Sumo, teatr nō i II wojna światowa, czyli potencjał niewykorzystany [„Ulica tysiąca kwiatów” Gail Tsukiyama]

Każdy z tematów powyżej mógłby stanowić bodziec do napisania naprawdę dobrej książki. I to wcale nie naukowej, a powieści. O sumo mówi się dużo, choć w gruncie rzeczy niewielu ma pojęcie, o co w nim właściwie chodzi – poza może informacją czysto techniczną, iż jeden przeciwnik ma drugiego wypchnąć za ring. Podobnie rzecz ma się w przypadku teatru nō, o którym przeciętny czytelnik wie jeszcze mniej, niż o walkach sumitów. Pokazanie zaś okrucieństwa wojny poprzez ukazanie losów zwykłych ludzi w czasie jej trwania i tuż po samo w sobie przykuwa uwagę, intryguje bardziej, niż szczegółowy przebieg wojny. Wystarczyło, by jeden z tych tematów zgłębić, ułożyć wokół niego fabułę, dodać wiarygodnych bohaterów, a efektem byłaby naprawdę dobra książka. Gail Tsukiyama użyła wszystkich trzech tematów, więc szanse stworzenia czegoś dobrego teoretycznie wzrosły, w rezultacie jednak, zamiast arcydzieła, czytelnik otrzymuje czytadło – przyjemne, owszem, ale nic poza tym. Autorka przedobrzyła (choćby w ilościach nieszczęść wszelakich, na jedną rodzinę przypadających), a to nie wyszło powieści na zdrowie.

Gail Tsukiyama jest pisarką amerykańską, urodziła się w San Francisco, mieszka w Kalifornii.  Matka jej była Chinką, ojciec – Japończykiem. To ważna informacja, gdyż w swoich powieściach autorka nawiązuje właśnie zarówno do kultury swej matki, jak i ojca, próbując w ten sposób je poznać. I to irytuje najbardziej, to poznawanie, które wyziera z każdego rozdziału „Ulicy tysiąca kwiatów” (innych powieści nie znam, więc się o nich nie wypowiadam). Ale to może tylko ja nie lubię być prowadzona za rączkę? Może innym ta maniera nie przeszkadza? A są tacy, skoro na tylnej okładce wytłuszczono wypowiedź Michaela Cabona: Oszałamiające arcydzieło. Mnie nie oszołomiło. Ale miło spędziłam na lekturze czas, mimo wszystko.

Szerszą moją opinię na temat książki znaleźć można w Torii#06 (czasopismo dostępne w salonach Empik i sklepach internetowych).

______

„Ulica tysiąca kwiatów”
oryg. A Street of Thousand Blossoms
autor: Gail Tsukiyama
przeł.: Małgorzata Grabowska
wyd.: Świat Książki, Warszawa 2009

8 thoughts on “Sumo, teatr nō i II wojna światowa, czyli potencjał niewykorzystany [„Ulica tysiąca kwiatów” Gail Tsukiyama]

  1. Nie widziałam jeszcze tej gazety w empiku, a zazwyczaj takie gazety i wszystko dotyczące Azji rzuca mi się w oczy. Trzeba będzie się bardziej rozglądnąć :)

    ” Ulicę tysiąca kwiatów ” czytałam, ale bez żadnej rewelacji, nie potrafiłam wyczuć tej japońskiej atmosfery jak to w innych książkach bywa. Tak jak napisałaś po prostu czytadło.

    Pozdrawiam :)

    Lubię

  2. Hm, nie czytałam tej książki. Może to książka dla niej samej pisana (tzn. może pisała dla siebie, właśnie po to – jak zauważyłaś – żeby poznać i lepiej zrozumieć kraj ojca)?

    Droga jest „Ulica…” (chociaż nie powiem – okładka jest b. ładna) – jeśli kiedyś znajdę w bibliotece (jakimś cudem), to na pewno przeczytam.

    Pozdrawiam^^

    Lubię

  3. @Luiza: Żeby zrozumieć kraj ojca, pisarka mogła doczytywać i szperać sama dla siebie, a tworząc powieść, skorzystać z tej wiedzy. Tutaj wyraźnie widać, że narrator nie jest Japończykiem, patrzy gdzieś z boku, a to nieco irytuje (bo inna sprawa, gdyby narrator był jednym z bohaterów i faktycznie był obcokrajowcem). Mimo wszystko, zachęcam, by sprawdzić samemu. ^-^

    Lubię

  4. Ale nie, nie. Nie chodzi o zrozumienie poprzez czytanie, a o zrozumienie poprzez próbę zmierzenia się i zapisania swoich myśli, wspomnień itd. To miałam na myśli, pisząc o zrozumieniu ojczyzny ojca (jaka ładna figura etymologiczna – ojczyzna ojca xD”””).
    Niektórzy artyści tworzą pewne dzieła dla siebie w pierwszej kolejności, a później dopiero dla innych. Oczywiście, to takie moje luźne myśli.
    Pozdrawiam^^

    Lubię

  5. Fakt, nie oszałamia. Czytało mi się jednak bardzo przyjemnie :)
    Swoją drogą okładka przyciągnęła mój wzrok i schowany biblioteczny egzemplarz został przeze mnie wypożyczony bardzo spontanicznie.

    Lubię

  6. a ja oceniam tę książkę w miarę wysoko, ale to pewnie dlatego, że mój romans z literaturą japońską (i o Japonii) dopiero rozkwita, jeszcze jestem na etapie motylków w brzuchu. Nie mam jeszcze materiału porównawczego, jeszcze zbyt mało wiem i chyba nie wszystko rozumiem :).

    Lubię

  7. @Kinga: Mój romans z literaturą (o) Japonii trwa już kilka lat i jak to z dłuższymi romansami bywa, raz są motylki w brzuchu, raz totalna awersja;) Powiem Ci jednak, że nawet gdyby „Ulica…” nie była o Japonii, i tak oceniłabym ją tak samo – mnie wybitnie irytował sposób narracji Tsukiyamy, o czym wspomniałam zarówno w recenzji, jak i w krótkiej notce powyżej.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s