Archiwum

Posts Tagged ‘Takeshi Kitano’

opowieści reżysera Kitano

sierpień 18, 2009 4 komentarzy

Takeshi Kitano jest jednym z tych ludzi, o których mówi się człowiek orkiestra – bywa scenarzystą, reżyserem, aktorem (a niekiedy nawet wszystkim na raz), w krótkich zaś momentach oderwania od filmu maluje, rysuje komiksy, pisze. Niesamowita osobowość. Tekst poniższy powstaje pod wpływem obejrzanego przeze mnie ostatnio „Hana-bi”, którego Takeshi Kitano był reżyserem. Tak, reżyserem. Co innego dla filmu tegoż zrobił (a zrobił wiele), w tej chwili mnie nie interesuje. Obejrzałam film, film pozostawił uczucia mieszane, zastanowiło mnie zatem, czy wszystkie filmy Kitano takie są, tak samo oddziałują, i szybko odszukałam w pamięci te niedawno widziane. W sumie jest ich zaledwie sztuk trzy. Na półce czeka „Brat” („Brother”, 2000).

Trudno mi teraz określić, który obraz widziałam jako pierwszy. zatoichi_kitanoPrzypuszczam, że był to „Zatôichi” (2003), ale ręki sobie uciąć nie dam. „Zatôichi” emitowany był przez TVP, o porze takiej, że szkoda słów, ale do czasu emisji dotrwałam, film obejrzałam i byłam zachwycona. Warto było. Białowłosy mistrz miecza (tutaj pierwsze skojarzenie, z rodzimym wiedźminem, które tylko zwiększyło uczucie sympatii do bohatera), z pozoru starszy, bezbronny i ślepy masażysta wędrujący przez Japonię XIX wielu. Drugie skojarzenie to szybkie porównanie z „Siedmioma samurajami” („Shichinin no Samurai”, 1954) Akiry Kurosawy, przy czym w przypadku dzieła Kitano liczba samurajów walczących dla biednej wioski okrojona zostaje do sztuki jednej. Miecz Zatôichiego ukryty w lasce siecze równo, krew się leje strumieniami, deszcz wszystko lirycznie okrasza i jest pięknie. Wiem, upraszczam, ale faktem jest, że szalenie spodobało mi się połączenie XIX-wiecznej historii ze współczesną popkulturą. Obejrzałabym chętnie raz jeszcze.

hanabi_kitanoTrup ściele się równo także w „Hana-bi” (1997), z tą drobną różnicą, że zamiast efektownie tnących samurajskich mieczy mamy pistolety yakuzy. Pistolety, jak dla mnie, czaru w sobie nie mają, więc i nadmiar czerwonych plam w obrazie wydał mi się męczący. Jakby jednak nie spojrzeć, piękna i urzekająca jest historia trzech dobrych w swym fachu policjantów, z których jeden (Horibe) zostaje nagle kaleką na całe życie, na drugiego (Nishi) spada ciężar w postaci śmierci córki i pogłębiającej się choroby żony, a trzeci (Tanaka) traci życie, pozostawiając po sobie rodzinę. Historia o tym, że nigdy nie wiemy, jak bardzo i w jak krótkim czasie może odmienić się nasze życie, o tym, jak ważna dla dalszego działania jest inspiracja, o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla drugiego człowieka.

lalki_kitanoTrzeci widziany przez mnie film Kitano jest zupełnie inny (no, może z jednym wyjątkiem). Jest bardziej poetycki, więcej w nim wrażliwości i na pewno mniej rozlanej krwi. Mowa tu o filmie „Lalki” („Dolls”, 2002), podzielonym w swej konstrukcji na trzy różne, lecz mimo wszystko splecione ze sobą historie. Pierwsza opowiada o dwójce młodych ludzi, Matsumoto i Sawako, o dokonanym pod wpływem rodziców złym wyborze, o wynikającej z tego tragedii, o obłędzie spowodowanym miłością i ostatecznie o wędrówce, niczym w lunatycznym śnie, przez cztery pory roku, których nasycenie barw razi oczy i rozpływa się w sercu. Opowieść druga jest bardziej charakterystyczna dla Kitano, bowiem rozgrywa się w świecie yakuzy. Hiro, szef mafii, wraca do parku, w którym przed trzydziestu laty dzień w dzień pewna kobieta częstowała go specjalnie dla niego przygotowanym obiadem. Wówczas Hiro zostawił ją, by zarobić pieniądze, by stać się kimś. Nigdy więcej, aż do teraz, nie pojawił się w tym parku. On. Kobieta natomiast przychodziła tu codziennie, siadała na tej samej ławce, w dłoniach trzymając przygotowany dla niego posiłek. Mimo jednak ponownego spotkania, mimo drugiej szansy, mimo żyjącego nadal uczucia nie dane im będzie być razem; te trzydzieści lat między pierwszą a drugą szansą upomina się o Hiro. Opowieść trzecia to historia Haruny Yamaguchi, młodej gwiazdy pop, która po wypadku zamyka się w sobie, i jej najbardziej oddanego fana. Biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze historie i ich przebieg, nie ma sensu się łudzić, by ta skończyła się szczęśliwie. Ale właśnie to u Kitano jest ciekawe, myśl, że szczęście to nie całość życia, ale jego fragmenty.

Kolejna rzecz, która w filmach Kitano mnie urzekła, to muzyka. Zarówno do „Hana-bi”, jak i do „Lalek” ścieżkę dźwiękową skomponował Joe Hisaishi, ten sam, którego talent mogłam niedawno podziwiać w filmie „Pożegnania” („Okuribito”, reż. Yojiro Takita, 2008) i który jest stałym współpracownikiem uwielbianego przeze mnie Hayao Miyazakiego (studio Ghibli). Połączenie muzyki Hisashiego z obrazami Kitano jest czymś naprawdę dobrym.

W filmach Takeshiego Kitano krwi jest dużo. Albo się to polubi, przetrawi, przymknie oko, albo nici z przyjemności oglądania, bo obrazy będą drażnić. Ale jest też druga warstwa jego filmów, która zmusza do myślenia, która pokazuje uparcie, że i w świecie pełnym przemocy miejsce na liryzm, na miłość, przyjaźń czy poczucie braterstwa się znajdzie. Warto do tej warstwy dotrzeć.