o sztuce przekładu (Japonia, II poł. XIX w.)

Dyskusja o Murakamim i artykułach o nim w prasie polskiej przeszła dyskretnie w dyskusję o przekładzie i wycinaniu tego czy tamtego z tekstów, bo takie jest widzimisię wydawcy, tudzież w dyskusję o przekładach przekładów i nie widzeniu w tym problemu, o ile warstwa fabularna się zgadza. Jako tłumacz, to drugie milcząco pominę, co do pierwszej kwestii natomiast… Miałam wpierw odpowiedzieć jedynie komentarzem pod notatką porządku_alfabetycznego (patrz: „Rzeźnicy”), bo mi się rzecz konkretna przypomniała z japońskiej historii, jednakże po powróceniu do tekstu, którego fragment mi się przypomniał, stwierdziłam, że cytat ów warto zaprezentować w całości. Wygląda bowiem na to, że fuszerki czy przebarwienia tłumaczy to nie domena tylko naszych czasów.

„Tłumacze beletrystyki europejskiej nie zadowalali się tworzeniem wiernych wersji japońskich. Często rozszerzali fragmenty, które w ich odczuciu miały szczególne znaczenie dla Japonii drugiej połowy wieku XIX. Niejednokrotnie całkowicie zmieniali wymowę oryginałów, czyniąc z nich trybunę dla swych poglądów. Jako przykład posłużyć tu może tłumaczenie Pamiętników lekarza Aleksandra Dumasa, publikowane w odcinkach w gazecie będącej organem tzw. Ruchu Walki o Wolność i Prawa dla Ludu. Przekład nie tylko był wyjątkowo swobodny, ale właściwie całkiem różnił się od tekstu francuskiego. Dumas przedstawił karierę pozbawionego skrupułów szarlatana Cagliostro, tłumacz zaś odmalował tę postać jako ucieleśnienie zasad wolności i równości. Przypadkowe wzmianki w oryginale na temat Umowy społecznej Rousseau, stanowiące marginalny element historycznych realiów, rozbudowane zostały do olbrzymiego traktatu dowodzącego słuszności tez tłumacza. Przekład japoński nosił tytuł Nishi-no umi chishi-no saarashi (»Fale krwi i burze na Morzu Zachodnim«), co miało służyć zwiększeniu popularności. Inne przekłady tego okresu to: powieść Coningsby Disraeliego, obdarzona tytułem japońskim »Wiosenne trele słowików« i Juliusz Cezar Szekspira, znany tam jako »Miecz wolności: ostatni cios ostrza«.

Tak swobodne traktowanie oryginałów w czasach, gdy Japonia bezkrytycznie przyjmowała literaturę Zachodu jako element gorliwie naśladowanej kultury Zachodu, świadczy o tym, że istniał jednak pewien dystans względem obcych nowości i świadomość, że nie wszystko można skutecznie zaadoptować.”

______

za: Donald Keene, Pozostać Japończykiem, przeł. Bogdan Chojna, w: „Literatura na świecie”, nr 1/126, styczeń 1982, str. 179-180

10 thoughts on “o sztuce przekładu (Japonia, II poł. XIX w.)

  1. Interesujący cytat.
    Jestem zwolenniczką wiernych przekładów z wieloma przypisami. Jednakże – co jasne – czytelnicy (ogół czytelników, chociaż wiem, że są wyjątki i nie mówię tu o literaturoznawcach ; )) nie preferują tzw. wydań krytycznych, dzieł opatrzonych przypisami, toteż tłumacz siłą rzeczy zmuszony jest do pewnych zmian (gorzej, jeśli „przedobrzy”).

    Lubię

  2. Czy to nie jest kwestią tego, że sama instytucja tłumacza w Japonii jest traktowana odmiennie niż na Zachodzie? Że tam chodzi właśnie o „interpretację” potraktujmy to jako słodką kalkę językową dla „interpreting”), a nie o tłumaczenie (w sensie „translating”)? Polecam tu szczególnie odniesienia do „tłumaczeń” sztuk teatralnych wszelkiego rodzaju by wystawiać je w Kraju Kwitnącej Wiśni.

    Lubię

  3. @Luiza: Ja wolę jednak bez owych zmian i przedobrzania. Wychodzę z założenia, że po to jest opcja dodawania przypisów, by z niej korzystać.

    @Porządek_alfabetyczny: Nadzieja jest zawsze. Choć, wiesz, mówią, że to matka głupców;)

    @Mizuu: Możliwe, nie zgłębiałam jednak jeszcze tematu instytucji tłumacza w Japonii na tyle, by móc się tu konkretniej wypowiedzieć. Z pewnością któregoś dnia się temu przyjrzę głębiej.

    Lubię

  4. Cóż, szkoda, że swobodnie poza polskim mogę czytać tylko po angielsku i niemiecku. Zdaję sobie sprawę, że w tłumaczeniu każda książka traci (niektóre zyskują, ale to inna sprawa), ale taka samowolka powinna być jakoś ukrócona. W dzisiejszych czasach jest miejsce na wszystko i zdanie wydawcy, o czym pisze Porządek_alfabetyczny, jakoby amerykańscy czytelnicy nie byli w stanie czytać dłuższych książek, wydaje mi się dyktaturą. Jakoś czytelnicy sięgający po „Dzikich detektywów” czy „2666” Bolano są w stanie przebrnąć przez kilkaset stron, a książki Murakamiego i tak dużo łatwiej i szybciej się czyta, więc duża objętość nie stanowi problemu (a miłośnicy Murakamiego lubią przebywać w jego świecie, im dłużej tym lepiej).
    To, co mnie też od zawsze śmieszy i oburza, to zmiany tytułów książek przez wydawców niemieckich. Przykładowo „Norwegian Wood” nosi po niemiecku tytuł „Naokos Lächeln” („Uśmiech Naoko”), „Na południe od granicy, na zachód od słońca” – „Gefährliche Geliebte” („Niebezpieczni kochankowie”), z kolei np. tytuł powieści Larsa Saabye Christensena „Beatles” Niemcy swobodnie zmienili na „Waterloo”. Moim zdaniem takie zmiany są skandaliczne i ciekawa jestem, czy pisarze zawsze o tym wiedzą.

    Lubię

  5. @Chihiro: Nie tylko niemieccy wydawcy tytuły zmieniają, niestety. I nie tylko książek się to tyczy. Ostatnio byłam na filmie „The King’s Speech”, którego polski tytuł brzmi „Jak zostać królem” – naprawdę nie można było inaczej, dokładniej? Wiem, że dobre tłumaczenie to niekoniecznie tłumaczenie wierne słowo w słowo, ale tutaj można było przecież…

    Lubię

  6. to nie pierwszy raz, gdy redaktorzy nie mają pojęcia co się tak naprawdę dzieje, co ludzie chcą czytać…może dlatego że sami za mało czytają? pamiętacie jak dubravka ugresic dla żartu wysłała do jakiegoś wydawnictwa ‚sto lat samotności’ i usłyszała, że książka mętna i nie da się sprzedać, ale tytuł dobry? ;)

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s