Archiwum

Archiwum kategorii ‘lit. japońska’

“Kuchnia”

listopad 24, 2009 6 komentarzy

autor: Banana Yoshimoto
przeł.: Anna Zielińska-Elliott
wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy 2004

Kuchnia (1988)

Mikage Sakurai wcześnie traci rodziców. Wychowują ją dziadkowie, ale i na nich kolejno przychodzi czas. Gdy umiera babcia, dziewczyna zostaje zupełnie sama. Przestaje pojawiać się na uczelni, traci poczucie czasu, nie bardzo wie, co z sobą zrobić, choć zdaje sobie sprawę, że w mieszkaniu zostać nie może – dla jednej osoby jest za duże i za drogie. Ze wszystkich miejsc najbliższa staje się jej kuchnia, miejsce blisko lodówki. Odkrywa, że tam śpi się jej najlepiej.

Zostałyśmy same, ja i kuchnia. Trochę łatwiej tak myśleć, niż przyznać, że zostałam sama.” [str.7]

Yuichi Tanabe jest rok młodszy od Mikage, studiuje. Matki nigdy nie znał, zmarła, gdy był mały. Wychował go ojciec,  zastępując mu matkę dosłownie i w pełnym wymiarze – nie znosił robić niczego połowicznie. Przekształcając się w Eriko, wniósł do domu mnóstwo ciepła i pozytywnej energii.

Ile mógł mieć lat, gdy zrozumiał, że na tej ciemnej, górskiej drodze będzie musiał sam sobie poświecić? Był zawsze samotny, choć wychowywał się otoczony miłością.” [str. 22]

Drogi tych dwojga splatają się. Korzystając z zaproszenia, Mikage wprowadza się na pewien czas do rodziny Tanabe. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co łączy Mikage i Yuichi’ego. Zdaje się, że oni sami tego nie wiedzą, nie potrafią nazwać. Może chodzi tylko o doświadczenie śmierci najbliższych, o śmierć, która spokojnie wokół nich krąży, raz po razie ich dotykając. Może o sny, które przenikają rzeczywistość. Porozumienie bez słów. A może jest to miłość, która nie potrafi się przebić przez barierę samotności i zagubienia. Oni sami będą musieli to zrozumieć. Zanim nie będzie za późno.

Moonlight Shadow (1986)

Satsuki ma lat dwadzieścia, gdy w wypadku samochodowym ginie jej chłopak, Hitoshi. Ginie, choć to nie on spowodował wypadek, a razem z nim ginie Yumiko, dziewczyna jego brata. Satsuki nie wie, jak poradzić sobie ze stratą Hitoshi’ego. Wspomina dzwoneczek, który przed laty mu dała, a którego dźwięk później zawsze już przy nich był. Kupuje sobie dwa komplety dresów, buty do biegania, termos i codziennie rano biega do mostu. Tam spotykała się z Hitoshim, tam widziała go po raz ostatni.

(…) los to drabina, w której nie można pominąć żadnego szczebla, bo nie uda się wspiąć do góry, choć z pomijaniem szczebli byłoby o wiele szybciej.” [str. 113-114]

Któregoś ranka, gdy siedząc nad mostem trzyma zakrętkę od termosu z zamiarem napicia się herbaty, nieznajoma dziewczyna niespodziewanie ją zagaduje, iż chętnie również by się napiła. Gwałtowny ruch przestraszonej Satsuki powoduje, iż termos wpada do rzeki. Ale w tej samej też chwili zaczyna się znajomość Satsuki z Urarą, a granice między rzeczywistością a światem nierealnym delikatnie się zamazują. Kulminacja następuje nad rzeką, za trzy piąta rano, podczas święta Tanabaty.

Są ludzie, których spotka się ponownie, oraz tacy, których się już nie spotka. Ludzie, którzy nie wiadomo kiedy znikają, i ludzie, których tylko mijamy.” [str. 133-134]

