Tengoku no honya: koibi (2004)

Jest taka opowieść – może legenda? – iż każdemu człowiekowi przypisanych jest sto lat życia. Jeśli umrze przed czasem, trafia do nieba, by tam przeżyć resztę przeznaczonych mu dni. Osiągnąwszy wiek 100 lat, człowiek może odrodzić się ponownie, a tym samym pamięć o latach minionych zostaje mu automatycznie wymazana. Dodać należy, iż będąc w niebie, pamięta się wszystko, co zdarzyło się przed śmiercią, nawet moment śmierci, zachowuje się też ten sam wygląd, jaki się miało ostatniego dnia na ziemi – można się jednak rozwijać psychicznie, można poszerzać wiedzę, można się zakochać, nie można jednak mieć dzieci. Raczej pozytywna wizja, prawda?

Kenta (Tetsuji Tamayama) jest młodym pianistą. Właśnie stracił pracę w orkiestrze. Swoje smutki zapija i wyrzuca w barze, gdzie przypadkiem słyszy go pewien mężczyzna w hawajskiej koszuli, pan Yamaki (Yoshio Harada). Gdy następnego ranka Kenta otwiera oczy, znajduje się już w zupełnie sobie nieznanym miejscu i nijak przypomnieć sobie nie potrafi, skąd się tutaj wziął. Wytłumaczenie pana Yamakiego wydaje się go nie przekonywać: ubiegłego wieczora Kenta gotów był przyjąć jakąkolwiek pracę, więc pan Yamaki zabrał go ze sobą, praca nie jest trudna, czasem trzeba posegregować książki, czasem – gdy klient wyrazi taką prośbę – przeczytać na głos, to wszystko. Kenta trafił do Niebiańskiej Czytelni. Co go w tym przeraża? Cóż, jeden drobny szczegół, niemal – zdaje się – nieistotny: ta czytelnia rzeczywiście jest w niebie! Zaraz-zaraz, czy to znaczy, że Kenta umarł?!  Możemy odetchnąć z ulgą – Kenta na pewno! – nie, chłopak nie umarł, dostał się do nieba na coś w rodzaju rehabilitacji. Nie on jeden, zresztą. Przyzwyczajenie się do nowego zajęcia i nowego miejsca nie przychodzi Kencie łatwo, ale praca to praca, lepsza taka, jak żadna.

© „Tengoku no honya: koibi”, Tetsuo Shinohara, 2004; kadr z filmu

W Czytelni Kenta zaprzyjaźnia się z Yui (Karina), która poszukuje tragicznie zmarłego braciszka, poznaje również Shoko (Yuko Takeuchi) – jak się później okaże, obiecującą niegdyś pianistkę, którą Kenta w dzieciństwie uwielbiał i której muzyka zainspirowała go do nauki gry na pianinie. Jednego utworu Shoko nie zdążyła ukończyć za życia, zachwycona jednak talentem Kenty, zgadza się ukończyć ten utwór teraz, wspólnymi siłami. Ona układa nuty, on testuje ich brzmienie, mówiąc w uproszczeniu. Shoko ma bowiem pewien uraz, swoistą blokadę,  i odkąd umarła, nie wygrała na pianinie ani jednej nuty.

Tymczasem na ziemi obserwujemy zmagania siostrzenicy Shoko, Kanako (Yuko Takeuchi), która próbuje zorganizować w mieście pokaz sztucznych ogni, ze szczególnym naciskiem na wyjątkowy ich rodzaj – ognie miłości. Tylko jeden człowiek potrafił takie fajerwerki skonstruować, Takimoto (Teruyuki Kagawa), zaniechał tego jednak przed czternastoma laty, w roku, w którym w warsztacie miał miejsce pewien wypadek.

