Archiwum

Posts Tagged ‘Japonia’

Iriomote – wyspa dzikich kotów

grudzień 11, 2009 2 komentarzy

autor: Krzysztof Schmidt, Nozomi Nakanishi
wyd.: Zysk i S-ka 2008

“Jest wiele miejsc na świecie, których nazwy nikomu nic nie mówią. Przypuszczalnie duża część z nich wcale nie zasługuje na to, aby ktokolwiek coś o nich wiedział. Ale istnieje przecież ta druga część, która z jakichś banalnych powodów nadal zalicza się do tej kategorii, choć nie powinna. Do niej należą te obszary, które są warte poznania, ale zabrakło kogoś, kto mógłby i zechciał o nich wszystkim opowiedzieć.” [str. 9]

Krzysztof Schmidt zechciał. Zechciał opowiedzieć o maleńkiej wyspie w archipelagu Riukiu i o swoich prowadzonych tam badaniach nad yamaneko, jedynymi dzikimi kotami żyjącymi w oderwaniu od stałego lądu, których populacja stanowi już tylko około stu osobników. Opowieść swą prowadzi lekko, przystępnie, uwodząc czytelnika wspaniałościami przedziwnej wyspy, na której czas nieznacznie się zatrzymał. Prawdziwa gratka dla miłośników reportażu, badaczy i fascynatów kotów oraz dla tych, którzy chcieliby poznać ten fragment Japonii, w którym cywilizacja nie zdążyła się jeszcze na dobre zagnieździć.

Obszerniejsza recenzja ukazała się w czwartym numerze magazynu Torii – Japonia znana i nieznana. Zainteresowanych artykułem lub Japonią w ogóle uprzejmie tam odsyłam.

“Cztery tygodnie w Japonii”

wrzesień 10, 2009 1 comment

autor: Ela i Andrzej Banach
cztery_tygodniewyd.: Wydawnictwo Literackie 1973

Publikacja uzupełniona została zdjęciami, w większości czarno-białymi, w liczbie sztuk 258. I to jest jej największy atut właśnie, te fotografie. Różnej są jakości, jednak przyciągają ogromnie wzrok, kuszą swą różnorodnością, zachwycają. Mogłabym je oglądać godzinami (co też bez wahania czyniłam). Inaczej sprawa ma się z treścią reportaży – nie oczarowały mnie, nie wciągnęły, nie pozostawiły po sobie zbyt wiele i raczej do nich nie wrócę.

Może to ze względu na osoby autorów? Podczas czytania wydało mi się, że są realistami, że twardo stąpają po ziemi. Widać to było w ich sposobie opowiadania,  w narracji, w nierzadko suchym, pozbawionym większych emocji opisie, niemal podręcznikowym. Mnóstwo faktów, ale często bez wnikania w ich naturę, głębię, symbolikę – zupełnie, jakby autorzy tylko rejestrowali zdarzenia, nie mając wewnętrznej potrzeby ich zrozumienia, wyjaśnienia. Czasami też, dla odmiany, autorzy wyjaśniali japońskie zjawiska poprzez przełożenie ich na kulturę europejską, a to chyba nie tędy droga. Niewnikanie w głębię widać podczas zwiedzania kompleksów świątynnych,  podczas ceremonii parzenia herbaty – coś w guście: jesteśmy tu, widzimy to i tamto, pani wykonuje taki a taki gest. Niby ciekawie, niby bogato, zwłaszcza gdy autorzy odnoszą się do danych historycznych, ale wciąż czegoś mało, zbyt mało odczuć własnych może, nie wiem, pozostaje niedosyt. Jedne tematy omówione dokładnie, szeroko (jak kwestia Hiroshimy czy znaczenie osoby cesarza), inne natomiast potraktowane po macoszemu (jak już wspomniana ceremonia herbaciana, zawody sumo czy opis japońskiej ulicy, który skupia się niemalże na samej architekturze). Planując podróż do Japonii, autorzy wymyślili sobie kilka kwestii, które zapragnęli zbadać, porównać z Zachodem, z Polską, i zgodnie z tym planem zapełniają kolejne dni pobytu na wyspach. Ja myślę abstrakcjami, odbieram świat poprzez emocje, zatem suche, trzeźwe relacje państwa Banach nie zawsze do mnie trafiają, a momentami zupełnie nużą. Szkoda, bo dobór materiału zapowiadał się interesująco.

