opowieści reżysera Kitano
Takeshi Kitano jest jednym z tych ludzi, o których mówi się człowiek orkiestra – bywa scenarzystą, reżyserem, aktorem (a niekiedy nawet wszystkim na raz), w krótkich zaś momentach oderwania od filmu maluje, rysuje komiksy, pisze. Niesamowita osobowość. Tekst poniższy powstaje pod wpływem obejrzanego przeze mnie ostatnio „Hana-bi”, którego Takeshi Kitano był reżyserem. Tak, reżyserem. Co innego dla filmu tegoż zrobił (a zrobił wiele), w tej chwili mnie nie interesuje. Obejrzałam film, film pozostawił uczucia mieszane, zastanowiło mnie zatem, czy wszystkie filmy Kitano takie są, tak samo oddziałują, i szybko odszukałam w pamięci te niedawno widziane. W sumie jest ich zaledwie sztuk trzy. Na półce czeka „Brat” („Brother”, 2000).
Trudno mi teraz określić, który obraz widziałam jako pierwszy.
Przypuszczam, że był to „Zatôichi” (2003), ale ręki sobie uciąć nie dam. „Zatôichi” emitowany był przez TVP, o porze takiej, że szkoda słów, ale do czasu emisji dotrwałam, film obejrzałam i byłam zachwycona. Warto było. Białowłosy mistrz miecza (tutaj pierwsze skojarzenie, z rodzimym wiedźminem, które tylko zwiększyło uczucie sympatii do bohatera), z pozoru starszy, bezbronny i ślepy masażysta wędrujący przez Japonię XIX wielu. Drugie skojarzenie to szybkie porównanie z „Siedmioma samurajami” („Shichinin no Samurai”, 1954) Akiry Kurosawy, przy czym w przypadku dzieła Kitano liczba samurajów walczących dla biednej wioski okrojona zostaje do sztuki jednej. Miecz Zatôichiego ukryty w lasce siecze równo, krew się leje strumieniami, deszcz wszystko lirycznie okrasza i jest pięknie. Wiem, upraszczam, ale faktem jest, że szalenie spodobało mi się połączenie XIX-wiecznej historii ze współczesną popkulturą. Obejrzałabym chętnie raz jeszcze.
Trup ściele się równo także w „Hana-bi” (1997), z tą drobną różnicą, że zamiast efektownie tnących samurajskich mieczy mamy pistolety yakuzy. Pistolety, jak dla mnie, czaru w sobie nie mają, więc i nadmiar czerwonych plam w obrazie wydał mi się męczący. Jakby jednak nie spojrzeć, piękna i urzekająca jest historia trzech dobrych w swym fachu policjantów, z których jeden (Horibe) zostaje nagle kaleką na całe życie, na drugiego (Nishi) spada ciężar w postaci śmierci córki i pogłębiającej się choroby żony, a trzeci (Tanaka) traci życie, pozostawiając po sobie rodzinę. Historia o tym, że nigdy nie wiemy, jak bardzo i w jak krótkim czasie może odmienić się nasze życie, o tym, jak ważna dla dalszego działania jest inspiracja, o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla drugiego człowieka.
Trzeci widziany przez mnie film Kitano jest zupełnie inny (no, może z jednym wyjątkiem). Jest bardziej poetycki, więcej w nim wrażliwości i na pewno mniej rozlanej krwi. Mowa tu o filmie „Lalki” („Dolls”, 2002), podzielonym w swej konstrukcji na trzy różne, lecz mimo wszystko splecione ze sobą historie. Pierwsza opowiada o dwójce młodych ludzi, Matsumoto i Sawako, o dokonanym pod wpływem rodziców złym wyborze, o wynikającej z tego tragedii, o obłędzie spowodowanym miłością i ostatecznie o wędrówce, niczym w lunatycznym śnie, przez cztery pory roku, których nasycenie barw razi oczy i rozpływa się w sercu. Opowieść druga jest bardziej charakterystyczna dla Kitano, bowiem rozgrywa się w świecie yakuzy. Hiro, szef mafii, wraca do parku, w którym przed trzydziestu laty dzień w dzień pewna kobieta częstowała go specjalnie dla niego przygotowanym obiadem. Wówczas Hiro zostawił ją, by zarobić pieniądze, by stać się kimś. Nigdy więcej, aż do teraz, nie pojawił się w tym parku. On. Kobieta natomiast przychodziła tu codziennie, siadała na tej samej ławce, w dłoniach trzymając przygotowany dla niego posiłek. Mimo jednak ponownego spotkania, mimo drugiej szansy, mimo żyjącego nadal uczucia nie dane im będzie być razem; te trzydzieści lat między pierwszą a drugą szansą upomina się o Hiro. Opowieść trzecia to historia Haruny Yamaguchi, młodej gwiazdy pop, która po wypadku zamyka się w sobie, i jej najbardziej oddanego fana. Biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze historie i ich przebieg, nie ma sensu się łudzić, by ta skończyła się szczęśliwie. Ale właśnie to u Kitano jest ciekawe, myśl, że szczęście to nie całość życia, ale jego fragmenty.
