porozmawiajmy o japońskich pisarzach

Mam napisać artykuł. Pytam nieśmiało, czy sylwetki wybitnych pisarzy japońskich byłyby mile widziane. Odpowiedź otrzymuję pozytywną, ale nie to jest w tej chwili istotne. Istotne jest uzasadnienie, które potwierdza moje drobne obawy i obserwacje – przeciętny Kowalski jest na bakier z literaturą japońską, wymieni ewentualnie Murakamiego i Ishiguro. Tutaj nadmienię, iż przeciętny Kowalski w tym wypadku to osoba, która nie studiuje japonistyki i nie zajmuje się Japonią w pracy zawodowej, przez co nie wymaga się od niej znajomości literatury japońskiej. I myślę sobie, że gdyby owa nieznajomość dotyczyła ponadprzeciętnego Kowalskiego, takiego, który w ogóle nie czyta, natomiast gdy czyta, to nie wykazuje większego zainteresowania Krajem Wschodzącego Słońca, to z Bogiem sprawa. Rzecz dotyczy jednak tych Kowalskich, którzy z zapałem japońskie filmy oglądają, japońskie komiksy chłoną, do japońskich idoli wzdychają, udzielając się ochoczo na japonistycznych forach. Ich właśnie niewiedza irytuje najbardziej. Bo co jak co, ale gdy się aspiruje do miana miłośnika kultury danego kraju (a nie zaledwie niektórych jej aspektów), to pewne nazwiska znać po prostu wypada.

Że w pierwszej kolejności wymienia się Murakamiego, nie dziwi mnie wcale – obecnie nietrudno znaleźć w polskiej księgarni jego powieści, jest ich całkiem sporo i, rzec by można śmiało, każda nowa sprzedaje się jak świeże bułeczki. Haruki Murakami jest poczytny. Początki jego kariery odnotowuje się w latach 80., w czasach tzw. pokolenia introwertyków, którzy opisywali życie codzienne z punktu widzenia jednostki uwięzionej w przeróżnych układach społecznych. Nie da się ukryć, że głównymi odbiorcami jego prozy są ludzie podobni jego bohaterom, dla których życie jest rodzajem pułapki, labiryntu bez wyjścia. W świecie słów pisarza znajdują zrozumienie. O ile jednak wymienianie Murakamiego jest zupełnie na miejscu, o tyle nazywanie Kazuo Ishiguro pisarzem japońskim zakrawa na rodzaj kpiny. Owszem, pisarz urodził się w Japonii, dokładniej w Nagasaki, jednak jako sześcioletnie dziecko opuścił swój kraj na rzecz Wielkiej Brytanii. Tam dorastał, tam się kształcił, pisząc, posługuje się językiem angielskim, w swych dziełach (z reguły) nie wraca do kraju ojczystego. Kazuo Ishiguro jest pisarzem i scenarzystą angielskim, podobnie jak Lafcadio Hearn stał się pisarzem japońskim. I jako takiego go traktujmy.

Śledząc wypowiedzi na blogach poświęconych książkom czy na japonistycznych forach, można zaryzykować stwierdzenie, iż do grona pisarzy, których polski czytelnik mógłby ewentualnie rozpoznać, wymienić, zalicza się również na wskroś teraźniejszą Natsuo Kirino, laureatkę wielu literackich nagród (w tym nagrody Edogawa Rampo Prize, Mystery Writers of Japan Award czy Tanizaki Jun’ichiro Prize), oraz Taichiego Yamadę, w którego prozie brak wyraźnej granicy między światem namacalnym, a tym niematerialnym. To są jednak pisarze nam współcześni, tworzący od lat 70/80. po dzień dzisiejszy. Klasycy, a zatem ci, którzy przecierali szlaki dla literatury współczesnej, którzy tworzyli nowy język literacki, odżegnując się od wpływów i wzorców literatury chińskiej, mimo swoich niewątpliwych zasług nie są znani szerszemu gronu odbiorcy. Pewnym zainteresowaniem, zauważam, cieszą się dwaj nobliści, Yasunari Kawabata i Kenzaburo Ôe. Znany jest też Sôseki Natsume, choć biedakowi uparcie przypisuje się nazwisko w miejsce imienia (mowa tu nadal o przeciętnym Kowalskim). Przypisywanie owo dotyka również tworzącą obecnie Bananę Yoshimoto. A przecież wystarczy zerknąć do encyklopedii czy słownika (w przypadku Natsumego) lub na oficjalną stronę internetową, jeśli wątpliwa kwestia dotyczy pisarza współczesnego (w przypadku Yoshimoto), by wątpliwość czy niejasności (płynące niekiedy z braku odpowiednich przypisów w książkach) rozwiać. Czynność tym prostsza, im więcej znamy języków.