“Spacer wśród kwitnących wiśni”

sierpień 24, 2009 2 komentarzy

autor: Wojciech Dworczyk
wyd.: Czytelnik 1966

spacer_wsrod_kwitnacych_wisniMimo zmęczenia zadowolony jestem z wyboru trasy podróży. Utarte szlaki, proponowane najczęściej przez biura turystyczne, ukazują zwiedzany kraj przez pryzmat okrzyczanych i dziesiątki razy opisanych uroków. Spłaciłem już kiedyś haracz naiwności turystycznej, dlatego unikam teraz większych miast z ich hotelami, miejscami rozrywek, z ich – co tu dużo gadać – banalnością. Przychodzi mi to tym łatwiej, że nie stać mnie na podróże luksusowe. Mam do dyspozycji środki materialne nader skromne; prócz nich mogę liczyć tylko na pielęgnowane przez długie lata korespondencyjne przyjaźnie.

Jakkolwiek naukowcy będą się spierać, humaniści wiedzą to od dawna – podróże w czasie są możliwe. Wystarczy dobra książka podróżnicza i odrobina wyobraźni. Dzięki zapiskom Wojciecha Dworczyka miałam możliwość odbyć podróż do Japonii sprzed czterdziestu lat, w której wszechobecna nowoczesna technika nie była jeszcze na porządku dziennym przeciętnego obywatela, i była to podróż rzeczywiście ciekawa i odprężająca.

Głównym plusem reportaży Dworczyka jest fakt, że autor nie pretenduje do miana osoby wszystkowiedzącej i nieomylnej, z żadnego też tematu nie robi długiego wykładu. Jego zapiski to zbiór luźnych przemyśleń odnośnie kraju, po którym podróżuje, kilka zasłyszanych ciekawostek, garść obserwacji i dużo pozytywnego nastroju, niezależnie od okoliczności, w których autor się znajdzie. Nie odbiera Japończyków jako odmieńców, a ich kultury jako dziwnej, egzotycznej. On zaledwie odnotowuje konkretne przypadki – wspomina o miejscach, które odwiedza i o ludziach, których zna z wcześniejszej korespondencji lub których poznaje dzięki życzliwemu łańcuszkowi powiązań (dla przykładu, w Nishinomiya odwiedza braci franciszkanów, tam poznaje ojca Janusza, ten zapoznaje go z profesorem Umedą, profesor bierze go do siebie, by później napisać mu listy referencyjne do swoich znajomych i tym samym nić międzyludzkich powiązań niesie autora w kolejne zakątki wysp). To czyni tę podróż przyjemną, zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Nigdy nie wiadomo, gdzie los zaniesie autora dalej, bo brak tu jakiegokolwiek z góry ustalonego planu wędrówki. Cel jest jeden – zobaczyć i dowiedzieć się jak najwięcej.

Książka składa się z szesnastu felietonów/reportaży, z czego każdy stara się traktować o innym aspekcie japońskiej kultury, obyczajowości czy krajobrazu.  Zdaje się, że nie są one ułożone chronologicznie, trudno też jednoznacznie stwierdzić, czy są to notatki z pierwszej, czy też z obu podróży autora do Japonii. W niczym to jednak nie przeszkadza, a nawet czyta się na swój sposób przyjemniej, bo autor nie stawia w centrum opowieści siebie, tylko interesujące zarówno jego, jak i czytelnika wyspy. Odwiedzamy zatem tradycyjny dom młodych maiko, uczestniczymy w kursie ikebany i bierzemy udział w ceremonii parzenia herbaty, docieramy do  gorących źródeł w uzdrowisku Unzen, do malowniczo położonego Beppu pełnego gejzerów, wędrujemy śladami bogów przez miasta Ise, Nara i Kyoto, widzimy poławiaczki pereł podczas ich pracy, rozmawiamy ze studentami na temat nauki w ich kraju, docieramy też, a jakże, na szczyt Fuji. A to przecież tylko niektóre z odbytych wraz z autorem podróży.

