Magazyn „Otaku”

Dłuższy weekend spędziłam w dziczy, między dwoma jeziorami, między lasami z dwóch stron pozostałych, z jaszczurką, która w piaskownicy jaja złożyła (tej samej piaskownicy, na terenie której moja Pchełka bramę torii wzniosła i kompleks świątynny zamiast tradycyjnego zamku z piasku), z żurawiami na niebie i wężami bezczelnie wylegującymi się na plaży. W związku z powyższym jakoś nie po drodze było mi z lekturą poważną i jakkolwiek wymagającą. A że nałogowi czytacze bez druku obejść się nie mogą (jak często można czytać nalepki na szamponach i kremach?), i ja w dzicz ową zabrałam ze sobą coś. Nie przynudzając dłużej, tym czymś było „Otaku”, magazyn dla miłośników japońskiej animacji i komiksu. Swego czasu temat mang i anime interesował mnie bardzo (teraz też, ale poświęcam mu znacznie mniej czasu i nie jestem już z wydawanymi tytułami na bieżąco), czytać recenzje uwielbiam, a samo pismo od kilku numerów podpatruję na księgarskich półkach – z tych trzech przyczyn zdecydowałam się spędzić z „Otaku” weekend, by sprawdzić, jak i co (sobą) prezentuje. Przeczytałam wszystko, od deski do deski. Wrażenia i odczucia? Mieszane.

Jestem szperaczem i jak mnie coś zainteresuje (budząc podziw lub uwierając), dokopuję się głębiej. I w przypadku tegoż numeru (trafił mi się majowy) pojąć nie mogę, dlaczego pismo, które ma dwie korektorki, zostaje wypuszczone na rynek z błędami? Nie chodzi mi już o przecinki, które czasem pojawiają się nie tam, gdzie powinny, a gdzie powinny, ich nie ma (bo to rzadkość), ale o brakujące w zdaniach przyimki. Przeczytanie wszystkich tekstów zajęło mi jeden dzień i korektorskie niedociągnięcia same rzuciły mi się w oczy – dlaczego nie zauważyły ich osoby odpowiadające za poprawność językową magazynu, pozostaje dla mnie niewiadomą.

Jeśli chodzi o same teksty, są zróżnicowane – zarówno tematycznie, jak i językowo. O zróżnicowaniu tematycznym pisać nie będę, bo gusta i zainteresowania są różne, a ja, jak już wspomniałam, z mangą i anime na bieżąco nie jestem, zwrócę jednak uwagę na zróżnicowanie językowe. Podczas gdy jedne teksty są warsztatowo naprawdę dobre, inne pozostawiają wiele do życzenia. Wiem, podobnie było w przypadku magazynu „Kawaii” (pierwsze numery nie powalały jakością ani poziomem artykułów), jednak „Otaku” istnieje na rynku od czterech lat, a po czterech latach teksty we wspomnianym „Kawaii” nie miały sobie równych. Chcę przez to powiedzieć, że są rzeczy, które wybacza się dzieciom, ale niekoniecznie dorosłym – od dorosłych wymaga się profesjonalizmu, bez względu na to, do jakiej grupy (w tym i wiekowej) swe teksty kierują. „Otaku” dzieckiem już nie jest, zatem troszkę sobie na nie marudzę.