Kolejna rzecz, która w filmach Kitano mnie urzekła, to muzyka. Zarówno do „Hana-bi”, jak i do „Lalek” ścieżkę dźwiękową skomponował Joe Hisaishi, ten sam, którego talent mogłam niedawno podziwiać w filmie „Pożegnania” („Okuribito”, reż. Yojiro Takita, 2008) i który jest stałym współpracownikiem uwielbianego przeze mnie Hayao Miyazakiego (studio Ghibli). Połączenie muzyki Hisashiego z obrazami Kitano jest czymś naprawdę dobrym.
W filmach Takeshiego Kitano krwi jest dużo. Albo się to polubi, przetrawi, przymknie oko, albo nici z przyjemności oglądania, bo obrazy będą drażnić. Ale jest też druga warstwa jego filmów, która zmusza do myślenia, która pokazuje uparcie, że i w świecie pełnym przemocy miejsce na liryzm, na miłość, przyjaźń czy poczucie braterstwa się znajdzie. Warto do tej warstwy dotrzeć.
kot z Iriomote

“Czułem niesamowity i przyjemny zarazem dreszcz emocji, zdając sobie sprawę, że oto właśnie dopływam do legendarnej, w pewnym sensie, wyspy zamieszkałej przez niezwykły gatunek kotów, które poza tym miejscem nie występują nigdzie indziej na świecie – kotów z Iriomote. Jest to również jedyny przypadek na naszym globie, kiedy dziki kot zamieszkuje tak małą wyspę, daleko od stałego lądu. Oczywiście doskonale rozumiałem, że odczucia te podziela zaledwie garstka osób, a przytłaczająca większość nigdy nawet nie słyszała i nie usłyszy jego nazwy, ale świadomość przynależności do tej garstki tym bardziej była dla mnie ekscytująca.”
za: Krzysztof Schmidt/ Nozomi Nakanishi, Iriomote. Wyspa dzikich kotów, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2008, str. 30-31
Miyajima

© M. Dębiński
“Mijadzima jest wyspą świętą, podobnie jak Fudzi-san jest świętą górą. Nie wolno przywozić tu psów, używać pojazdów mechanicznych, uprawiać jakiejkolwiek działalności gospodarczej. W czasach feudalnych nie wolno było na Mijadzimie rodzić się ani umierać. (…) Miniaturowa zielona wysepka, zwana Wyspą Świątyń, przypomina z daleka mieniący się barwny klejnot. Przybysza wita ogromna, wysunięta w morze torii – brama z czerwono lakierowanego kamforowego drzewa. (…) Mijadzima jest siedzibą najwspanialszej świątyni sintoistycznej Itsukusima, poświęconej boginiom: Icikisima, Tagori i Tagitsu. Objawiwszy się niegdyś pobożnemu człowiekowi za pośrednictwem świętej wrony niosącej w dziobie kwiat wiśni, ogłosiły one swą wolę osiedlenia się tutaj. Od blisko dziewięciuset lat urzędują na tej wyspie w obszernej, stale rekonstruowanej i odnawianej świątyni na brzegu morza.”
za: Wojciech Dworczyk, Spacer wśród kwitnących wiśni, Czytelnik 1966, str. 40-41
(3)
Wiesz,
Dziewczynka
Nie powinna
Chodzić po drzewachJeśli chodzi na szczudłach,
Mówią o niej chłopczyca.