Czy warto cofać się w przeszłość, gdy na rynku dostępnych jest tyle pozycji traktujących o Japonii współczesnej? Oczywiście. Bo żaden kraj i żadne społeczeństwo nie istnieje jedynie tu i teraz. Są wynikiem niezliczonych przeobrażeń, płyną, nigdy nie zatrzymując się w miejscu. Warto wiedzieć, co było wczoraj, by lepiej zrozumieć dzień dzisiejszy. A książka Wojciecha Dworczyka rzeczywiście jest jak spacer, spacer pod rękę z dobrym znajomym przez Kraj Kwitnącej Wiśni lat ‘60-tych.

opowieści reżysera Kitano

sierpień 18, 2009 4 komentarzy

Takeshi Kitano jest jednym z tych ludzi, o których mówi się człowiek orkiestra – bywa scenarzystą, reżyserem, aktorem (a niekiedy nawet wszystkim na raz), w krótkich zaś momentach oderwania od filmu maluje, rysuje komiksy, pisze. Niesamowita osobowość. Tekst poniższy powstaje pod wpływem obejrzanego przeze mnie ostatnio „Hana-bi”, którego Takeshi Kitano był reżyserem. Tak, reżyserem. Co innego dla filmu tegoż zrobił (a zrobił wiele), w tej chwili mnie nie interesuje. Obejrzałam film, film pozostawił uczucia mieszane, zastanowiło mnie zatem, czy wszystkie filmy Kitano takie są, tak samo oddziałują, i szybko odszukałam w pamięci te niedawno widziane. W sumie jest ich zaledwie sztuk trzy. Na półce czeka „Brat” („Brother”, 2000).

Trudno mi teraz określić, który obraz widziałam jako pierwszy. zatoichi_kitanoPrzypuszczam, że był to „Zatôichi” (2003), ale ręki sobie uciąć nie dam. „Zatôichi” emitowany był przez TVP, o porze takiej, że szkoda słów, ale do czasu emisji dotrwałam, film obejrzałam i byłam zachwycona. Warto było. Białowłosy mistrz miecza (tutaj pierwsze skojarzenie, z rodzimym wiedźminem, które tylko zwiększyło uczucie sympatii do bohatera), z pozoru starszy, bezbronny i ślepy masażysta wędrujący przez Japonię XIX wielu. Drugie skojarzenie to szybkie porównanie z „Siedmioma samurajami” („Shichinin no Samurai”, 1954) Akiry Kurosawy, przy czym w przypadku dzieła Kitano liczba samurajów walczących dla biednej wioski okrojona zostaje do sztuki jednej. Miecz Zatôichiego ukryty w lasce siecze równo, krew się leje strumieniami, deszcz wszystko lirycznie okrasza i jest pięknie. Wiem, upraszczam, ale faktem jest, że szalenie spodobało mi się połączenie XIX-wiecznej historii ze współczesną popkulturą. Obejrzałabym chętnie raz jeszcze.