Żeby nie omawiać każdej recenzji i każdego artykułu z osobna, pozwolę sobie operować nazwiskami autorów. I tak, teksty pisane przez osobę ukrywającą się pod pseudonimem Vanitachi, jakkolwiek zadatki na dobre mają, dobrymi nie są. Albo inaczej, są odrobinę chaotyczne, jakby nie do końca przemyślane, przez co nie zawsze czytelne. Przykładowo, wciąż głowię się, o co chodziło autorce, gdy pisała „(…) liczyłam na to, że będę mogła nazwać jego historię najlepszą w całym zbiorze. A nie mogę. ‚Fałszywy trop’ jest dobry, ale wiadomo, lepsze wrogiem dobrego” (str. 31). Siedzę nad tym zdaniem i albo ja nie mogę pojąć toku myślowego autorki, albo ona źle rozumie powiedzenie „lepsze wrogiem dobrego”. Podobnie ma się rzecz w przypadku osoby o pseudonimie Urd – podobnie, choć inaczej. Urd napisała całkiem ciekawą recenzję, taką, którą aż z przyjemnością się czyta, jednak w ostatnich dwóch akapitach zmieniła zupełnie styl wypowiedzi, przez co powstał lekki bałagan (tekst stracił swą płynność). Wtrącę się też do rubryki „Gotuj z Otaku” (ktokolwiek ją redaguje) – niech ktoś mi powie, co mają ze sobą wspólnego typowa sałatka z fetą i kuchnia japońska?

Żeby nie było, iż tylko narzekam tudzież się czepiam, polecę z czystym sumieniem bardzo dobre warsztatowo teksty Magdaleny Studzińskiej, Agaty Kufel i Roberta Ligęzy – czytałam je z nieukrywaną przyjemnością, ładne językowo i treściwe. Bardzo pozytywnie odebrałam też wywiad Radosława Osińskiego z panem Yoshimasa Mizuo, długoletnim redaktorem w wydawnictwach takich, jak Nakayoshi czy Kodansha. Pan Mizuo  był w listopadzie ubiegłego roku gościem Dni Kultury Japońskiej w Łodzi, prowadząc tam jedną z prelekcji, obecnie zaś prowadzi wykłady na Wydziale Filologicznym UMK w Toruniu.

Odnośnie samego czasopisma, nie będę ukrywać, iż najbardziej interesuje mnie dział „Kultura” – w omawianym numerze dział ten zawiera lekcję japońskiego, recenzję książki, historię japońskiego piwa i wzmiankę o zespole An Cafe. Mało tego, ale rozumiem, iż przybliżanie japońskiej kultury czytelnikom nie jest głównym założeniem redakcji. W głównej mierze pismo wypełnione jest recenzjami mang i anime, poza tym coś dla miłośników gier Nintendo, visual novel, ciekawostki ze świata mody i show biznesu, garstka aktualności, listy od fanów, a w środku duży, podwójny plakat – wszystko to na kolorowym, śliskim papierze (bodajże nazywa się go kredowym).

Mimo kilku wymienionych wcześniej niedociągnięć, pismo prezentuje się całkiem przyzwoicie. Na tyle przyzwoicie, że sięgnę po nie nie raz i nie dwa, nie ukrywam jednak, iż mam nadzieję na skorygowanie przez redakcję owych niedociągnięć i stały rozwój, jak również na rozszerzenie grupy docelowej – obecnie, zgodnie z informacją na stronie wydawnictwa, „Otaku” przeznaczone jest dla młodzieży w wieku lat 14-20. A szkoda. Na przykładzie wcześniej wymienionego „Kawaii” wiem, iż tworzenie pisma dla szerszego grona odbiorcy jest możliwe.

______

Magazyn „Otaku”, nr 4/2010 (24)
redaktor naczelny: Jan Godwod
wyd.: Studio JG, Warszawa

14 thoughts on “Magazyn „Otaku”

  1. Kiedyś czytałam „Kawaii” (do czasu drastycznej i nieoczekiwanej zmiany redaktora naczelnego oraz szaty graficznej gazetki), ale nowe pisma poświęcone m&a są drogie – wolę książkę kupić, niż wydać ponad 10 zetów i dostać średniej jakości kompilację tego, co mogę znaleźć w Internecie. Sporo ludzi pisze teraz recenzje mang czy anime i zamieszcza swoje teksty na portalach typu Tanuki, więc jest w czym wybierać.

