“Kobieta z wydm”
autor: Kobo Abe
przeł.: Mikołaj Melanowicz
wyd.: Znak 2007
język oryg.: japoński
Nie zrozumiałem… Lecz koniec końców, życie niełatwo zrozumieć. Jest tamto życie i to życie, a to po tamtej stronie wygląda nieco lepiej… Najtrudniejsze do zniesienia jest to, że nie wiadomo, co nas jeszcze czeka. Oczywiście, nigdy tego nie będziemy wiedzieli, niezależnie od tego, jakie jest nasze obecne życie. A jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że lepsze życie to życie, które – jakie by nie było – pozwala człowiekowi zapomnieć o wszystkim…
…
Z pierwszych zdań książki dowiadujemy się, że zaginął mężczyzna. Z kilku następnych, że minęło lat siedem, a on nie wrócił. W rezultacie, na podstawie art. 30 Kodeksu Cywilnego, został on uznany za osobę zaginioną. Mamy zatem początek historii, mamy jej koniec, toteż resztę możemy sobie śmiało odpuścić. Prawda? Prawda. Błąd! Bo w tej powieści ważne jest właśnie to “coś” pomiędzy. Ważne jest zmaganie bohatera z pustynią. Ważna jest jego przeogromna determinacja, by uciec z pułapki, w którą zwiodła go jego własna fascynacja piaskiem. Ważna jest jego relacja z tajemniczą kobietą, której autor nie nadał nawet imienia. Ważna jest ostatecznie przemiana bohatera z człowieka uwięzionego w człowieka wyzwolonego. Bo gdy się trzyma mocno w dłoni “bilet powrotny”, to rzeczy przestają być już takimi strasznymi. Gdy znika przymus, pojawia się wolna wola. I nawet miejsce, które określaliśmy mianem pułapki, pułapką być przestaje. Poza tym:
To bezsens śledzić tylko powierzchnię wydarzeń, choćby nie wiem jak niezwykłe były to doświadczenia.
Gdyż monotonne przesypywanie piasku nie różni się zanadto od naszych rutynowych zajęć. Od naszych dni, w których w nieskończoność powtarzamy te same czynności, nie zastanawiając się nad tym, czy mają one głębszy sens.