hanabi_kitanoTrup ściele się równo także w „Hana-bi” (1997), z tą drobną różnicą, że zamiast efektownie tnących samurajskich mieczy mamy pistolety yakuzy. Pistolety, jak dla mnie, czaru w sobie nie mają, więc i nadmiar czerwonych plam w obrazie wydał mi się męczący. Jakby jednak nie spojrzeć, piękna i urzekająca jest historia trzech dobrych w swym fachu policjantów, z których jeden (Horibe) zostaje nagle kaleką na całe życie, na drugiego (Nishi) spada ciężar w postaci śmierci córki i pogłębiającej się choroby żony, a trzeci (Tanaka) traci życie, pozostawiając po sobie rodzinę. Historia o tym, że nigdy nie wiemy, jak bardzo i w jak krótkim czasie może odmienić się nasze życie, o tym, jak ważna dla dalszego działania jest inspiracja, o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla drugiego człowieka.

lalki_kitanoTrzeci widziany przez mnie film Kitano jest zupełnie inny (no, może z jednym wyjątkiem). Jest bardziej poetycki, więcej w nim wrażliwości i na pewno mniej rozlanej krwi. Mowa tu o filmie „Lalki” („Dolls”, 2002), podzielonym w swej konstrukcji na trzy różne, lecz mimo wszystko splecione ze sobą historie. Pierwsza opowiada o dwójce młodych ludzi, Matsumoto i Sawako, o dokonanym pod wpływem rodziców złym wyborze, o wynikającej z tego tragedii, o obłędzie spowodowanym miłością i ostatecznie o wędrówce, niczym w lunatycznym śnie, przez cztery pory roku, których nasycenie barw razi oczy i rozpływa się w sercu. Opowieść druga jest bardziej charakterystyczna dla Kitano, bowiem rozgrywa się w świecie yakuzy. Hiro, szef mafii, wraca do parku, w którym przed trzydziestu laty dzień w dzień pewna kobieta częstowała go specjalnie dla niego przygotowanym obiadem. Wówczas Hiro zostawił ją, by zarobić pieniądze, by stać się kimś. Nigdy więcej, aż do teraz, nie pojawił się w tym parku. On. Kobieta natomiast przychodziła tu codziennie, siadała na tej samej ławce, w dłoniach trzymając przygotowany dla niego posiłek. Mimo jednak ponownego spotkania, mimo drugiej szansy, mimo żyjącego nadal uczucia nie dane im będzie być razem; te trzydzieści lat między pierwszą a drugą szansą upomina się o Hiro. Opowieść trzecia to historia Haruny Yamaguchi, młodej gwiazdy pop, która po wypadku zamyka się w sobie, i jej najbardziej oddanego fana. Biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze historie i ich przebieg, nie ma sensu się łudzić, by ta skończyła się szczęśliwie. Ale właśnie to u Kitano jest ciekawe, myśl, że szczęście to nie całość życia, ale jego fragmenty.

Kolejna rzecz, która w filmach Kitano mnie urzekła, to muzyka. Zarówno do „Hana-bi”, jak i do „Lalek” ścieżkę dźwiękową skomponował Joe Hisaishi, ten sam, którego talent mogłam niedawno podziwiać w filmie „Pożegnania” („Okuribito”, reż. Yojiro Takita, 2008) i który jest stałym współpracownikiem uwielbianego przeze mnie Hayao Miyazakiego (studio Ghibli). Połączenie muzyki Hisashiego z obrazami Kitano jest czymś naprawdę dobrym.

W filmach Takeshiego Kitano krwi jest dużo. Albo się to polubi, przetrawi, przymknie oko, albo nici z przyjemności oglądania, bo obrazy będą drażnić. Ale jest też druga warstwa jego filmów, która zmusza do myślenia, która pokazuje uparcie, że i w świecie pełnym przemocy miejsce na liryzm, na miłość, przyjaźń czy poczucie braterstwa się znajdzie. Warto do tej warstwy dotrzeć.