    Nazwa pisma przekonuje mnie, że jest poświęcone przede wszystkim m&a ; )

    Swoją drogą, w dziale „kultura” była informacja o An Cafe? to ja już nie chcę nic więcej wiedzieć, skoro dla nich oshare kei to kultura…

    Korektorzy od dłuższego czasu dają plamę – nie tylko w czasopismach, ale i (o, zgrozo!) w książkach wydanych na przykład przez Muzę czy inne (u)znane wydawnictwa.

    Nie liczę na rozszerzenie kręgu odbiorców – w Polsce nadal pokutuje przekonanie, że osoby powyżej 20 lat, nie mówiąc już o 30+ nie są zainteresowani „chińskimi *** bajkami” ; )

    Lubię

  2. He he. Rozbawiłaś mnie tym: „jak często można czytać nalepki na szamponach i kremach”. Oj można, można! Wiem coś o tym.
    A ponieważ ja aż taką miłośniczką kultury japońskiej (i w ogóle azjatyckiej) nie jestem, coś tam wiem, ale spec ze mnie żaden, więc na temat tego czasopisma nie będę pisać. :) Aczkolwiek przeczytałam to, co napisałaś, by poszerzać swą wiedzę. ;)

    Lubię

  3. Luizo, zgadzam się. Na wiele ambitnej mangi i anime dla szerszego grona nie ma co liczyć. Wystarczy wspomnieć „oszałamiający sukces” filmów Miyazakiego w Polsce i dzisiejszą wiedzę mediów na ten temat. Niewielu redaktorów czy tzw. „wydawców” programów np. telewizyjnych czy radiowych zadaje sobie trud zapoznania siebie, a co za tym idzie i swoich odbiorców z komiksem i animacją japońską dla starszego widza/czytelnika. W ogóle m&a jako zjawiska funkcjonują w ich głowach jako stereotypy i takie to ma być. Niedawno pewna młoda osoba zajmująca się w jednej z rozgłośni radiowych produkcją audycji zapytała mnie: A co to, jakiś J-pop? Dałam jej do ręki płytę ze ścieżką dźwiękową do filmu „W krainie bogów”.
    Jeśli chodzi o prace wydawnicze… to bardzo szeroki temat.
    Ja nie lubię, gdy (zakładamy, że mamy do czynienia z publicystą nowym, a nie znanym szerszemu gronu) artykuł jest podpisany kilkuliterowym pseudonimem jeno. Nie bardzo wiadomo zatem, czy ktoś nie podpisał się imieniem i nazwiskiem z obawy, że zostanie zdemaskowany, czy też podpisał się tak dumnie wypinając pierś, gdyż uważa, że wszyscy powinni rozpoznawać jego ksywę. Z doświadczenia powiem… pseudonimami w stylu AkagiSan, Arashi, Miyabi, Tenshi, Yoko-chan… pod tekstem drukowanym w piśmie w książce… podpisują się zazwyczaj (choć są szlachetnie wyjątki) bardzo młodzi ludzie. Ludzie Ci bardzo się cieszą, że ich materiał wydrukowano. Nie trzeba im nawet… płacić, a red. nacz., będący jednocześnie wydawcą i menadżerem (to bardzo częsta rzecz na upadającym w Polsce – niestety – rynku książki i prasy drukowanej, a na ryneczku mangowym nagminna) cieszy się, że w ogóle tekst ma – inaczej musiałby pisać sam, a na to już naprawdę dnia nie wystacza! Spawa druga – obecnie szkoła nie zawsze przygotowuje swoich wychowanków nie tylko do pisania tekstów, ale częstokroć nawet do (co stwierdzam z żalem) pisania listów (a choćby i do redakcji), stąd i wielu pisać nie zawsze potrafi, a jeśli tylko się ich wydrukuje już zaczynają nadmiernie wierzyć w swoje siły. Nie robią twz. korekty autorskiej nawet – nikt ich tego nie nauczył. Co do korekty błędów literowych i interpunkcyjnych… kiedyś praktyka była taka, że złamane kolumny czytało dwóch korektorów, jeden po drugim, a czasem i trzeci robił tzw. rewizję. Teraz… nie znam wydawcy, którego stać byłoby na zatrudnienie trzech korektorów. I tak korektę robią ludzie zmordowani codzienną nauką i pracą, wiecznie spieszący się gdzieś lub wracający skądś, bo za korektę właśnie płaci się grosze. Rzadko kto czyta korektę po koledze. Po prostu korektorzy dzielą się tekstem. A jeśli ktoś czyta tekst po raz drugi, to jest to ta sama osoba – stąd i błędy. I mnie jest wstyd za ten stan rzeczy, zwieszam łeb na piersi. O tym istotnie dyskutować by można długo. Tak czy owak cieszę się widząc u Naszej Gospodyni tytuł znajomego pisma i nie całkiem nieprzychylną recenzję.

