Hanami – kwiat wiśni (2008)
tytuł oryginału: Kirschblüten – Hanami
reż.: Doris Dorrie
“Butoh to taniec cieni. Ja nie tańczę. Cienie tańczą. Patrz. Twój cień tańczy. Nie wiem, kim jest cień. Halo! Kim jesteś? Nie odpowiada. Każdy może tańczyć butoh. (…) Każdy ma cień. Starzy i młodzi. Kobiety i mężczyźni. Wszyscy żywi. I wszyscy zmarli. W tym samym czasie.“

Czasami kochamy, ale tego nie okazujemy. Myślimy, że mamy czas. Dużo czasu. Że jeszcze ze wszystkim zdążymy. Odwiedzimy bliskich, zrealizujemy marzenia, uśmiechniemy się, powiemy Temu Komuś, jak bardzo nam na nim zależy i jak bardzo się cieszymy, że jest obok. Czasami też kochamy zaborczo, na wyłączność, i zamiast spróbować zrozumieć drugą osobę, zamykamy ją w klatce.
Dwoje starszych ludzi, nie potrafiących wyobrazić sobie życia bez siebie. Ona, Trudi, kochająca taniec butoh, pragnąca zobaczyć górę Fudżi, wychowująca jednak trójkę dzieci i żyjąca cicho u boku swego męża. On, Rudi, nie lubiący zmian, podróży, ceniący rutynę codziennych czynności. Oprócz nich dwojga bohater trzeci, czas, którego nie da się cofnąć, względem którego nie da się przewidzieć, co przyniesie i czym zaskoczy.
Ujęła mnie podróż z Niemiec do Japonii w celu odnalezienia drugiego człowieka. Człowieka, z którym spędziło się całe życie, nigdy go do końca nie rozumiejąc, nie rozumiejąc języka, jakim mówił i zamykając go pewnego dnia w małym albumie ze zdjęciami. Podobały mi się kwiaty wiśni jako symbol nietrwałości i przemijalności. I młodziutka Aya Irizuki w roli Yu, niespełna osiemnastoletniej tancerki butoh.