Poza wymienionymi wyżej trzema klasykami trudno szukać takich, którzy byliby rozchwytywani przez ogół czytelników. Dzieła ich były w Polsce wydawane między latami 60. a 80. (co i tak było sporym opóźnieniem względem ich oryginalnego wydania), obecnie leżą zatem zazwyczaj w bibliotekach i antykwariatach, zapomniane i przykurzone. Komu bowiem, gdy zerka na biblioteczne półki, do głowy przyjdzie, iż taki Shûsaku Endo jest jednym z najwybitniejszych pisarzy japońskich, laureatem nagrody Akutagawy? Kto rozpozna wielkość Masujiego Ibuse albo jego ucznia, Osamu Dazaia, pisarza wybitnego, choć w życiu prywatnym playboya, narkomana i niedoszłego samobójcy? Widząc nazwiska typu Shichirô Fukazawa, Kyôka Izumi, Takiji Kobayashi, Shohei Ooka czy Jun’ichiro Tanizaki, kto pomyśli, iż są to twórcy wyróżniani, nagradzani, a na podstawie ich powieści realizowano filmy? Zapewne nawet nazwisko samego Ryûnosuke Akutagawy przejdzie obok przeciętnego czytelnika niezauważone, nie wywołując skojarzeń choćby z pewną istotną nagrodą literacką. A Yukio Mishima? Czy leżąc ostatnimi czasy na księgarskich półkach, zapisał się jakoś w pamięci osób przeglądających regały?

Wyliczankę ową prowadzić można by jeszcze długo – mnóstwo jest na rynku polskim (choć już bardziej w drugim niż w pierwszym obiegu) wybitnych pisarzy japońskich, którzy swego czasu byli wydawani a to w czasopismach literackich, a to w zbiorach opowiadań, nie wspominając o dziełach osobnych. Byli wydawani, ale obecnie jakoś się o nich zapomniało. Oprócz wspomnianych bibliotek i antykwariatów, pojawiają się czasem na internetowych aukcjach, trzeba jednak wprawnego oka i pewnej wiedzy, by poznać, że to perełki. Młodzi ludzie zafascynowani Japonią zafascynowani są zazwyczaj tym, co teraźniejsze, aktualne, zrozumiałe bez konieczności sięgania po opasłe tomiszcza z zakresu historii, dlatego prędzej zwrócą uwagę na prozę Murakamiego, Yoshimoto czy Kirino. Ludzie ci niechętnie sięgają po pisarzy starszych, bo czytanie takowych wymagałoby od nich wysiłku, swoistego zaangażowania, a wysiłek i zaangażowanie nie są ich mocną stroną.

Wiem, istnieją w grupie przeciętnych Kowalskich wyjątki, ale gdybym się na nich skupiła, nie pisałabym tego postu. Poza owymi wyjątkami jest spora grupa osób, które nazywają siebie miłośnikami japońskiej kultury, przy czym uderza mnie, jak bardzo powierzchowną wiedzą w zakresie kultury dysponują – prędzej powiedziałabym, iż ich zainteresowania biegną w kierunku zaledwie popkultury. Braki nie są niczym złym, o ile człowiek się do nich przyznaje i stale je uzupełnia. Ale nie uzupełniać braków, a stale się gdzieś udzielać – to zwyczajnie śmieszne. Tak samo, jak fascynować się Japonią (całościowo), a nie znać najważniejszych pisarzy, zwłaszcza, że pisarze ci mają niejednokrotnie nadal wiele do powiedzenia o człowieku.

9 thoughts on “porozmawiajmy o japońskich pisarzach

  1. Widzisz, Mizuu, należę do fanów anime starej daty – szperam, drążę w kulturze i historii, bo bez pewnej wiedzy nie wyobrażam sobie nawet obejrzenia filmu;) Dziękuję za słowa uznania.