    Lubię

  4. 1. Jeśli, tani1, mówisz o pseudonimach pod artykułami, to, hm, nie zawsze w środowisku m&a to są nastolatki, czasami osoby od 20 lat w górę podpisują się pseudonimem – z różnych przyczyn. Zresztą fandom m&a (podobnie z fandomem j-music, k-music, c-music) rządzi się trochę innymi prawami ; )
    2. Tak, „Sen to Chihiro no kamikakushi” to akurat jeden z przykładów, bo japońscy animatorzy także wiele eksperymentują, poszukują nowych rozwiązań. Najbardziej mnie śmieszy (kiedyś irytowało), że Polsce ludzie nadal myślą: animowane z Japonii? to dla dzieci; animowane z Ameryki? to dla dorosłych ; )
    3. Młodzi ludzie (a i dorośli oraz starsi) rzadko piszą porywająco, poprawnie stylistycznie i gramatycznie, bo po prostu piszą to, co im ślina na język przyniesie, nie myślą nad konstrukcją, układem, logiką wypowiedzi itd. – za mało ćwiczą ; )
    4. Odnośnie korekty w wydawnictwach – tak słyszałam o takich „praktykach”, nie chcę nawet myśleć, co będzie, jeśli wprowadzą VAT na książki…
    Zdumiewa mnie tylko jedno – wiem, że pisząc szybko na klawiaturze, zdarzają się literówki, ale nawet jeśli czyta się swój tekst dwa, trzy czy cztery razy (a nie są to teksty długie), to chociażby literówki powinno się wyłapać, a korektorzy nagminnie je przepuszczają… Racja – o tym można długo rozmawiać ; )

    Lubię

  5. @Luiza: Pisząc o zmianie redaktora naczelnego, masz na myśli objęcie stanowiska przez Pawła Musiałowskiego, czy odejście jego i całej ekipy w roku 2003?

    Co do oshare kei i wszelkiej maści zjawisk podobnych – czy to będzie popkultura, subkultura czy tradycja, zawsze wrzucone zostanie (i słusznie) do działu „Kultura” – mam na uwadze pisma poświęcone animacji i komiksowi, oczywiście. No, bo gdzie indziej należałoby to umieścić?

    Odnośnie ceny, w latach 90-tych „Kawaii” też do najtańszych nie należało, ale jeśli przyjrzeć się cenie kolorowych pism (czy to dla kobiet, czy tych poświęconych filmowi), okaże się, że ceny magazynów o m&a aż tak wygórowane nie są, raczej zbliżają się do średniej.

    @matylda: Cieszy mnie, iż nie ja tylko poddaję się praktykom czytania wszystkiego, co popadnie, gdy lektury porządnej zabraknie – a etykietki na kosmetykach są niekiedy bardzo długie, zauważam;P

    @tani: I ja nie przepadam za podawaniem li tylko pseudonimu, gdy artykuł ukazać ma się na rynku, lubię wiedzieć, kto jest jego autorem – jeśli ktoś już posługuje się pseudonimem, niechże będzie on konkretny, rozpoznawalny.