Miyajima

sierpień 9, 2009 2 komentarzy
torii_Miyajima

© M. Dębiński

“Mijadzima jest wyspą świętą, podobnie jak Fudzi-san jest świętą górą. Nie wolno przywozić tu psów, używać pojazdów mechanicznych, uprawiać jakiejkolwiek działalności gospodarczej. W czasach feudalnych nie wolno było na Mijadzimie rodzić się ani umierać. (…) Miniaturowa zielona wysepka, zwana Wyspą Świątyń, przypomina z daleka mieniący się barwny klejnot. Przybysza wita ogromna, wysunięta w morze torii – brama z czerwono lakierowanego kamforowego drzewa. (…) Mijadzima jest siedzibą najwspanialszej świątyni sintoistycznej Itsukusima, poświęconej boginiom: Icikisima, Tagori i Tagitsu. Objawiwszy się niegdyś pobożnemu człowiekowi za pośrednictwem świętej wrony niosącej w dziobie kwiat wiśni, ogłosiły one swą wolę osiedlenia się tutaj. Od blisko dziewięciuset lat urzędują na tej wyspie w obszernej, stale rekonstruowanej i odnawianej świątyni na brzegu morza.”

za: Wojciech Dworczyk, Spacer wśród kwitnących wiśni, Czytelnik 1966, str. 40-41

dwa filmy o Japonii współczesnej

lipiec 8, 2009 9 komentarzy

Zauważyłam jedno – obejrzanych japońskich filmów przybywa, a recenzje wcale się tu nie pojawiają. I doszłam do wniosku, że czas nadrobić zaległości, skorygować choć trochę to zaniedbanie z mojej strony. Na początek dwa filmy, które zasadniczo nie mają ze sobą nic wspólnego. Ot, oba powstały w roku 2008, a ich akcja osadzona została w teraźniejszości.

***

Pożegnania / Okuribito (2008, reż. Yojiro Takita)

Layout 1Zdobywca tegorocznego Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Długo kombinowałam, jak go zobaczyć i ostatecznie udało mi się na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Tofifest w Toruniu, czyli niecałe półtora tygodnia temu. Warto było pojawić się na festiwalu, choćby li tylko dla tego filmu.

Główny bohater, Kobayashi Daigo, młody i utalentowany wiolonczelista, traci pracę, gdyż orkiestra, w której grał, zostaje rozwiązana. Brak pieniędzy zmusza go do zwrócenia niedawno zakupionej wiolonczeli (bez pracy nie jest w stanie jej spłacić) i wraz z żoną wraca do swego rodzinnego miasteczka, Sakaty, gdzie matka zostawiła mu dom. W gazecie znajduje ogłoszenie, z którego wnioskuje, iż chodzi o pracę w agencji turystycznej. Na miejscu zostaje mu wyjaśnione, iż w gazecie jest literówka i w rzeczywistości chodzi o pracę w domu pogrzebowym na stanowisku osoby, która przygotowuje zmarłego do złożenia w trumnie. Kobayashi nie pała entuzjazmem wobec takiej posady, jednakże potrzebują wraz z żoną pieniędzy, więc pracę przyjmuje. Nie jest to praca poważana, starzy przyjaciele zaczynają się od niego odsuwać, nawet żona, która z czasem dowiaduje się, co naprawdę robi jej mąż, odwraca się od niego. Kobayashi odnajduje się jednak w takiej pracy, odkrywa jej sens, a także sens życia i śmierci, wartość ostatnich wspomnień o odchodzącym człowieku. Dociera wreszcie wgłąb siebie, gdzie skrył wspomnienia o ojcu, ucząc się powoli trudnej sztuki zrozumienia i przebaczenia.

***

One Milion Yen Girl / Hyakuman-en to nigamushi onna (2008, reż. Yuki Tanada)

One_Million_Yen_and_the_Nigamushi_WomanTym filmem zainteresowała mnie chihiro, a dzięki Pewnemu Znajomemu miałam możliwość go obejrzeć. Wrażenia po obejrzeniu pozostały różne. Zauroczyła mnie ścieżka dźwiękowa, chętnie słuchałabym jej godzinami. Sam film nie pretenduje do miana ambitnych, trochę ma z filmu drogi, trochę elementów przeciętnego love story, jednakże ma w sobie coś, co przyciąga niesamowicie. Jakiś urok, jakaś słodycz, lekkość,  sama nie wiem.