A jeśli gra w wojnę bączkami,
Mówią głupiutka.Wiem
To wszystko.Bo karcili mnie
Za jedno i drugie./Misuzu Kaneko, Dziewczynka
w: Ptaszek, dzwonek i ja. Dzieła wybrane Misuzu Kaneko, opr. i przeł. Katsuyoshi Watanabe, Waneko 2005, str. 42
dwa filmy o Japonii współczesnej
Zauważyłam jedno – obejrzanych japońskich filmów przybywa, a recenzje wcale się tu nie pojawiają. I doszłam do wniosku, że czas nadrobić zaległości, skorygować choć trochę to zaniedbanie z mojej strony. Na początek dwa filmy, które zasadniczo nie mają ze sobą nic wspólnego. Ot, oba powstały w roku 2008, a ich akcja osadzona została w teraźniejszości.
***
Pożegnania / Okuribito (2008, reż. Yojiro Takita)
Zdobywca tegorocznego Oskara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Długo kombinowałam, jak go zobaczyć i ostatecznie udało mi się na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Tofifest w Toruniu, czyli niecałe półtora tygodnia temu. Warto było pojawić się na festiwalu, choćby li tylko dla tego filmu.
Główny bohater, Kobayashi Daigo, młody i utalentowany wiolonczelista, traci pracę, gdyż orkiestra, w której grał, zostaje rozwiązana. Brak pieniędzy zmusza go do zwrócenia niedawno zakupionej wiolonczeli (bez pracy nie jest w stanie jej spłacić) i wraz z żoną wraca do swego rodzinnego miasteczka, Sakaty, gdzie matka zostawiła mu dom. W gazecie znajduje ogłoszenie, z którego wnioskuje, iż chodzi o pracę w agencji turystycznej. Na miejscu zostaje mu wyjaśnione, iż w gazecie jest literówka i w rzeczywistości chodzi o pracę w domu pogrzebowym na stanowisku osoby, która przygotowuje zmarłego do złożenia w trumnie. Kobayashi nie pała entuzjazmem wobec takiej posady, jednakże potrzebują wraz z żoną pieniędzy, więc pracę przyjmuje. Nie jest to praca poważana, starzy przyjaciele zaczynają się od niego odsuwać, nawet żona, która z czasem dowiaduje się, co naprawdę robi jej mąż, odwraca się od niego. Kobayashi odnajduje się jednak w takiej pracy, odkrywa jej sens, a także sens życia i śmierci, wartość ostatnich wspomnień o odchodzącym człowieku. Dociera wreszcie wgłąb siebie, gdzie skrył wspomnienia o ojcu, ucząc się powoli trudnej sztuki zrozumienia i przebaczenia.
***
One Milion Yen Girl / Hyakuman-en to nigamushi onna (2008, reż. Yuki Tanada)
Tym filmem zainteresowała mnie chihiro, a dzięki Pewnemu Znajomemu miałam możliwość go obejrzeć. Wrażenia po obejrzeniu pozostały różne. Zauroczyła mnie ścieżka dźwiękowa, chętnie słuchałabym jej godzinami. Sam film nie pretenduje do miana ambitnych, trochę ma z filmu drogi, trochę elementów przeciętnego love story, jednakże ma w sobie coś, co przyciąga niesamowicie. Jakiś urok, jakaś słodycz, lekkość, sama nie wiem.
21-letnia Suzuko postanawia wynająć mieszkanie na spółkę z koleżanką i, co okazuje się nieco po czasie, również z jej chłopakiem. Znajdują odpowiednie, dwupokojowe mieszkanie, jednak w chwili przeprowadzki okazuje się, iż koleżanka rezygnuje, bo zerwała z chłopakiem, chłopak natomiast swoje manatki już zdążył wnieść. Suzuko toleruje swego współlokatora do czasu, gdy ten, pod jej nieobecność, wyrzuca na ulicę karton z przygarniętym przez Suzuko kociątkiem. Dziewczyna wybiega na ulicę i wprawdzie znajduje kotka, ale ten jest już martwy. Wściekła wyrzuca wszytkie rzeczy swego współlokatora, a ten zgłasza ów incydent na policji, dodając, iż na dodatek zabrała mu schowane w walizce pieniądze. Suzuko stawia się na policji, a tam dowiaduje się, że gdyby chociaż raz spała ze swym współlokatorem, uznano by całą sytuację za kłótnię kochanków, a tak jest to kradzież, przez co Suzuko trafia do aresztu. Po dwóch tygodniach dziewczyna wraca do domu, a tam atmosfera jest raczej gęsta i niezbyt miła. Młodszy brat Suzuko wstydzi się wytykanej przez sąsiadów siostry, rodzice temat więzienia starają się omijać, więc z czasem Suzuko postanawia odejść. W momencie, gdy zarobi milion yenów. Od tego momentu zmienia miejsce zamieszkania za każdym razem, gdy zarobi kolejny milion. Nie zważając na przywiązanie do miejsca, do ludzi, nie zważając na miłość. W pewnej chwili po prostu znika i jej podróż ciągnie się dalej. Po drodze jednak dojrzewa, znajduje w sobie odwagę. Podobnie jak jej brat, z którym cały czas utrzymuje listowny kontakt.