    Odnośnie kształcenia, niedawno (może w roku ubiegłym) słyszałam rozmowę dwóch maturzystek. Były oburzone, bo dostały do analizy nie dość, że wiersz, to jeszcze taki, który nie był analizowany na lekcjach. Słów mi zabrakło.

    Recenzja „Otaku” zaś nie mogła być całkiem nieprzychylna, bo jednak znalazło się w nim kilka naprawdę dobrych tekstów – i ja to doceniam. Doceniam, że są ludzie, którzy się starają. Wierzę też (może naiwnie, nie wnikam), że jeśli odpowiednio poprowadzić tych autorów, w których tekstach coś zgrzyta, to pismo ma szansę się rozwinąć w zupełności. Bo to, co skrytykowałam, to nie były jakieś ewidentnie źle napisane artykuły, ale właśnie niedociągnięcia.

    @tunviel: Powiedz mi jeszcze, w którym numerze, a z przyjemnością przeczytam:)

    Lubię

  6. @Litera:
    Pisząc „Kawaii”, mam na myśli wersję profesjonalną (niektórzy nazwaliby to wersją komercyjną), nie fanzin, a zatem mówię o odejściu Pawła Musiałowskiego (Mr Jedi) w 2003 roku.

    Dla oshare kei, visual kei i innych (mówię tylko o magazynach poświęconych azjatyckiej kulturze) osobny dział by się przydał (vide: j-music), ale to tylko mój punkt widzenia ; ) W „Kawaii”, z tego co pamiętam, był dział j-rock.

    „Kawaii” bez płyt było tańsze i, co istotne, było właściwie jedynym źródłem informacji o m&a dla tych, którzy nie mieli bardzo drogiego wówczas Internetu, dlatego też młodzi ludzie kupowali. kiedyś było tylko „Kawaii” + kilka mang z Waneko czy Egmontu (później doszedł jeszcze J.P.F.). Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W Polsce wydaje się sporo mang (o cenie nie wspomnę ; ) ) + sporo zostało „zlicencjonowanych” i wydanych na DVD anime + magazyny typu „Otaku” (czy „Mangazyn”, który właśnie ze względu na cenę, upadł). Magazyny dla kobiet? a jakiż one poziom prezentują ; ) Dorośli wydają na swoje przyjemności pieniądze zarobione przez siebie, więc nie porównywałabym ; ) Zresztą iluż jest fanów m&a? a ilu fanów jednego tytułu – vide: DB, Naruto, FMA czy Bleach ; )
    Jak rozwijać fascynację Japonią czy Koreą, czy Chinami w młodych ludziach, kiedy prezentuje się im oshare kei kosztem na przykład Kabuki, Bunraku albo Nō? Po co informacja o zespole oshare kei, skoro japońskie zespoły wydają przynajmniej 5 singli na rok, jeden album, jedną kompilację i DVD z koncertu, w dodatku rozpadają się tak szybko i nagle, jak powstały – z nielicznymi wyjątkami – wszelkie informacje o j-music w dobie Internetu i szybkich przemian w rynku wydawniczym są stratą czasu i papieru –> co innego gdyby to był felieton, artykuł o pewnym zjawisku.

    Oj, a czemu nie pseudonim? Nazwisko autora artykułu i tak mi nic nie mówi – chyba że znam autora (osobiście), ale i tu się mogę pomylić, bo imiona i nazwiska się powtarzają. To wybór autora tekstu. Analogicznie jest w Internecie – ileż osób podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod swoimi recenzjami, artykułami czy – o, zgrozo – wypowiedziami? Zazwyczaj są to pseudonimy. A w środowisku m&a przecież funkcjonują przede wszystkim pseudonimy (na forum m&a czy na portalu poświęconym m&a nie będę przecież podpisywać się imieniem i nazwiskiem ; )). Nie widzę w tym nic niezwykłego czy niestosownego. Mnie drażnią w czasopismach emotikony.

