“Tony Takitani”
autor: Haruki Murakami
przeł.: Philip Gabriel, Jay Rubin
wyd.: Vintage 2007
jęz.: angielski
jęz. oryginału: japoński
z tomu: Blind Willow, Sleeping Woman
“Tony Takitani’s real name was really that: Tony Takitani“.
Przeczytałam owo pierwsze zdanie, po czym odłożyłam książkę na półkę. Nie dlatego, żeby mi się nie spodobało, wręcz przeciwnie. Utkwiło mi w głowie i odtwarzało się z pewną regularnością przez kilka dni. Opowiadanie w końcu przeczytałam. Nie było ono najlepszym, jakie w życiu czytałam. Nie było też wcale najgorszym. Przeciętnym również go nie nazwę, bo okazało się całkiem ciekawe.
Pozornie historia posuwa się, można by rzec, ruchem jednostajnym prostoliniowym. Żadnych zawiłości, żadnych niesamowitych zwrotów akcji, ba!, o samej akcji niewiele można powiedzieć, żeby nie stwierdzić, że nie ma jej wcale – cała historia opowiadana jest jakby między jednym a drugim łykiem herbaty. Ale dzięki temu można swobodnie się zatrzymać, bez obawy, że za czymś nie nadążymy, przyjrzeć się bohaterom, zależnościom między nimi a światem zewnętrznym, w którym przecież żyją.
“He never made any real friends, but this did not cause him pain. He found it natural to be by himself: it was a kind of premise for living“.
Samotność. Wyobcowanie. Ucieczka w małe obsesje. W tych kilku słowach streścić można całe opowiadanie, opisać każdego z trojga bohaterów. Tony, którego matka umiera w kilka dni po porodzie, a ojciec w ogóle zapomina, by odebrać go ze szpitala, rysuje z upodobaniem i niesamowitą dokładnością maszyny. Shozaburo, ojciec Tony’ego, wygrywa na puzonie w klubach jazzowych niezmiennie te same rytmy, gromadząc latami stosy płyt. Żona Tony’ego, której Murakami nie nadaje w opowiadaniu imienia, nałogowo kupuje ubrania, zapełniając nimi kolejne metry domu. Każde z nich żyje jakby w odrębnym świecie, nie umiejąc wytłumaczyć swego zachowania i nie potrafiąc w pełni otworzyć się na drugiego człowieka. Są jak satelity krążące wokół planety – niezmiennie ta sama prędkość, ta sama odległość, ten sam dystans.

