciąg (ogólnej) dyskusji o książce Tomańskiego, nie zastanowiwszy się, jak tekst zostanie odebrany po czasie, wyjęty jakoby z kontekstu.

    A dydaktyzm moich wypowiedzi… hm, nie wiem, może wrażenie takie wynika z języka, jakiego używam, a może z nie reagowania emocjonalnie, lecz chłodno, spokojnie. Trudno powiedzieć.

    I nie, nie krytykowałaś tylko mojego tekstu, każdy (pomijając pierwszy tutaj, lecz nie pierwszy na Szufladzie) komentarz rozpoczęłaś ironią/złośliwością w moim kierunku, którą naprawdę można było sobie darować, bo umniejsza powagi dalszych słów. W dalszej części komentarzy też były złośliwości – nie wiem, może wstawiłaś je nieświadomie, skoro mówisz, że odnosiłaś się tylko do mojego tekstu.

    Co do książek „Tatami kontra krzesła” i „Życie codzienne w Tokio”, obie są napisane dla czytelnika, który z tematem Japonii dopiero się zapoznaje: nie traktują tematów wyczerpująco, są ogólne. Jednakże, nadal uważam, iż ta druga napisana jest w sposób mniej chaotyczny, zagadnienia przedstawia wnikliwiej (choć nadal na poziomie podstawowym, na powierzchni tematu, nie wnikając w głąb) i po jej lekturze faktycznie ma się jaki taki obraz Japonii i Japończyka (tak, nie zaś tylko Tokio i Tokijczyka, gdyż na poziomie zewnętrznym, podstawowym, można te opisy przenieść na ogólny obraz Japonii – o regionalizacji mogę mówić dopiero czytelnikowi ciut chociaż z Japonią obeznanemu, a takiemu żadnej z tych dwóch książek nie polecę, bo i po co). Natomiast po lekturze „Tatami…” nie ma się tego obrazu: ot, zna się garść ciekawostek, ale o kraju i jego mieszkańcach czytelnik nadal nie ma większego pojęcia.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s