    Uczniowie liceum obecnie się nie uczą, ponieważ niewielu nauczycieli wymaga od nich czegokolwiek, a nawet jeśli zacznie wymagać i wstawi parę jedynek za brak podstawowej wiedzy, to zaraz jest dyrekcja, rodzice, zagrożenie, że utraci się pracę (a o pracę w szkole nie jest łatwo – wiem coś o tym), toteż nauczyciele kapitulują. I mamy to, co mamy. Dyrekcja powinna zmienić nastawienie, ale wszystko idzie z góry – widać, jaką mamy panią minister… żenujące pomysły MEN dają o sobie znać + nieudolność wychowawcza wielu rodziców + mizerne przygotowanie nauczycieli do uczenia + zero motywacji, chęci, ambicji młodych ludzi + inne ; )
    Uczniowie mało czytają, a nawet jeśli już czytają, to marnej jakości literaturę i później w Internecie czytam „recenzje”, w których książki z klasyki polskiej czy światowej ocenione są na 1 albo 2 właściwie bez żadnych argumentów ; )

    Rozpisałam się – wybacz^^”” Miłego dnia xD

    Lubię

  7. @Luiza: Ależ rozpisuj się do woli!;)

    Czemu nie pseudonim? Bo pamiętam czasy, gdy co druga fanka m&a była Usagi i trochę mi ten uraz pozostał. Mimo powtarzalności nazwisk i imion, wolę, gdy to właśnie one widnieją pod tekstem, a nie pseudonim. Pod tekstem wypuszczonym na rynek, jak wcześniej już powiedziałam, zaznaczam. Nie przeszkadzają mi pseudonimy na forach czy blogach (sama wszak używam), ale gdy piszę artykuł, podpisuję się swoim imieniem i swoim nazwiskiem i tego samego oczekiwałabym od innych piszących recenzje czy artykuły, które trafiają do druku. Po co? Chociażby po to, by w danym środowisku autorów rozpoznać – ksywki powtarzają się, mimo wszystko, częściej, niż konkretne zestawienia imienia z nazwiskiem. Wyjątkiem są, jak już również wcześniej wspomniałam, pseudonimy oryginalne. Ale takich mało.

    A ja bym jednak porównywała (to w kwestii cen) – skoro jednak nie odpowiada ci nawiązanie do cen pism kobiecych czy filmowych, równie dobrze możemy porównać cenę takiego, dajmy na to, „Otaku” z ceną dowolnego pisma młodzieżowego (które to młodzież kupuje często i gęsto również nie za własnoręcznie zarobione pieniądze, ale za rodzicielskie kieszonkowe).

    Hm, było jeszcze „Animegaido”, ale na pięciu numerach się skończyło.

    Środowisko nauczycielskie akurat znam;P I myślę, że w tej wyliczance nie należy zaczynać od mało wymagających nauczycieli, ale od MEN’owskich decyzji, okrojonych programów nauczania i ograniczanych sukcesywnie uprawnieniach nauczyciela.

    Miłego i Tobie!:)

    Aha, śmiem skorygować, wpierw było właśnie JPF (1996), z tomikami „Aż do nieba” Riyoko Ikeda i „Sailormoon” Naoko Takeuchi. Pozostałe wydawnictwa pojawiły się (lub rozszerzyły działalność o wydawanie mang) nieco później.

    Lubię

  8. To ja tutaj pierwsza zagadałam za długo, lecz Gospodyni nie pogoniła, to dzięki, to ja raz jeszcze… tu sobie pozwolę.

    Tak JPF wydawało jako pierwsze, choć wcześniej chyba jeszcze TM SEMIC.