Kolejna po “Hard-boiled. Hard Luck” książka Banany Yoshimoto, którą miałam przyjemność przeczytać, i kolejny tomik dwóch opowiadań zarazem. Co mnie uderza, to fakt, iż opowiadania zawsze są tak dobierane, by tematycznie się pokrywały, nieznacznie uzupełniając. Swoista uczta. W “Kuchni” Yoshimoto porusza temat śmierci, samotności, trudności w odnalezieniu samego siebie i sposobu, jak żyć po stracie kogoś bardzo bliskiego. Trochę to przygnębiające. Ale w żaden sposób nie nazwę jej pisarstwa dołującym, z tej prostej przyczyny, iż mimo całego smutku i tragedii, jakie bohaterów spotykają, opowiadania Yoshimoto są ostatecznie optymistyczne. Autorka pokazuje, iż owszem, po ciężkim przeżyciu można popaść w melancholię, ale przychodzi czas, że trzeba się z tego ocknąć, strzepnąć cały smutek, bo życie człowieka nie kończy się wraz z odejściem bliskich. Takie pisarstwo lubię.

“Fruwająca dusza”

czerwiec 27, 2009 11 komentarzy

fruwajaca_duszaautor: Yoko Tawada
przeł.: Barbara Słomka
wyd.: Karakter 2009
język oryg.: japoński

Fantastyczna powieść! A i dwuznaczność przymiotnika ‘fantastyczny’ jest tutaj celowa i jak najbardziej na miejscu, gdyż powieść ta jest zarówno wspaniała, jak i nierealna. Autorka swobodnie balansuje na granicy jawy i snu, zaburza chronologię, zamazuje kontury, zaprzecza wydarzeniom, które opisuje wcześniej jako fakty, nieustanną metaforą bawi się z czytelnikiem, stawiając pod znakiem zapytania wszystko, czego zdawało mu się, był pewien. Żeby się w tej powieści nie pogubić, należy zwątpić w to, co nas otacza, czego się uczyliśmy latami, trzeba zapomnieć o czymś takim, jak przyczyna, skutek, celowość, namacalność, materialność, a przede wszystkim trzeba się pozbyć ze słownika słowa ‘niemożliwe’. Wówczas czytanie “Fruwającej duszy” staje się czystą przyjemnością płynącą z odbierania raz po raz zmieniających się obrazów, ani prawdziwych, ani nieprawdziwych, może symbolicznych, a może dosłownych, ale któż by się tym przejmował? Yoko Tawada bawi się słowem, jednym razem przypominając filozofa, drugim – osobę z psychicznymi zaburzeniami, w najlepszym wypadku majaczące dziecko, które zaraz po przebudzeniu złości się o coś, co mu się przyśniło, zlewając to z rzeczywistością.

Być może pewnego dnia obudzisz się i ujrzysz Tygrysa u wezgłowia. Lazur nieba zderzy się z bursztynową barwą ziemi, prąd powietrza wessie słowa, a wszelkie stworzenia: zwierzęta, ptaki i ludzie, przestaną rozróżniać ciepło i zimno, radość i smutek. Tygrys przemówi do ciebie. I choć nie można nauczyć się tygrysiej mowy, wsłuchasz się uważnie w to, co powie, i wszystko zrozumiesz. (…) Ale może też być tak, że Tygrys nigdy do ciebie nie przyjdzie. Każdego ranka po przebudzeniu będziesz rozglądać się wkoło, ale nie usłyszysz nawet szelestu owadzich skrzydeł. A jeśli ma nie przyjść, to nie przyjdzie ani razu, choćbyś czekała całe życie.

Głównej bohaterce i zarazem narratorce całej opowieści, Risui, pewien wróżbita, podczas trzeciej wspólnie spędzanej nocy, odczytuje z układu pieprzyków na jej wewnętrznej stronie ud znak Tygrysa. Ze znakiem tym nie jest jej pisane być żoną i matką, ale podążyć Drogą Tygrysa. Risui, pomna jego słów, pisze list do Kikyo, zwanej pogromczynią Tygrysa, w którym prosi ją o przyjęcie do swej Szkoły. Szkoła ta mieści się w ogromnym lesie, w jego środku, w miejscu, gdzie przed prauset laty stał dom Kikyo, a naucza się tam tylko i wyłącznie mądrości z 360-tomowej Księgi. Nauka trwa latami i w żaden sposób nie przygotowuje do życia w nowoczesnym świecie, zatem osoby, które decydują się na naukę w niej i które dobrowolnie tam zostają, zostają tam zazwyczaj na zawsze. Risui dostaje odpowiedź i udaje się do Szkoły, do dziwnego, oderwanego od rzeczywistości świata wróżb i czarów, by tam odkryć w sobie umiejętność głośnego czytania i moc nazywaną w starożytności ‘fruwającą duszą’.