Czy Kanako uda się namówić Takimoto do skonstruowania tych wyjątkowych sztucznych ogni? Jaki związek ma osoba Takimoto z rodziną Kanako? Czy Shoko i Kenta skomponują utwór? I co ma wspólnego ten utwór z fajerwerkami Takimoto? Odpowiedzi – wyjątkowo – znaleźć można w filmie. A wyjątkowo dlatego, iż w japońskich filmach nieczęsto znajdujemy odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, zazwyczaj cała fabuła to jedno wielkie pytanie, na które widz musi odpowiedzieć sobie sam. Tu jest inaczej.

Film „Tengoku no honya: koibi” podobał mi się bardzo. Gdybym miała stawiać gwiazdki, na pewno uzyskałby ich bardzo dużo. I nie dlatego, iż jest filmem ambitnym, porusza ważkie problemy, zadaje pytania egzystencjalne – nic w tym guście. Film zdobył moje uznanie przede wszystkim dlatego, iż był to pierwszy japoński film fabularny, na którym śmiałam się w głos. Z pewnością wiele jest zabawnych filmów japońskich reżyserów, jednak na polski rynek takowe nie trafiają – trafia klasyka, trafiają filmy akcji, trafiają obrazy ambitne, poetyckie, komedii jednak polski widz nie uświadczy. Ogromna szkoda. Ja miałam przyjemność uświadczyć takiego obrazu na Dniach Kultury Japonii – nie żałuję.

Podsumowując, „Niebiańska Czytelnia” jest filmem, który ma bawić i wzruszać. Momentami jest naiwny, nie zaprzeczę, posiada jednak jakiś szczególny urok. To taki rodzaj filmu, do którego ma się ochotę wracać, niezależnie od tego, czy ma się chandrę, czy jest się w wyśmienitym nastroju. Polecam. Tak dla odmiany, by przebić kolejny stereotyp, jakoby film japoński był trudny w odbiorze i dołujący.

______

„Tengoku no honya: koibi” (2004)
ang.: Heaven’s Bookstore
reż. Tetsuo Shinohara

Na podstawie mangi:
„Tengoku no honya” (2000)
scenariusz: Atsushi Matsuhita, Wataru Tanaka
rysunki: Ayumi Kirihata

9 thoughts on “Tengoku no honya: koibi (2004)

  1. Ja w Łodzi mieszkam, więc miałam bardzo blisko :) Następnym razem trzeba się umówić i pójść razem na projekcje, wspaniale byłoby potem o nich porozmawiać!
    Przeurocze masz zdjęcie w gravatarze :)))

    Lubię

  2. @Mandżuria: A dziękuję;)

    Nie miałam pojęcia, że Ty z Miasta Fabryk jesteś!;) Następnym razem dam znać, na pewno. Bo faktycznie miło byłoby później podyskutować czy na herbatę gdzieś wyjść. Hm, jeśli byłaś na prelekcji o psiakach akita-inu, to ja byłam tą osóbką w czerwonej koszuli, która z aparatem po sali wykładowej biegała;)

    Lubię

  3. Uwielbiam ten japoński sposób robienia filmów. Nie wiem dokładnie, jak to określić, ale pomysły i historie z japońskich filmów często wydają się absurdalne i ckliwe: niebiańska czytelnia albo zmarła kobieta, która wraca do swojej rodziny na czas pory deszczowej (Ima ai ni yukimasu) i wiele innych tego typu opowieści – gdyby zabrali się za to Amerykanie czy ktokolwiek inny, powstałaby wielka sentymentalna kicha. Nie wiem, jak to się udaje Japończykom, ale im zamiast kichy powstają piękne, wzruszające filmy. Eh. Nie mam słów.

    Lubię

  4. @BFS: Może wynika to stąd, iż ten rodzaj wrażliwości jest głęboko w kulturze japońskiej zakorzeniony, ten szacunek do tego, czego nie da się logicznie wyjaśnić, a może i logika to zupełnie wyklucza, ta wiara (w) i akceptowanie wąskiej granicy między tym, co możliwe, a tym, co nie, granicy między materialnym, a niematerialnym. Amerykanie tejże wrażliwości nie mają, są bardzo praktyczni – taka ich kultura. Tak sobie myślę.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s