    Ja nie mam nic przeciwko ksywom w fandomie, na konwentach i w ogóle w kontaktach twz. wewnątrzplemiennych (ja wiem, że to bywa fajna zabawa), celem jednak autora jest (jak sądzę) aby go poznano szerzej i kojarzono. I tu proponowałabym np. taki kompromis jak stosują/stosowali Paweł „Mr Jedi” Musiałowski, Tomasz „Gato” Gawroński, Rafał „Kabura” Rzepka czy Michał „Tori” Ptaszyński. Ew. przyszły wydawca/pracodawca inaczej patrzy już na teksty podpisane w ten sposób.

    Litero, widzę bardzo wielu młodych zdolnych i bardzo bym chciała, żeby oni sami bądź ktoś nad nimi popracował. Może te teksty fanzinowo-niszowe są też jakąś wprawką…? Hm… to niezła myśl.
    Dobrze, że wyjaśniasz, co stało się ze szkołą i jaki to mniej więcej mechanizm, bo ja… widzę tylko skutki i trochę się martwię. Nie podoba mi się również wynikający z takiego stanu rzeczy brak wychowania. To nie jest wina pokolenia wyrosłego w socjalizmie, oj nie… tylko czego innego.

    Korekta: Luizo – filologom łatwiej, ale obecnie, zwróć uwagę, że zbyt wielu cierpi na dysleksję połączoną z dysgrafią… ;). Czytają, co napisali i nie widzą błędów, a robią ich masę. Ja też się do nich zaliczam poniekąd, choć za moich szkolnych lat żadnych chorób na dys… nie brano pod uwagę w szkole, w związu z tym u mnie to jest zwykłe roztrzepanie i(lub) nieuctwo. ;)

    Jeśli chodzi o ceny, to jednak przy porównaniu warto może zwrócić uwagę na nakłady pism i warunki marżowych jakie stawiają dystrybutorzy. Pamiętajmy, że inna będzie cena produkcji pisma drukowanego w nakładzie ok 20 tys. egz. na tanim papierze, który wydaje się kredą, ale nią nie jest (to papier z roli). I tu mamy np. pisma młodzieżowe. Inna zaś będzie cena pisma o nakładzie 2 tys. egzemplarzy drukowanym na offsecie i na kredzie z konieczności w arkuszach. No, niestety. Inaczej też z takim wydawcom rozmawia Empik. ;) Zwykle jednak dystrybutor zabiera ponad 40 proc. ceny okładkowej. Tak… to smutne.

    Ale mimo to pisma takie jak „Otaku” istnieją. A „Kawaii” zostało zniszczone przez ostatniego swego wydawcę. Bo… się nie opłacało, podobno… No, znając politykę bauerowską to ja wierzę, że dla nich to było NIC. Ech, szkoda gadać.

    Pozdrawiam serdecznie i macham

    Lubię

  9. @Tani: TM-Semic było, a i owszem, ze swoim projektem Top Manga, w ramach którego wydano „Appleseed” Masamune Shirow i „Drakuun” Johji Manabe, ale to w latach 1998-2000, a zatem pierwszeństwo ma jednak JPF;)
    Macham również!:)