“Fruwająca dusza”
autor: Yoko Tawada
przeł.: Barbara Słomka
wyd.: Karakter 2009
język oryg.: japoński
Fantastyczna powieść! A i dwuznaczność przymiotnika ‘fantastyczny’ jest tutaj celowa i jak najbardziej na miejscu, gdyż powieść ta jest zarówno wspaniała, jak i nierealna. Autorka swobodnie balansuje na granicy jawy i snu, zaburza chronologię, zamazuje kontury, zaprzecza wydarzeniom, które opisuje wcześniej jako fakty, nieustanną metaforą bawi się z czytelnikiem, stawiając pod znakiem zapytania wszystko, czego zdawało mu się, był pewien. Żeby się w tej powieści nie pogubić, należy zwątpić w to, co nas otacza, czego się uczyliśmy latami, trzeba zapomnieć o czymś takim, jak przyczyna, skutek, celowość, namacalność, materialność, a przede wszystkim trzeba się pozbyć ze słownika słowa ‘niemożliwe’. Wówczas czytanie “Fruwającej duszy” staje się czystą przyjemnością płynącą z odbierania raz po raz zmieniających się obrazów, ani prawdziwych, ani nieprawdziwych, może symbolicznych, a może dosłownych, ale któż by się tym przejmował? Yoko Tawada bawi się słowem, jednym razem przypominając filozofa, drugim – osobę z psychicznymi zaburzeniami, w najlepszym wypadku majaczące dziecko, które zaraz po przebudzeniu złości się o coś, co mu się przyśniło, zlewając to z rzeczywistością.
“Być może pewnego dnia obudzisz się i ujrzysz Tygrysa u wezgłowia. Lazur nieba zderzy się z bursztynową barwą ziemi, prąd powietrza wessie słowa, a wszelkie stworzenia: zwierzęta, ptaki i ludzie, przestaną rozróżniać ciepło i zimno, radość i smutek. Tygrys przemówi do ciebie. I choć nie można nauczyć się tygrysiej mowy, wsłuchasz się uważnie w to, co powie, i wszystko zrozumiesz. (…) Ale może też być tak, że Tygrys nigdy do ciebie nie przyjdzie. Każdego ranka po przebudzeniu będziesz rozglądać się wkoło, ale nie usłyszysz nawet szelestu owadzich skrzydeł. A jeśli ma nie przyjść, to nie przyjdzie ani razu, choćbyś czekała całe życie.“
Głównej bohaterce i zarazem narratorce całej opowieści, Risui, pewien wróżbita, podczas trzeciej wspólnie spędzanej nocy, odczytuje z układu pieprzyków na jej wewnętrznej stronie ud znak Tygrysa. Ze znakiem tym nie jest jej pisane być żoną i matką, ale podążyć Drogą Tygrysa. Risui, pomna jego słów, pisze list do Kikyo, zwanej pogromczynią Tygrysa, w którym prosi ją o przyjęcie do swej Szkoły. Szkoła ta mieści się w ogromnym lesie, w jego środku, w miejscu, gdzie przed prauset laty stał dom Kikyo, a naucza się tam tylko i wyłącznie mądrości z 360-tomowej Księgi. Nauka trwa latami i w żaden sposób nie przygotowuje do życia w nowoczesnym świecie, zatem osoby, które decydują się na naukę w niej i które dobrowolnie tam zostają, zostają tam zazwyczaj na zawsze. Risui dostaje odpowiedź i udaje się do Szkoły, do dziwnego, oderwanego od rzeczywistości świata wróżb i czarów, by tam odkryć w sobie umiejętność głośnego czytania i moc nazywaną w starożytności ‘fruwającą duszą’.
