polscy fani M&A ’96

Szastaliśmy -chan i -san na prawo i lewo, nie wiedząc, że tytułowanie samych siebie jest nietaktem. Chlubiliśmy się mianem otaku, nie zdając sobie sprawy, że określenie to wcale takie pozytywne nie jest. Oglądaliśmy kopię kopii skombinowanego niezupełnie legalnie anime, samemu tłumacząc dialogi i zachwycając się obrazem czy dźwiękiem. Planowaliśmy konwenty lub czytaliśmy o nich z wypiekami na twarzy, a każdą wydaną w Polsce mangę wielbiliśmy bałwochwalczo. Półki w księgarniach nie uginały się od książek o Japonii, nawet słowniki należały do rzadkości, a każdy gadżet odnośnie ukochanego kraju był na wagę złota. Wyszukiwaliśmy jednak, zbieraliśmy. Miłośnik mangi i anime rzadko ograniczał się tylko do powyższych, zazwyczaj zahaczał o kulturę, o historię, konteksty. Pod tym względem byliśmy bogatsi. Poznawaliśmy się drogą listową, wymienialiśmy informacje, wydawaliśmy zupełnie nieprofesjonalne fanziny, prezentowaliśmy szerokiemu gronu znajomych swoje własne prace. Owszem, poznawaliśmy się też na konwentach, organizowaliśmy spotkania nieformalne w strategicznych punktach miast, często jednak nie widzieliśmy się wcale, mimo długoletniej, bogatej korespondencji. Znaliśmy jednak swój charakter pisma.

W tym całym szaleństwie była magia, była pasja, było coś, co można było nazwać „MY”. Grupa, całość, zgodność. I to było piękne.

7 thoughts on “polscy fani M&A ’96

  1. Nic dodać, nic ująć.

    To dla mnie zaszczyt, że w jakimś niewielkim stopniu mogę się pod tym podpisać jako uczestnik tamtego ruchu. Może bardziej „fellow-traveler”, ale jednak. Widziałem to na własne oczy.

    Lubię

  2. Nie wiem jak jest teraz. Nie siedzę już w tym. Wiem za to, że jak chcę mangę lub anime, to idę do sklepu. W (tfu!) Empiku jest cały regał z mangami, w Saturnie cała półka z anime. To jest zmiana na plus.

    Lubię

  3. Krazov, ta zmiana jest na plus, owszem, jak i wiele innych (książki, słowniki, dni kultury japońskiej). Ale nie ma już tego „MY”, są grupy, są podziały, jest wybiórczość.

    Lubię

  4. Fakt, oczekiwanie na nowe tytuły, fanziny – to wszystko miało w sobie jakiś urok. Konwenty, wieloletnie korespondecje, nieśmiertelne friendshipbooki – to było jakieś takie unikatowe, a przez to pełne swoistej magii.
    Tylko – co trochę paradoksalne – te kilka, kilkanaście lat temu, z jednej strony nazywanie siebie „otaku” było pełne jakiejś dumy, poczucie inności wydawało się może przez to ciekawe, że właśnie było w tym coś wyjatkowego – ale z drugiej, chyba większosc fanów marzyła po prostu o tym, żeby wreszcie manga, czy w ogóle książki związane z Japonią, były łatwo dostępne i na wyciągnięcie ręki. No i tak się stało. Księgarnie uginają się od różnych tytułów. Nikogo już raczej tak nie dziwi dorosły człowiek czytający mangi. Nie ma tej otoczki podejrzliwości. Jest tak, jak miało byc.

    A jednak coś po drodze się zagubiło, coś ważnego. Trochę szkoda.

    Lubię

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s