Takeshi Kitano jest jednym z tych ludzi, o których mówi się człowiek orkiestra – bywa scenarzystą, reżyserem, aktorem (a niekiedy nawet wszystkim na raz), w krótkich zaś momentach oderwania od filmu maluje, rysuje komiksy, pisze. Niesamowita osobowość. Tekst poniższy powstaje pod wpływem obejrzanego przeze mnie ostatnio „Hana-bi”, którego Takeshi Kitano był reżyserem. Tak, reżyserem. Co innego dla filmu tegoż zrobił (a zrobił wiele), w tej chwili mnie nie interesuje. Obejrzałam film, film pozostawił uczucia mieszane, zastanowiło mnie zatem, czy wszystkie filmy Kitano takie są, tak samo oddziałują, i szybko odszukałam w pamięci te niedawno widziane. W sumie jest ich zaledwie sztuk trzy. Na półce czeka „Brat” („Brother”, 2000).
Trudno mi teraz określić, który obraz widziałam jako pierwszy.
Przypuszczam, że był to „Zatôichi” (2003), ale ręki sobie uciąć nie dam. „Zatôichi” emitowany był przez TVP, o porze takiej, że szkoda słów, ale do czasu emisji dotrwałam, film obejrzałam i byłam zachwycona. Warto było. Białowłosy mistrz miecza (tutaj pierwsze skojarzenie, z rodzimym wiedźminem, które tylko zwiększyło uczucie sympatii do bohatera), z pozoru starszy, bezbronny i ślepy masażysta wędrujący przez Japonię XIX wielu. Drugie skojarzenie to szybkie porównanie z „Siedmioma samurajami” („Shichinin no Samurai”, 1954) Akiry Kurosawy, przy czym w przypadku dzieła Kitano liczba samurajów walczących dla biednej wioski okrojona zostaje do sztuki jednej. Miecz Zatôichiego ukryty w lasce siecze równo, krew się leje strumieniami, deszcz wszystko lirycznie okrasza i jest pięknie. Wiem, upraszczam, ale faktem jest, że szalenie spodobało mi się połączenie XIX-wiecznej historii ze współczesną popkulturą. Obejrzałabym chętnie raz jeszcze.
Trup ściele się równo także w „Hana-bi” (1997), z tą drobną różnicą, że zamiast efektownie tnących samurajskich mieczy mamy pistolety yakuzy. Pistolety, jak dla mnie, czaru w sobie nie mają, więc i nadmiar czerwonych plam w obrazie wydał mi się męczący. Jakby jednak nie spojrzeć, piękna i urzekająca jest historia trzech dobrych w swym fachu policjantów, z których jeden (Horibe) zostaje nagle kaleką na całe życie, na drugiego (Nishi) spada ciężar w postaci śmierci córki i pogłębiającej się choroby żony, a trzeci (Tanaka) traci życie, pozostawiając po sobie rodzinę. Historia o tym, że nigdy nie wiemy, jak bardzo i w jak krótkim czasie może odmienić się nasze życie, o tym, jak ważna dla dalszego działania jest inspiracja, o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla drugiego człowieka.
Trzeci widziany przez mnie film Kitano jest zupełnie inny (no, może z jednym wyjątkiem). Jest bardziej poetycki, więcej w nim wrażliwości i na pewno mniej rozlanej krwi. Mowa tu o filmie „Lalki” („Dolls”, 2002), podzielonym w swej konstrukcji na trzy różne, lecz mimo wszystko splecione ze sobą historie. Pierwsza opowiada o dwójce młodych ludzi, Matsumoto i Sawako, o dokonanym pod wpływem rodziców złym wyborze, o wynikającej z tego tragedii, o obłędzie spowodowanym miłością i ostatecznie o wędrówce, niczym w lunatycznym śnie, przez cztery pory roku, których nasycenie barw razi oczy i rozpływa się w sercu. Opowieść druga jest bardziej charakterystyczna dla Kitano, bowiem rozgrywa się w świecie yakuzy. Hiro, szef mafii, wraca do parku, w którym przed trzydziestu laty dzień w dzień pewna kobieta częstowała go specjalnie dla niego przygotowanym obiadem. Wówczas Hiro zostawił ją, by zarobić pieniądze, by stać się kimś. Nigdy więcej, aż do teraz, nie pojawił się w tym parku. On. Kobieta natomiast przychodziła tu codziennie, siadała na tej samej ławce, w dłoniach trzymając przygotowany dla niego posiłek. Mimo jednak ponownego spotkania, mimo drugiej szansy, mimo żyjącego nadal uczucia nie dane im będzie być razem; te trzydzieści lat między pierwszą a drugą szansą upomina się o Hiro. Opowieść trzecia to historia Haruny Yamaguchi, młodej gwiazdy pop, która po wypadku zamyka się w sobie, i jej najbardziej oddanego fana. Biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze historie i ich przebieg, nie ma sensu się łudzić, by ta skończyła się szczęśliwie. Ale właśnie to u Kitano jest ciekawe, myśl, że szczęście to nie całość życia, ale jego fragmenty.
Kolejna rzecz, która w filmach Kitano mnie urzekła, to muzyka. Zarówno do „Hana-bi”, jak i do „Lalek” ścieżkę dźwiękową skomponował Joe Hisaishi, ten sam, którego talent mogłam niedawno podziwiać w filmie „Pożegnania” („Okuribito”, reż. Yojiro Takita, 2008) i który jest stałym współpracownikiem uwielbianego przeze mnie Hayao Miyazakiego (studio Ghibli). Połączenie muzyki Hisashiego z obrazami Kitano jest czymś naprawdę dobrym.
W filmach Takeshiego Kitano krwi jest dużo. Albo się to polubi, przetrawi, przymknie oko, albo nici z przyjemności oglądania, bo obrazy będą drażnić. Ale jest też druga warstwa jego filmów, która zmusza do myślenia, która pokazuje uparcie, że i w świecie pełnym przemocy miejsce na liryzm, na miłość, przyjaźń czy poczucie braterstwa się znajdzie. Warto do tej warstwy dotrzeć.