“Zawieście czerwone latarnie”
autor: Su Tong
tłum.: Dorota Sękalska, Janina Szydłowska
wyd.: Wydawnictwo MG 2008
język oryg.: angielski
Oprócz tytułowego, pierwszego opowiadania, w tomiku znajdują się również dwa kolejne, “1934 przemija” i “Rodzina opium“. Dlaczego wspominam o tym już na samym początku i czemuż to takie ważne? Bo między tymi opowiadaniami istnieje ogromna przepaść pod względem zarówno tematu, jak i nastroju czy choćby samego wykonania. I o ile “Zawieście czerwone latarnie” urzekło mnie niesamowicie, niemal tak samo, a może nawet zupełnie inaczej niż film na jego podstawie nakręcony (1991, reż. Yimou Zhang), to już “1934 przemija” znużyło mnie i zmęczyło, a “Rodzinę opium“, jak tylko zauważyłam, że dzieje się w tej samej wiosce, co poprzednie opowiadanie, najprościej w świecie sobie odpuściłam, bo szkoda marnować mi czasu na coś, co w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje (te czasy minęły wraz ze studiami).
Mało chyba znajdzie się osób, które jeszcze nie znają opowieści o czerwonych latarniach, czy z filmu to, czy z prozy. Schyłek lat 20-tych, początek 30-tych, gdzieś na chińskiej prowincji. Dziewiętnastoletnia Lotos, do niedawna studentka, traci ojca, a wraz z nim szansę na dalszą naukę. Macocha do wyboru pozostawia jej małżeństwo albo pracę, a Lotos, z opanowaniem i bez większego namysłu, wybiera to pierwsze. I oczywiście życzy sobie wejść do bogatej rodziny, wiedząc dobrze, iż tam zawsze będzie “mała” – z jej pozycją materialną w bogatej rodzinie może być zaledwie konkubiną, a to wiąże się z mniejszym statusem. Wchodzi zatem do bogatej rodziny jako Czwarta Pani, a tym samym rozpoczyna życie w nowym, zupełnie innym świecie. Życie, które w niedługim czasie prowadzi ją do obłędu.
“1934 przemija“, mimo wyraźnego oświadczenia narratora: “Nie nazywam się Su Tong“, zakrawa na autobiografię i w tym duchu jest pisane. Narrator, sięgając kilkadziesiąt lat wstecz i koncentrując się na wydarzeniach z roku 1934, rekonstruuje losy swojej rodziny: ojca, babki Jiang, jej męża Chena Baoniana, wuja Dingo i konkubiny swego dziadka, zwanej małą kobietą Huanzi, która, nawiasem mówiąc, ojca narratora wychowała. Nie, wcale to opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Ciężkie jakieś takie, przygnębiające, pełne nienawiści, brudu i śmierci. Więc gdy zobaczyłam, że “Rodzina opium” znów rozgrywa się w Klonowej Wiosce i znów pisana jest tym samym stylem, po prostu zamknęłam książkę, wyraźnie mając dość. Nie wiem, być może wielu osobom oba te opowiadania mogłyby się spodobać, nie zamierzam zatem ani odradzać, ani namawiać. Sama jednakże do nich nie wrócę.
rozmowa
Rozmowa to okropne nudziarstwo. Sprowadza się do tego, że ty mnie okłamujesz, a ja ciebie. Kiedy ludzie zaczynają rozmawiać, podejmują pełną hipokryzji grę manifestowania uczuć.
za: Su Tong, Zawieście czerwone latarnie, tłum. Danuta Sękalska, Wydawnictwo MG 2008, str. 30
“Chiński Kopciuszek”
autor: Adeline Yen Mah
przeł.: Joanna Orska
wyd.: Wyd. Dolnośląskie 2004
język oryg.: angielski
Piękna, wzruszająca, autobiograficzna powieść, której jakoś tak nie potrafię ani streścić, ani obiektywnie opisać. Autorka, Adeline Yen Mah, wraca wspomnieniami do czasów, gdy była kilkuletnią dziewczynką i nosiła jeszcze swoje chińskie, nadane przez matkę imię Yen Jun-ling. Jednocześnie jest to powrót do przełomu lat 40-tych i 50-tych XX wieku. Poza wspomnieniami samej autorki, poza jej trudnym dzieciństwem spowodowanym faktem, że nie dość, że nie urodziła się chłopcem, to jeszcze po jej narodzeniu zmarła matka, czego ani ojciec, ani czwórka rodzeństwa nie potrafili jej wybaczyć, poza tym wszystkim widzimy panoramę ówczesnych Chin, panujących tam obyczajów, dziejącej się historii. Zaglądamy do Tianjinu, Szanghaju, Hongkongu. Widzimy podział Chin na strefy wpływów, widzimy szkoły misyjne, katolickie nauczanie, konieczności kolejnych ucieczek i przeprowadzek, wojnę domową i przejęcie władzy przez komunistów. Widzimy też babkę Nai Nai, którą jeszcze objęło krępowanie stóp, widzimy zależność niezamężnych kobiet od ich ojców, od braci, widzimy hierarchię panującą w domach, w rodzinach, i niemożność przeciwstawienia się temu.