    Lubię

  10. Przyznam, że nie miałam zbyt wielu okazji do przeczytania tego magazynu od deski do deski, ale jakoś mnie to nie ciągnie, chociaż raz, jeden, jedyny miałam okazję nawet coś spłodzić do jednego z numerów i potem nawet udało mi się za to wynegocjować darmowy egzemplarz autorski. Pierwszy, jedyny i ostatni raz do nich pisałam, a to z tego względu, że redakcja wydaje się być nastawiona na „krewnych i znajomych królika”, czyli nieważne jak piszesz, ważne, że włazisz nam w tyłek. Mianowicie, kiedyś złapałam pisemko w empiku, a że była w nim akurat relacja koncertu japońskiej śpiewaczki, który mnie interesował, zagłębiłam się w lekturę. Ilość błędów położyła mnie na łopatki i nie mówię już o tych nieszczęsnych przecinkach, ale o opisach kultury japońskiej (koncert był w klimatach epoki Heian). Herezja goniła herezję, ale gdy wypomniałam to na forum oczywiście nikt się tym nie przejął. Ale pisał to jeden z czołowych „krewnych i znajomych naczelnego”. Natomiast gdy sama starałam się o publikację („skoro jesteś taka mądra to napisz coś – sami chcieli!), przez pół roku użerałam się z wydawnictwem, kontakt był zerowy i czasem zastanawiałam się po co im funkcja osoby odpowiedzialnej za kontakt z czytelnikami i współpracownikami, skoro ta osoba w ogóle nie spełnia swojego zadania? No tak, ale ja nie smarowałam wazeliną :|. Innych artykułów nie czytałam, ale jak wspomniałam – mimo, że mam jeden numer za free, to sposób w jaki mnie potraktowali zraził mnie do tego stopnia, że nie mam ochoty go czytać. Może kiedyś.
    Co do tych pseudonimów, korekty i oólnie „młodości” w redakcji to faktycznie – artykuły piszą ludzie młodzi, chyba niemal cała redakcja to raczej pasjonaci, a nie profesjonaliści. Oczywiście chwali im się, że są pasjonatami, ale to nie przerzuca się na profesjonalizm i teksty jakie są, każdy widzi. Poza tym ta nieszczęsna wazelina. Pojawi się taki młodzian, który nagle odkryje sobie zew natury w pisaniu, zrobi maślane oczy do wydawcy, wypoci coś, co w zamyśle miało być recenzją i cieszy się, że jego XYWA jest w gazecie, można się pochwalić przed kolegami, już nie przejmując się czymś tak przyziemnym jak wypłata. A wiem, że nie wszyscy dostają kasę za teksty, co dla mnie jest po prostu wyzyskiem. Nawet jeśli ktoś nie jest nastawiony tylko na korzyści, to jednak moim zdaniem nie jest w porządku ze strony wydawcy, że autor nic nie dostaje.
    Na koniec wspomnę o lekcjach japońskiego w „Otaku” (chociaż w Kawaii też były). Osobiście jestem przeciwniczką tego typu „tekstów”, bo zerkając w empiku na taki twór zastanawiam się, czemu to właściwie służy? Podane jest trochę najbardziej oklepanych słówek, parę zdań przykładowych, ale nie ma nic o gramatyce i brakuje też dokładnych tłumaczeń w jakich sytuacjach dane słowo jest używane (zresztą, czasem piszą to osoby, które nie są japonistami). Potem stykam się z takimi, którzy wykuli parę słówek na krzyż i rzucają nimi na lewo i prawo i wydaje im się, że są taaacy mąąądrzy. Tylko czasem to rzucanie słówkami jest w ogóle ni w tyłek ni w oko, ale spróbuj coś takiemu wytłumaczyć to jeszcze się obrazi! Bo przecież on wie lepiej! Facepalm, że tak powiem. Uważam, ze jeśli ktoś chce się uczyć japońskiego to powinien zainwestować w podręcznik i jakiś kurs, a nie kolorowe pisemko. Na polskim rynku jest ich coraz wiecej, zwłaszcza do poziomu podstawowego.

    Lubię

  11. @Valka: Też jestem zdania, że jeśli uczyć się japońskiego (lub dowolnego innego języka), to nie z kolorowych pism, ale z materiałów specjalnie ku temu stworzonych (gramatyka) lub z materiałów oryginalnych (gdy w grę wchodzi poszerzanie słownictwa).

    Brak wynagrodzenia – choćby najmniejszego, jak numer recenzencki pisma – jest karygodny. Więcej na ten temat pisać nie trzeba, bo słów szkoda.

    Pozdrawiam!:)

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s