21-letnia Suzuko postanawia wynająć mieszkanie na spółkę z koleżanką i, co okazuje się nieco po czasie, również z jej chłopakiem. Znajdują odpowiednie, dwupokojowe mieszkanie, jednak w chwili przeprowadzki okazuje się, iż koleżanka rezygnuje, bo zerwała z chłopakiem, chłopak natomiast swoje manatki już zdążył wnieść. Suzuko toleruje swego współlokatora do czasu, gdy ten, pod jej nieobecność, wyrzuca na ulicę karton z przygarniętym przez Suzuko kociątkiem. Dziewczyna wybiega na ulicę i wprawdzie znajduje kotka, ale ten jest już martwy. Wściekła wyrzuca wszytkie rzeczy swego współlokatora, a ten zgłasza ów incydent na policji, dodając, iż  na dodatek zabrała mu schowane w walizce pieniądze. Suzuko stawia się na policji, a tam dowiaduje się, że gdyby chociaż raz spała ze swym współlokatorem, uznano by całą sytuację za kłótnię kochanków, a tak jest to kradzież, przez co Suzuko trafia do aresztu. Po dwóch tygodniach dziewczyna wraca do domu, a tam atmosfera jest raczej gęsta i niezbyt miła. Młodszy brat Suzuko wstydzi się wytykanej przez sąsiadów siostry, rodzice temat więzienia starają się omijać, więc z czasem Suzuko postanawia odejść. W momencie, gdy zarobi milion yenów. Od tego momentu zmienia miejsce zamieszkania za każdym razem, gdy zarobi kolejny milion. Nie zważając na przywiązanie do miejsca, do ludzi, nie zważając na miłość. W pewnej chwili po prostu znika i jej podróż ciągnie się dalej. Po drodze jednak dojrzewa, znajduje w sobie odwagę. Podobnie jak jej brat, z którym cały czas utrzymuje listowny kontakt.

Hanami – kwiat wiśni (2008)

marzec 29, 2009 3 komentarzy

tytuł oryginału: Kirschblüten – Hanami
reż.: Doris Dorrie

Butoh to taniec cieni. Ja nie tańczę. Cienie tańczą. Patrz. Twój cień tańczy. Nie wiem, kim jest cień. Halo! Kim jesteś? Nie odpowiada. Każdy może tańczyć butoh. (…) Każdy ma cień. Starzy i młodzi. Kobiety i mężczyźni. Wszyscy żywi. I wszyscy zmarli. W tym samym czasie.

hanami2

Czasami kochamy, ale tego nie okazujemy. Myślimy, że mamy czas. Dużo czasu. Że jeszcze ze wszystkim zdążymy. Odwiedzimy bliskich, zrealizujemy marzenia, uśmiechniemy się, powiemy Temu Komuś, jak bardzo nam na nim zależy i jak bardzo się cieszymy, że jest obok. Czasami też kochamy zaborczo, na wyłączność, i zamiast spróbować zrozumieć drugą osobę, zamykamy ją w klatce.

Dwoje starszych ludzi, nie potrafiących wyobrazić sobie życia bez siebie. Ona, Trudi, kochająca taniec butoh, pragnąca zobaczyć górę Fudżi, wychowująca jednak trójkę dzieci i żyjąca cicho u boku swego męża. On, Rudi, nie lubiący zmian, podróży, ceniący rutynę codziennych czynności. Oprócz nich dwojga bohater trzeci, czas, którego nie da się cofnąć, względem którego nie da się przewidzieć, co przyniesie i czym zaskoczy.