    Lubię

  2. przyznaję bez bicia większości nie znam.
    ale od jakiegoś czasu zaglądam tu właśnie żeby nadrobić zaległości.

    do tej pory skupiona raczej była na manualnej twórczości Japończyków. na tej starszej raczej. choć i tej niestety nie zgłębiłam jeszcze choćby w stopniu zadowalającym.
    wszystko przede mną. cóż za radość ile czytania mnie czeka i oglądania!

    Lubię

  3. Boże, chroń PIW.
    Z tego wydawnictwa, z lat jego świetnosci, pochodzi większość wyszperanych po antykwariatach pozycji literatury japońskiej w moich zbiorach. Stare wydania Literatury na świecie, łącznie z obszernym tomem z 2002 poswieconym wyłącznie pisarzom japońskim dopełniają całosci w mojej sporej kolekcji.
    Nie wszystkich wymienionych przez Ciebie znam, ale wymieniłaś Fukuzawa Shichiro- to mój ulubiony, za Balladę o Narayamie.

    Lubię

  4. UUU, ale dałaś czadu. ;) Na szczęście nie nazywam siebie miłośnikiem japońskiej kultury, bo byłabym głupia. Ale nie mogę się też wstydzić, że znam tylko kilka nazwisk. Twoją notkę potraktuję, jako ściągę, bo treściwie wyłożyłaś mi wszystko to, czego nie znałam.;)

    Lubię

  5. pare dobrych lat temu usilowalam zakupic „Kobiete z wydm”, panie w ksiegarniach patrzyly na mnie jak na potluczona, jedna wyjasnila ze nowy naklad moze bedzie jak bedzie zapotrzebowanie

    dwa lata temu zdobylam upragniona ksiazke…po rosyjsku :)

    Lubię

  6. Karolino-g, właśnie o to chodzi, przyznać się do braków, jeśli temat nas interesuje, i braki uzupełniać, czytać, doszukiwać się szczegółów:)

    Mollu, zgadzam się, PIW jest wydawnictwem wspaniałym, jeśli chodzi o ilość wydanych tomików i autorów. Oprócz samego wydawnictwa, dorzucę jeszcze, by chroniono pana Melanowicza – wspaniały tłumacz! A „Ballada o Narayamie” Fukazawy rzeczywiście warta jest o niej wspominania. Szkoda, że tak trudno w Polsce o japońskie stare kino, chętnie obejrzałabym ekranizację!:)

    Matyldo, miło mi, iż mogłam się przysłużyć jako owa czytelnicza ściąga;)

    Bo, a mnie się udało kupić wznowienie właśnie, z roku 2007, wyd. Znak;)

    Lubię

  7. Bardzo trafny tekst, Litero! Zgadzam sie, ze znajomosc japonskiej literatury u przecietnego Kowalskiego jest kiepska, ale i u tych nadprzecietnych jest czesto niewiele lepiej. Ja jestem gdzies pomiedzy, czytalam wiekszosc powiesci Kawabaty, ale innych tylko bardzo wybiorczo. Wciaz mam zaleglosci, ktore nadrabiam powoli. Jednoczesnie nadrabiam pomalu zaleglosci w kwestii filmow, szczegolnie mistrzow. Nie wszystko jest dostepne, ale na szczescie tych najwiekszych moge obejrzec niemal wszystko (np. Ozu czy Kurosawy), no i organizowane sa festiwale kina japonskiego. Obejrzalam niedawno „Kokoro”, ktoy jest przepieknym filmem, poelcam, jakbys miala okazje :) Wielka Brytania ma najwieksza spolecznosc japonska w Europie i na szczescie zainteresowanie jest. Proza takze jest tlumaczona, choc na pewno ktos, kto sie lepiej zna na japonskiej literaturze dostrzeze luki i braki na rynku.

    Lubię

  8. Dziękuję, Chihiro!:) Zaległości czy też braki mam i ja, chodzi tylko o to właśnie, by się do nich otwarcie przyznać i nadrabiać. W kwestii filmów japońskich, cóż, rynek polski w tej dziedzinie bogaty nie jest – niby kino klasyczne swego czasu w TV się pojawiało (z relacji rodziców wiem, że nawet często), ale znalezienie owych dzieł na DVD graniczy z cudem. Pozostaje kino akcji i horrory, za którymi nie przepadam, oraz festiwale, których mogłoby być więcej i z bogatszym repertuarem. Owszem, wszystko niemal znaleźć można w Sieci, ale za tą drogą zdobywania filmów akurat nie przepadam.

    Na „Kokoro” na pewno zwrócę uwagę:)

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s