“Języki i kolczyki”

czerwiec 10, 2009 3 komentarzy

autor: Hitomi Kanehara
jezyki_i_kolczykiprzeł.: Witold Nowakowski
wyd.: Albatros, A. Kuryłowicz 2007
jęz. oryg.: japoński
przeł. z: angielskiego

Nie lubię przekładów przekładu, bo wówczas mam do czynienia nie z jednym filtrem językowo-kulturowym, ale z dwoma, a taka sytuacja jest z niniejszym wydaniem powieści “Języki i kolczyki“. I fakt, że pana Nowakowskiego cenię, nic tutaj nie zmienia. To, co otrzymuję po podwójnym przekładzie, może znacząco różnić się od tego, co napisała autorka. Ale do rzeczy.

Powieść “Języki i kolczyki” napisana została w roku 2004, a Hitomi Kanehara, w wieku lat dwudziestu jeden, otrzymała za nią prestiżową japońską nagrodę literacką im. Ryunosuke Akutagawy. Sama autorka w wieku lat jedenastu przerwała naukę, a cztery lata później porzuciła dom, by zamieszkać ze swoim chłopakiem, cały czas jednak pisała, przesyłając próbki twórczości swemu ojcu, uniwersyteckiemu wykładowcy. Tu pojawia się mój sceptyzm. Nie bardzo wierzę w talent młodych “ikon popkultury”. Zwłaszcza, gdy na okładce widnieje: “Powieść kultowa; odczytywana jako manifest młodego japońskiego pokolenia, które całkowicie zerwało z tradycjami swoich rodziców.” Takie bunty do mnie nie przemawiają i nie znoszę określenia “kultowy”.  Mimo wszystko po książkę sięgnęłam. Długa nie jest, zaledwie 104 strony, zajęła mi zatem jeden wieczór, a rozczarowała pozytywnie. Przede wszystkim uwagę zwróciłam na język. Choć młodzieżowy, dobitny, czasem nieco wulgarny, to jednak jakiś taki płynny, na swój sposób poetycki. Poza tym bohaterowie, których autorka stworzyła – wiarygodni, z jednej strony brutalni, z drugiej sympatyczni nawet (zwłaszcza Ama, który uparcie przypomina mi Arashiego z mangi “Paradise Kiss” Yazawa Ai). Co w powieści szczególnie mnie zainteresowało, przykuło na dłużej moją uwagę, to z pozoru pobieżny, w gruncie rzeczy zaś całkiem trafny, wgląd Kanehary w codzienność japońskiego młodego pokolenia i zmiany, jakie w niej zachodzą. Nadal kojarzymy stereotypami: japońska młodzież = mundurki i promienny uśmiech, japońscy dorośli = praca dla korporacji przez resztę życia. A rzeczywistość jest przecież zupełnie inna.

Czy wrócę do tej powieści raz jeszcze? Wątpię. Ale po inne napisane przez Kaneharę być może sięgnę. Jakkolwiek prawdziwa i współczesna byłaby tego typu proza, ja jednak lubuję się w tradycji lat przeszłych (Kawabata), czy choćby w melancholii z pogranicza jawy i snu (Yoshimoto).

“Spotkanie z Polską”

marzec 22, 2009 2 komentarzy

autor: Chihiro Ishida
tłum.: Agnieszka Żmuta, Bożena Brzozowska
wyd.: Trio 2006
język oryginału: polski
tłumaczono z angielskiego

spotkanie_z_plZderzenie z kulturą tak odmienną od naszej zostawiło we mnie poczucie pokory wobec odmienności, która mnie przerasta, której nie zdołam nigdy do końca zrozumieć ani tym bardziej ocenić. (…) Moja japońska rozmówczyni odbywa podróż w odwrotnym kierunku. Odkrywa Polskę poprzez swoją japońskość. Jej pytania wydają mi się ciekawsze niż moje odpowiedzi, bo właśnie w tych pytaniach odnajduję odmienność myślenia, inną wrażliwość i inną estetykę.” /Krzysztof Zanussi/

Japonka, z wykształcenia polonistka, fascynatka kulturą i historią Polski. Obecnie mieszkanka Nowego Jorku. Sama o sobie pisze: “Polska nie jest moją ojczyzną. Zawsze trudno mi się przyzwyczaić do jej kultury. Japonia daje mi znacznie większe poczucie komfortu. Ale teraz, kiedy jestem w Stanach, ciągle myślę o Polsce i zastanawiam się, dlaczego.” I zaraz rzuca pytanie, nie dając na nie właściwie żadnej konkretnej odpowiedzi: “Czy zasadnicze różnice i odległość między tymi dwoma krajami to jedyne powody mojej obsesji na punkcie Polski?