Ujęła mnie podróż z Niemiec do Japonii w celu odnalezienia drugiego człowieka. Człowieka, z którym spędziło się całe życie, nigdy go do końca nie rozumiejąc, nie rozumiejąc języka, jakim mówił i zamykając go pewnego dnia w małym albumie ze zdjęciami. Podobały mi się kwiaty wiśni jako symbol nietrwałości i przemijalności. I młodziutka Aya Irizuki w roli Yu,  niespełna osiemnastoletniej tancerki butoh.

“Z pokorą i uniżeniem”

grudzień 12, 2008 3 komentarzy

z_pokoraautor: Amélie Nothomb
przeł.: Barbara Grzegorzewska
wyd.: MUZA S.A. 2000
język oryg.: francuski

Stara japońska etykieta precyzuje, że do Cesarza należy zwracać się ‘z pokorą i uniżeniem’. Zawsze mnie zachwycała ta formuła, która tak dobrze pasuje do gry aktorów w filmach o samurajach, gdy ci zwracają się do swojego szefa z nadludzkim szacunkiem.”

Amélie, alter-ego autorki, trafia na rok do japońskiego przedsiębiorstwa, które w swych wspomnieniach określa mianem Yumimoto. Zatrudniona, z europejskiego punktu widzenia, jako tłumacz, wykonuje początkowo zadania herbaciarki, ustawia daty w kalendarzach, roznosi korespondencję, później pełni funkcję kogoś na kształt księgowej – segreguje rachunki, porównuje kwoty z delegacji z kursem jena w danym czasie -, by ostatecznie wylądować na stanowisku sprzątaczki w toalecie. Powód degradacji? Przyszła do firmy w nieodpowiednim momencie, trafiła do niewłaściwego jej predyspozycjom działu i przypadła jej zawistna przełożona. Tak widzi to czytelnik, któremu obce i niezrozumiałe są zachowania Japończyków. Bo w gruncie rzeczy nie było ani szczególnego powodu do degradacji, ani samej nawet degradacji. Amélie przez rok pracy przyuczana była do posłuszeństwa, a że jej zachodnia mentalność nie przystawała do wschodniej, popełniała gafy przy każdym powierzanym jej zadaniu. Tak samo traktowani są wszyscy nowi pracownicy, niezależnie od swych kwalifikacji. Bezpośrednia przełożona Amélie, panna Mori, jasno jej to wytłumaczyła. Ona sama na swe stanowisko pracowała latami, wykonując najróżniejsze, powierzane jej zadania, choćby były najmniej istotne, niewymagające żadnych kwalifikacji. Pracą i cierpliwym znoszeniem wszystkich przykrości, wybiła się. Pracując w japońskiej firmie, nie przychodzi się na gotowe stanowisko, trzeba do niego dojść. Amélie tego nie rozumiała, chciała od razu wykazać się umiejętnościami, pokazać, na co ją stać. Dlatego przełożona sprowadziła ją na ziemię, wysyłając ją ostatecznie do pracy w toalecie.

Jak zauważył to ogół śmiertelników, ubikacja jest miejscem sprzyjającym medytacji. Dla mnie, która stałam się jej westalką, była też okazją do refleksji. Zrozumiałam tam jedną ważną rzecz: że w Japonii życie to przedsiębiorstwo.

Lektura lekka, przyjemna i ogromnie rozbrajająca, zwłaszacza dla pasjonatów japońskiej kultury. Idealnie oddaje realia pracy w tamtejszej firmie, sposób myślenia, postępowania. Zderza ze sobą dwie różne mentalności, wywołując sytuacje dość komiczne, pozwalające wyłapać i zrozumieć jednak różnice między nimi.

“Ani z widzenia, ani ze słyszenia”

październik 22, 2008 9 komentarzy

autor: Amélie Nothomb
przeł.: Joanna Polachowska
wyd.: MUZA S.A. 2008
język oryg.: francuski

“Nie mogłam się powstrzymać, żeby do niego nie podejść.
- Wybaczy pan, ale nie bardzo rozumiem pańskie malarstwo. Czy mógłby mi pan je objaśnić?
- Nie ma w nim nic do rozumienia, nic do objaśniania – odparł z niesmakiem. – Trzeba je odczuwać.
- No właśnie, nic nie odczuwam.
- To już pani problem.”

