polscy fani M&A ‘96
Szastaliśmy -chan i -san na prawo i lewo, nie wiedząc, że tytułowanie samych siebie jest nietaktem. Chlubiliśmy się mianem otaku, nie zdając sobie sprawy, że określenie to wcale takie pozytywne nie jest. Oglądaliśmy kopię kopii skombinowanego niezupełnie legalnie anime, samemu tłumacząc dialogi i zachwycając się obrazem czy dźwiękiem. Planowaliśmy konwenty lub czytaliśmy o nich z wypiekami na twarzy, a każdą wydaną w Polsce mangę wielbiliśmy bałwochwalczo. Półki w księgarniach nie uginały się od książek o Japonii, nawet słowniki należały do rzadkości, a każdy gadżet odnośnie ukochanego kraju był na wagę złota. Wyszukiwaliśmy jednak, zbieraliśmy. Miłośnik mangi i anime rzadko ograniczał się tylko do powyższych, zazwyczaj zahaczał o kulturę, o historię, konteksty. Pod tym względem byliśmy bogatsi. Poznawaliśmy się drogą listową, wymienialiśmy informacje, wydawaliśmy zupełnie nieprofesjonalne fanziny, prezentowaliśmy szerokiemu gronu znajomych swoje własne prace. Owszem, poznawaliśmy się też na konwentach, organizowaliśmy spotkania nieformalne w strategicznych punktach miast, często jednak nie widzieliśmy się wcale, mimo długoletniej, bogatej korespondencji. Znaliśmy jednak swój charakter pisma.
W tym całym szaleństwie była magia, była pasja, było coś, co można było nazwać “MY”. Grupa, całość, zgodność. I to było piękne.