Dziwne pytanie. Dla mnie, Polki. I zaraz uogólnię, za co szczerze przepraszam. Dla nas, Polaków. Dziwne pytanie z tego względu, że wyrastając w kulturze Polski, nie przychodzi nam łatwo do głowy, iż ktoś mógłby się tym krajem fascynować. Fascynuje przecież to, co odległe. Fascynować może Francja ze swoim Paryżem i wieżą Eiffla. Fascynować może Wielka Brytania, cała Skandynawia, fascynuje mentalność czeska, fascynują Indie, Meksyk, Daleki Wschód. Ale Polska? My Polacy jesteśmy strasznie na nie, toniemy w pesymizmie, więc jakże moglibyśmy pomyśleć, że taka Polska może być obiektem czyichś zainteresowań, małych obsesji, dociekań? Bo właściwie, co to jest ta Polska? Czym jest polskość? Co to znaczy “typowo polskie”, “kultura polska”, “polskie tradycje”?

Do odpowiedzenia sobie na te kilka pytań skłania właśnie lektura Spotkań z Polską. Sześć rozmów. Z aktorką (Krystyna Janda), politykiem (Adam Michnik), sportowcem (Adam Małysz), projektantką kostiumów filmowych (Wiesława Starska), projektantem mody (Arkadius), reżyserem (Krzysztof Zanussi). I rozmowa siódma, zupełnie na końcu, z samą autorką. Rozmowy nie są długie. Długo się je później analizuje. Dlatego książeczka, mimo swych zaledwie 112 stron, nie jest lekturą na jeden wieczór czy jedno popołudnie.

“Hard-boiled. Hard Luck”

luty 15, 2009 9 komentarzy

hbhl-yoshimotoautor: Banana Yoshimoto
przeł.: Annelie Ortmanns
wyd.: Diogenes Verlag 2004
jęz.: niemiecki
jęz. oryginału: japoński

Dwa opowiadania. Oba dotyczą kwestii rozstania, porzucenia, poczucia winy. Każde jednak traktuje o tym w sposób odmienny.

Bohaterkami obu opowiadań są młode kobiety – narratorki. Nie mają imion. Bohaterka pierwszego opowiadania, “Hard-boiled“, zmaga się ze wspomnieniem kobiety, z którą niegdyś była związana. Dręczą ją wyrzuty sumienia, że nie potrafiła jej pokochać, że w pewnym stopniu wykorzystała jej uczucia, a później porzuciła. Owszem, na jej własne życzenie, ale jednak porzucenie to porzucenie. A teraz Chizuru nie żyje i nie ma już możliwości, by ją przeprosić. Jedna noc spędzona w dziwnym, nawiedzonym hotelu (a może to tylko wrażenie bohaterki?) doprowadza do swoistego oczyszczenia. Dopiero wtedy, odzyskawszy wewnętrzny spokój, można iść dalej.

Bohaterka drugiego opowiadania, “Hard Luck“, opisuje czas, jaki mija od momentu zapadnięcia siostry w śpiączkę do chwili jej śmierci. Pokazuje sposób, w jaki najbliżsi godzą się z myślą o odejściu siostry/ córki/ narzeczonej/ koleżanki. Sposób, w jaki pozwalają jej odejść, w jaki uczą się żyć bez niej. Poza tym w opowiadaniu ukazane zostają jednoczesne zmagania bohaterki ze stratą siostry i wyrzutami sumienia, iż dzięki wypadkowi poznała kogoś, kogo, gdyby się odważyła, mogłaby pokochać. Rodzaj szczęścia w nieszczęściu, szczęścia kosztem czegoś ważnego. I dopiero odnalezienie piosenek, których siostra słuchała tuż przed wypadkiem, wsłuchanie się w nie, uznanie, iż niektóre melodie, niezależnie od naszej woli, determinują nasze życie, sprawia, że Narratorka z nadzieją patrzy na to, co przyniesie kolejny dzień, co przyniesie zima, kończąca tę nieprzyjemną, pełną smutnego oczekiwania jesień.