Właśnie tak jest z powieścią pani Nothomb. Albo się ją czuje, albo nie. Trudno tu cokolwiek wyjaśniać, cokolwiek tłumaczyć. Niby można podzielić jej treść na dwie warstwy, z których jedną będzie dwuletni związek bohaterki-autorki z pobierającym u niej lekcje francuskiego Rinrim, drugą natomiast obserwacje codziennych nawyków japońskiej społeczności, wyłapywanie niuansów niezrozumiałych dla świata zachodu, jednak niełatwo sklasyfikować powieść jako całość. Ani to romans, ani książka podróżnicza. Nie wnosi żadnych rewelacji w świat literatury, nie podnosi adrenaliny we krwi, nie wywołuje ogromnych wzruszeń. Jest niczym pamiętnik pisany z przymrużeniem oka, z wyłączeniem nadmiaru emocji, które wprowadzają niepotrzebny zamęt. Rodzaj zapisu, relacji. A jednocześnie ma w sobie coś, co przyciąga. Wystarczy poczuć. Jeśli się tego ‘czegoś’ nie poczuje na starcie, można sobie swobodnie i bez skrupułów resztę książki darować.

Przeczytałam tę mini-powieść jakieś dwa tygodnie temu. Później do niej wracałam, rozmyślałam nad tym i tamtym, nadal nie wiedząc, jak o niej opowiedzieć. Bo tak czasami jest, że na to, co się czuje, nie zawsze można znaleźć słowa. Wreszcie je znalazłam. Chyba. Myślałam między innymi nad tytułem. Nie znam francuskiego, więc nie rozumiem go w oryginale i nie mogę porównać trafności tłumaczenia. Ale wiem, że dobre tłumaczenie to nie takie, które jest wierne, ale takie, które oddaje sens całości. Dla mnie tytuł polski sens ma. Bo jeśli nie z widzenia i nie ze słyszenia, to zostaje doświadczenie własne, a w wypadku tej powieści jest to sposób opisania Japonii. Japonia u Nothomb nie jest ani relacją z tego, co bohaterka zobaczyła, jakie zabytki były tu, a jacy ludzie byli tam, ani nie przedstawia stereotypowego obrazu tego kraju. Japonia opisana przez bohaterkę jest jak najbardziej doświadczona, przeżyta, odczuta. I to jest właśnie ciekawe.

Ubawił mnie fragment o zdobywaniu przez Amélie i Rinriego góry Fudżi, mający potwierdzić, iż są godni określać się mianem Japończyka [przy czym Amélie zdawała się być bardziej tym zaaferowana, niż sam Rinri], śmiałam się w głos przy relacji z pobytu obojga na wyspie Sado i równie mocno i szczerze podczas opisu kolacji, na którą Rinri zaprosił swych jedenaścioro przyjaciół, czyniąc z Amélie wodzireja konwersacji [co było zaledwie jej odczuciem, reszta traktowała to zupełnie naturalnie].

Poza tym znalazłam w tejże powieści kilka fragmentów, których treść bardzo mnie urzekła swą trafnością, aczkolwiek bezpośrednio nic z Japonią wspólnego nie miała. I choćby dla tych fragmentów do powieści wracam [wszystko zależy od nastroju]. A któregoś dnia pewnie przeczytam ponownie całość.

“Nie ma takiej udręki, która by przeszkodziła człowiekowi rozprzestrzeniać się we wszechświecie. Czyż świat byłby tak wielki bez powodu? Język mówi prawdę: umknąć znaczy uratować się. Jeśli umierasz, wyjedź. Jeśli cierpisz, rusz się. Inne prawo niż prawo ruchu nie istnieje.”