Powyższe zdjęcie Adeline Yen z resztą rodzeństwa, zarówno tego z pierwszego, jak i z drugiego małżeństwa ojca, jest moim ulubionym. Patrząc na tę małą, śliczną dziewczynkę, nie mogę pojąć, jak to możliwe, by to wszystko, co opisuje, zdarzyło się naprawdę. Podziwiam jej wewnętrzną siłę, jej upór, by czegoś dokonać, by pokazać, że jest kimś wartościowym. Podziwiam, że mimo wszystkich przeciwności, udało się jej odnieść sukces.
“Języki i kolczyki”
autor: Hitomi Kanehara
przeł.: Witold Nowakowski
wyd.: Albatros, A. Kuryłowicz 2007
jęz. oryg.: japoński
przeł. z: angielskiego
Nie lubię przekładów przekładu, bo wówczas mam do czynienia nie z jednym filtrem językowo-kulturowym, ale z dwoma, a taka sytuacja jest z niniejszym wydaniem powieści “Języki i kolczyki“. I fakt, że pana Nowakowskiego cenię, nic tutaj nie zmienia. To, co otrzymuję po podwójnym przekładzie, może znacząco różnić się od tego, co napisała autorka. Ale do rzeczy.
Powieść “Języki i kolczyki” napisana została w roku 2004, a Hitomi Kanehara, w wieku lat dwudziestu jeden, otrzymała za nią prestiżową japońską nagrodę literacką im. Ryunosuke Akutagawy. Sama autorka w wieku lat jedenastu przerwała naukę, a cztery lata później porzuciła dom, by zamieszkać ze swoim chłopakiem, cały czas jednak pisała, przesyłając próbki twórczości swemu ojcu, uniwersyteckiemu wykładowcy. Tu pojawia się mój sceptyzm. Nie bardzo wierzę w talent młodych “ikon popkultury”. Zwłaszcza, gdy na okładce widnieje: “Powieść kultowa; odczytywana jako manifest młodego japońskiego pokolenia, które całkowicie zerwało z tradycjami swoich rodziców.” Takie bunty do mnie nie przemawiają i nie znoszę określenia “kultowy”. Mimo wszystko po książkę sięgnęłam. Długa nie jest, zaledwie 104 strony, zajęła mi zatem jeden wieczór, a rozczarowała pozytywnie. Przede wszystkim uwagę zwróciłam na język. Choć młodzieżowy, dobitny, czasem nieco wulgarny, to jednak jakiś taki płynny, na swój sposób poetycki. Poza tym bohaterowie, których autorka stworzyła – wiarygodni, z jednej strony brutalni, z drugiej sympatyczni nawet (zwłaszcza Ama, który uparcie przypomina mi Arashiego z mangi “Paradise Kiss” Yazawa Ai). Co w powieści szczególnie mnie zainteresowało, przykuło na dłużej moją uwagę, to z pozoru pobieżny, w gruncie rzeczy zaś całkiem trafny, wgląd Kanehary w codzienność japońskiego młodego pokolenia i zmiany, jakie w niej zachodzą. Nadal kojarzymy stereotypami: japońska młodzież = mundurki i promienny uśmiech, japońscy dorośli = praca dla korporacji przez resztę życia. A rzeczywistość jest przecież zupełnie inna.
Czy wrócę do tej powieści raz jeszcze? Wątpię. Ale po inne napisane przez Kaneharę być może sięgnę. Jakkolwiek prawdziwa i współczesna byłaby tego typu proza, ja jednak lubuję się w tradycji lat przeszłych (Kawabata), czy choćby w melancholii z pogranicza jawy i snu (Yoshimoto).
Wiesz,