Podobały mi się te opowiadania. Wprawdzie krótkie, ale czytało się je długo, do wielu fragmentów i przemyśleń wracałam wielokrotnie. Z jednej strony przygnębiające, z drugiej jednak dające mglistą nadzieję, że nie ma winy, której nie możnaby odkupić, że nic nie dzieje się bez powodu, że z największą stratą można się pogodzić, że istnieje coś takiego jak przeznaczenie. Niby rzeczy oczywiste, ale zazwyczaj o nich zapominamy. I ta odrobina magii, którą odczuwamy w dzieciństwie, a którą wypiera w dorosłym życiu zdrowy rozsądek – to też pani Yoshimoto przemyca do opowiadań, tworząc bardzo ciekawą, senno-realistyczną całość.

“Tony Takitani”

styczeń 14, 2009 14 komentarzy

bwsw1autor: Haruki Murakami
przeł.: Philip Gabriel, Jay Rubin
wyd.: Vintage 2007
jęz.: angielski
jęz. oryginału: japoński
z tomu: Blind Willow, Sleeping Woman

Tony Takitani’s real name was really that: Tony Takitani“.

Przeczytałam owo pierwsze zdanie, po czym odłożyłam książkę na półkę. Nie dlatego, żeby mi się nie spodobało, wręcz przeciwnie. Utkwiło mi w głowie i odtwarzało się z pewną regularnością przez kilka dni. Opowiadanie w końcu przeczytałam. Nie było ono najlepszym, jakie w życiu czytałam. Nie było też wcale najgorszym. Przeciętnym również go nie nazwę, bo okazało się całkiem ciekawe.

Pozornie historia posuwa się, można by rzec, ruchem jednostajnym prostoliniowym. Żadnych zawiłości, żadnych niesamowitych zwrotów akcji, ba!, o samej akcji niewiele można powiedzieć, żeby nie stwierdzić, że nie ma jej wcale – cała historia opowiadana jest jakby między jednym a drugim łykiem herbaty. Ale dzięki temu można swobodnie się zatrzymać, bez obawy, że za czymś nie nadążymy, przyjrzeć się bohaterom, zależnościom między nimi a światem zewnętrznym, w którym przecież żyją.

He never made any real friends, but this did not cause him pain. He found it natural to be by himself: it was a kind of premise for living“.

Samotność. Wyobcowanie. Ucieczka w małe obsesje. W tych kilku słowach streścić można całe opowiadanie, opisać każdego z trojga bohaterów. Tony, którego matka umiera w kilka dni po porodzie, a ojciec w ogóle zapomina, by odebrać go ze szpitala, rysuje z upodobaniem i niesamowitą dokładnością maszyny. Shozaburo, ojciec Tony’ego, wygrywa na puzonie w klubach jazzowych niezmiennie te same rytmy, gromadząc latami stosy płyt. Żona Tony’ego, której Murakami nie nadaje w opowiadaniu imienia, nałogowo kupuje ubrania, zapełniając nimi kolejne metry domu. Każde z nich żyje jakby w odrębnym świecie, nie umiejąc wytłumaczyć swego zachowania i nie potrafiąc w pełni otworzyć się na drugiego człowieka. Są jak satelity krążące wokół planety – niezmiennie ta sama prędkość, ta sama odległość, ten sam dystans.

“Haiku”

listopad 29, 2008 6 komentarzy

haikuprzeł.: Agnieszka Żuławska-Umeda
kaligramy: Yukio Kudo
posłowie: Mikołaj Melanowicz
wyd.: Ossolineum 1983

Haiku. Morze treści ujęte w siedemnaście sylab. Zapis chwili, swoistego tu i teraz, z odniesieniem do uczuć, nastroju, pory roku. Spokój, cisza, prostota. To wszystko oddaje sens i istotę tych króciutkich form lirycznych. Nie można ich czytać jedna po drugiej. Bo choć właśnie krótkie, swym przekazem zmuszają w pewnien sposób do zatrzymania się, do przemyślenia, zastanowienia się. To w nich uwielbiam.

Sam tomik oczarowuje nie tylko przekładami haiku najlepszych ich twórców. Jest podzielony na pory roku, każde haiku opatrzone zostało transkrypcją w brzmieniu japońskim, wyjaśnieniem symboli niezrozumiałych dla czytelnika nieobeznanego z tematyką haiku oraz oryginalnym zapisem tuszem. Osoby znające japoński mają zatem przyjemność porównania tłumaczenia pani Żuławskiej-Umeda z oryginałem tekstu, co wydaje mi się dodatkową perełką tego wydania. Posłowie napisane przez pana Melanowicza zapoznaje natomiast z życiem i twórczością największych twórców haiku na przestrzeni dziejów.

Nawet kiedy wszystko będzie powiedziane, pozostanie jeszcze coś, co wymyka się słowu” – tak o haiku miał powiedzieć Basho. Uzupełnianie jego wypowiedzi wydaje mi się zbędne.
***

Już zmierzch jesieni
na suchej gałęzi drzewa
posępny siedzi kruk

/Basho, 1679

“Tysiąc żurawi. Śpiące piękności”

listopad 15, 2008 6 komentarzy

autor: Yasunari Kawabata
przeł.: Mikołaj Melanowicz
wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy 1987
język oryg.: japoński

Tysiąc żurawi (1949)
tysiac_zurawi1Najprościej powieść tę można określić mianem studium ceremonii parzenia herbaty. To ona jest tu głównym bohaterem; przeplata sobą wszystko, przenika wspomnienia pozostałych bohaterów, obecna jest w ich teraźniejszości, na swój sposób determinuje przyszłość. Kawabata uchyla rąbka tajemnicy tejże ceremonii – wprowadza w świat ciszy, opanowania, wyważonych gestów, z których każdy ma swe stałe, określone znaczenie. Pozwala zachwycić się pięknem prostych w swej formie, wiekowych czarek, krótkim wierszem, dobraną do pory roku kompozycją z kwiatów. Pokazuje nasz chaotyczny, zabiegany świat jakby w zwolnionym tempie, od środka. Nie nawiązując wprost do polityki ani historii najnowszej kraju, pokazuje świat, w którym dotychczasowe normy moralne i wartości straciły swe znaczenie, a człowiek szuka bliskości drugiego człowieka wbrew wszystkiemu. Uczucie jest bowiem jedyną rzeczą, która w tym świecie ma jeszcze jakiś sens, jedyną, która zdołała ocaleć.

Kawabata główną postacią utworu czyni Kikujiego. Historię swą rozpoczyna od ceremonii herbacianej przygotowanej przez Kurimoto, która niegdyś, przez krótki czas, miała romans z ojcem Kikujiego. Ten czas wystarczył jednak, by wywarła na małym wówczas Kikujim negatywne wrażenie i by wrażenie to nigdy się nie zmieniło. Na ceremonii w świątyni Engakuji Kikujiemu zostaje pokazana młoda dziewczyna z chustą we wzór tysiąca żurawi, ideał kobiety, niemal synonim czystości. Kikuji spotyka również wdowę Otę, drugą i bardzo bliską kochankę swego zmarłego ojca, z którą jeszcze tego samego dnia wda się w romans, oraz jej córkę, Fumiko, którą z czasem pokocha, ale z którą, ze względu na popełnione przez ich rodziców błędy, nigdy nie będzie mógł być.

Piękna historia. I w typowy dla Kawabaty sposób, nie mająca jasnego zakończenia. Przewracamy ostatnią stronicę i gdzieś poza nami, poza światem liter, opowieść toczy się dalej. Nam pozostają jedynie domysły.

“Ta czarka sama w sobie jest przepiękna i nie może wywoływać niezdrowych i szalonych myśli, lecz nasza pamięć o niej jest godna potępienia, bo widzi tę czarkę złymi, nieczystymi oczyma. (…) Od jej początków minęło chyba ze czterysta lat, więc bardzo krótko – jak na cały żywot – mieli ją Ota, mój ojciec i Kurimoto. To tylko cień przelotnej chmury. Niech więc znowu przejdzie do nowego zdrowego właściciela. I niech po naszej śmierci żyje nadal gdziekolwiek indziej niezmiennie piękna.”

Śpiące piękności (1961)
Wydaje mi się, że nie będzie kłamstwem, jeśli, analogicznie do Tysiąca żurawi, nazwę tę powieść studium starzenia się mężczyzny. Tak, to dobre określenie, gdyż tematem tejże powieści jest właśnie mężczyzna, niekoniecznie główny bohater, Eguchi. Kobiety są tutaj zaledwie obiektami, czymś w rodzaju wystroju wnętrz, bez osobowości, bez charakteru, śpiące snem nieprzerwanym, z którego nie wybudzą się przed ustaniem działania środka nasennego, bezbronne i, ku ogromnemu zdumieniu Eguchiego, całkiem niewinne. Przychodząc do domu śpiących kobiet, spędzając u ich boku noc, starzejący się mężczyźni spełniają swoje marzenia bez obawy, że któraś z kobiet się obudzi, że przerazi się ich brzydotą, że wyśmieje ich niedoskonałość, odrzuci. Nie ma tu jednak mowy o kontaktach bliższych niż dotyk czy podziwianie nagiego ciała, dom ten bowiem pod żadnym względem nie jest domem publicznym. Po pierwsze, przychodzącym mężczyznom zabrania się wykorzystywania śpiących kobiet, po drugie – mężczyźni ci zazwyczaj nie są już w stanie tego dokonać. I tu zarysowuje się ich osobista tragedia, powód, dla którego raz odwiedziwszy ten przedziwny przybytek, wracają tam ponownie.

“Czyż w tym tajemniczym domu nie skupiały się właśnie tęsknoty i nie spełnione sny żałosnej starości, żale za dniami, które utracili bezpowrotnie? Śpiące i nie budzące się dziewczęta są właśnie dla starców ucieleśnieniem wolności poza czasem.”

Trudno mi zrozumieć, dlaczego właśnie te dwie powieści, tak różne przecież, wydane zostały w jednym tomie. Być może chodziło tu o ten wyraźny kontrast między obfitującą w miłości, szanse i możliwości młodością, a starością, która oferuje człowiekowi z dnia na dzień coraz mniej, starości, której jednym z objawów jest bierne cofanie się w czasy młodości, stopniowo zastąpujące rzeczywiste działanie. Sama nie wiem. Elementem, który pojawia się w obu powieściach, jest czarka herbaty. Ale motyw ten pojawia się akurat w każdej, dotychczas przez mnie przeczytanej powieści Kawabaty, więc szczerze wątpię, by to on był tutaj elementem spójnym. A może historie te dobrane zostały przypadkowo?

“Głos góry”

sierpień 31, 2008 1 comment

autor: Yasunari Kawabata
przeł.: Ewa Szulc
wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy 1982
język oryg.: japoński

Dzieła pisane przez Kawabatę można odbierać w sposób dwojaki – skupić się na losach przedstawionych bohaterów lub, co może okazać się jeszcze ciekawsze, potraktować powieść jako studium kultury i obyczajowości Japonii. Z “Głosem góry” sprawa jest identyczna. Warstwę zewnętrzną stanowi tutaj historia starzejącego się mężczyzny, który, czy to we snach, czy we wspomnieniach, wraca do chwil, gdy zakochany był w pięknej siostrze swej obecnej żony. Jednocześnie mężczyzna ten zauroczony jest swą młodziutką, śliczną synową i nie potrafi siedzieć bezczynnie, gdy widzi, jak bardzo jest ona raniona czy też poniżana przez męża. Mamy jeszcze córkę naszego głównego bohatera, która po nieudanym małżeństwie wraca z dwojgiem małych dzieci do domu rodziców. Cała treść powieści skupia się wokół tych ludzi, wokół ich codzienności i sposobów radzenia sobie z nią.

Choć nie minął jeszcze dziesiąty sierpnia, owady już śpiewały. Słychać było dźwięk, jakby rosy opadającej z liścia na liść. I nagle Shingo usłyszał głos góry. (…)
Przypominał szmer wiatru w oddali, lecz była w nim głęboka moc, jak wtedy, gdy drży ziemia. Głos rozbrzmiewał też wewnątrz jego własnej czaszki, Shingo myślał więc przez chwilę, że może dzwoni mu w uszach, i spróbował potrząsnąć głową.
Głos ucichł. Kiedy już umilkł, Shingo po raz pierwszy poczuł lęk. Chłodny dreszcz na myśl o nie znanym dniu śmierci.

Czas jest jednym z bohaterów książki. Przemijanie, starzenie się. Rozmowy o śmierci. Wspominanie czegoś, co minęło i czego zmienić się nie da. A jednocześnie próba wpłynięcia na teraźniejszość, by zmienić przyszłość. Wszystko to opakowane na swój sposób w tradycję i krajobraz Japonii powojennej – szczególnie w krajobraz Kamakury. Co znamienne jednak, niewiele w książce [żeby nie powiedzieć wcale] odnośników do sytuacji politycznej w kraju. Uważam to za plus dla Kawabaty.

Zestarzał się człowiek, życie przeszło, i ani razu nie był na Fuji – mruczał do siebie Shingo, siedząc w biurze. Słowa te przyszły mu do głowy zupełnie nieoczekiwanie, ale doszedł widać do wniosku, że są istotne, więc powtórzył je półgłosem.

Tak, góra Fuji, Kamakura – po lekturze tej powieści chciałoby się je zobaczyć. Choćby raz w życiu.

“Obcy”

sierpień 10, 2008 7 komentarzy

autor: Taichi Yamada
przeł.: Anna Horikoshi
wyd.: MUZA SA 2007
język oryg.: japoński

Harada. Scenarzysta, świeżo po rozwodzie, osierocony w wieku lat 12. Pewnego dnia, bez specjalnego celu, wsiada w pociąg i udaje się do dzielnicy swego dzieciństwa – Asakusa. Tam spotyka dwoje ludzi, którzy do złudzenia przypominają jego zmarłych przed trzydziestoma pięcioma laty rodziców. Początkowo próbuje sobie to wyjaśnić nieumiejętnością oddzielenia wspomnień od rzeczywistości, samotnością lub też ogromną potrzebą czyjejś opieki, troski. Sytuacja wydaje mu się być czystym absurdem, mimo to chętnie wraca do Asakusa, spędzając z tym dwojgiem ludzi coraz więcej czasu. Nawet wtedy, gdy oni sami zwracają się do niego w taki sposób, jak gdyby od zawsze był ich synem, jak gdyby było to zupełnie oczywiste.

Trzydziestoparoletni rodzice i czterdziestoośmioletni syn – świat nierealny, ale jeśli halucynacje pozwalają na jego istnienie, to dlaczego mu się nie poddać?

Jeśli jednak rodzice są zaledwie halucynacją, dlaczego dostrzegani są nie tylko przez Haradę, ale i przez innych ludzi? Dlaczego mogą wyjść swobodnie na ulicę, rozmawiać, śmiać się, jeść?

Katsura Fujino. Sama nazywała siebie Kei. Miała coś po trzydziestce, mieszkała w tym samym apartamentowcu, co Harada. W Tokio przy obwodnicy nr 8. I też była samotna. Pewnego dnia przyszła do Harady w odwiedziny. Z szampanem. Chciała się z nim zapoznać, bo wieczorami w apartamentowcu zostawali tylko oni dwoje. Reszta pomieszczeń służyła jako biura dla firm.

Może powinienem był ją wpuścić? Skoro wpraszała się w taki sposób, to chyba rzeczywiście było z nią źle. (…) A jeśli sobie coś zrobi? Jeśli z tej samotności popełni samobójstwo? Nie, nie umrze, nie wyglądała na osobę, która chce się zabić.

Kilka dni później Harada i Kei spotykają się ponownie, a z czasem rodzi się między nimi uczucie. Mężczyzna czuje się szczęśliwy. Ma rodziców, których zawsze mu brakowało, ma kobietę, która się nim przejmuje. Mnóstwo w nim energii, kolejne strony scenariusza zapisuje w niesamowitym tempie. Jego życie nabiera kolorów.
Dlaczego więc inni, widząc go, z trudem ukrywają swe przerażenie? Dlaczego Kei zabrania mu odwiedzin u rodziców, z całą siłą walcząc, by ujrzał swe odbicie w lustrze? Wreszcie, co tak właściwie dzieje się w jego życiu? Należy racjonalnie przyjąć, że w wyniku samotności i braku poczucia bezpieczeństwa Harada doznał pomylenia zmysłów, czy też może uwierzyć w istnienie świata niematerialnego, sięgającego poza ludzką zdolność pojmowania?

“Obcych” odebrałam pozytywnie. Nie jest to opowiadanie najwyższych lotów (rozwiązanie całej, skądinąd ciekawie skonstruowanej historii wydaje się być lekko niedopracowane), jednak warto rzucić na nie okiem. Taka ciekawostka dla zwolenników japońskich klimatów.