Archiwum

Archiwum kategorii ‘Daleki Wschód’

Iriomote – wyspa dzikich kotów

grudzień 11, 2009 2 komentarzy

autor: Krzysztof Schmidt, Nozomi Nakanishi
wyd.: Zysk i S-ka 2008

“Jest wiele miejsc na świecie, których nazwy nikomu nic nie mówią. Przypuszczalnie duża część z nich wcale nie zasługuje na to, aby ktokolwiek coś o nich wiedział. Ale istnieje przecież ta druga część, która z jakichś banalnych powodów nadal zalicza się do tej kategorii, choć nie powinna. Do niej należą te obszary, które są warte poznania, ale zabrakło kogoś, kto mógłby i zechciał o nich wszystkim opowiedzieć.” [str. 9]

Krzysztof Schmidt zechciał. Zechciał opowiedzieć o maleńkiej wyspie w archipelagu Riukiu i o swoich prowadzonych tam badaniach nad yamaneko, jedynymi dzikimi kotami żyjącymi w oderwaniu od stałego lądu, których populacja stanowi już tylko około stu osobników. Opowieść swą prowadzi lekko, przystępnie, uwodząc czytelnika wspaniałościami przedziwnej wyspy, na której czas nieznacznie się zatrzymał. Prawdziwa gratka dla miłośników reportażu, badaczy i fascynatów kotów oraz dla tych, którzy chcieliby poznać ten fragment Japonii, w którym cywilizacja nie zdążyła się jeszcze na dobre zagnieździć.

Obszerniejsza recenzja ukazała się w czwartym numerze magazynu Torii – Japonia znana i nieznana. Zainteresowanych artykułem lub Japonią w ogóle uprzejmie tam odsyłam.

“Cztery tygodnie w Japonii”

wrzesień 10, 2009 1 comment

autor: Ela i Andrzej Banach
cztery_tygodniewyd.: Wydawnictwo Literackie 1973

Publikacja uzupełniona została zdjęciami, w większości czarno-białymi, w liczbie sztuk 258. I to jest jej największy atut właśnie, te fotografie. Różnej są jakości, jednak przyciągają ogromnie wzrok, kuszą swą różnorodnością, zachwycają. Mogłabym je oglądać godzinami (co też bez wahania czyniłam). Inaczej sprawa ma się z treścią reportaży – nie oczarowały mnie, nie wciągnęły, nie pozostawiły po sobie zbyt wiele i raczej do nich nie wrócę.

Może to ze względu na osoby autorów? Podczas czytania wydało mi się, że są realistami, że twardo stąpają po ziemi. Widać to było w ich sposobie opowiadania,  w narracji, w nierzadko suchym, pozbawionym większych emocji opisie, niemal podręcznikowym. Mnóstwo faktów, ale często bez wnikania w ich naturę, głębię, symbolikę – zupełnie, jakby autorzy tylko rejestrowali zdarzenia, nie mając wewnętrznej potrzeby ich zrozumienia, wyjaśnienia. Czasami też, dla odmiany, autorzy wyjaśniali japońskie zjawiska poprzez przełożenie ich na kulturę europejską, a to chyba nie tędy droga. Niewnikanie w głębię widać podczas zwiedzania kompleksów świątynnych,  podczas ceremonii parzenia herbaty – coś w guście: jesteśmy tu, widzimy to i tamto, pani wykonuje taki a taki gest. Niby ciekawie, niby bogato, zwłaszcza gdy autorzy odnoszą się do danych historycznych, ale wciąż czegoś mało, zbyt mało odczuć własnych może, nie wiem, pozostaje niedosyt. Jedne tematy omówione dokładnie, szeroko (jak kwestia Hiroshimy czy znaczenie osoby cesarza), inne natomiast potraktowane po macoszemu (jak już wspomniana ceremonia herbaciana, zawody sumo czy opis japońskiej ulicy, który skupia się niemalże na samej architekturze). Planując podróż do Japonii, autorzy wymyślili sobie kilka kwestii, które zapragnęli zbadać, porównać z Zachodem, z Polską, i zgodnie z tym planem zapełniają kolejne dni pobytu na wyspach. Ja myślę abstrakcjami, odbieram świat poprzez emocje, zatem suche, trzeźwe relacje państwa Banach nie zawsze do mnie trafiają, a momentami zupełnie nużą. Szkoda, bo dobór materiału zapowiadał się interesująco.

“Spacer wśród kwitnących wiśni”

sierpień 24, 2009 2 komentarzy

autor: Wojciech Dworczyk
wyd.: Czytelnik 1966

spacer_wsrod_kwitnacych_wisniMimo zmęczenia zadowolony jestem z wyboru trasy podróży. Utarte szlaki, proponowane najczęściej przez biura turystyczne, ukazują zwiedzany kraj przez pryzmat okrzyczanych i dziesiątki razy opisanych uroków. Spłaciłem już kiedyś haracz naiwności turystycznej, dlatego unikam teraz większych miast z ich hotelami, miejscami rozrywek, z ich – co tu dużo gadać – banalnością. Przychodzi mi to tym łatwiej, że nie stać mnie na podróże luksusowe. Mam do dyspozycji środki materialne nader skromne; prócz nich mogę liczyć tylko na pielęgnowane przez długie lata korespondencyjne przyjaźnie.

Jakkolwiek naukowcy będą się spierać, humaniści wiedzą to od dawna – podróże w czasie są możliwe. Wystarczy dobra książka podróżnicza i odrobina wyobraźni. Dzięki zapiskom Wojciecha Dworczyka miałam możliwość odbyć podróż do Japonii sprzed czterdziestu lat, w której wszechobecna nowoczesna technika nie była jeszcze na porządku dziennym przeciętnego obywatela, i była to podróż rzeczywiście ciekawa i odprężająca.

Głównym plusem reportaży Dworczyka jest fakt, że autor nie pretenduje do miana osoby wszystkowiedzącej i nieomylnej, z żadnego też tematu nie robi długiego wykładu. Jego zapiski to zbiór luźnych przemyśleń odnośnie kraju, po którym podróżuje, kilka zasłyszanych ciekawostek, garść obserwacji i dużo pozytywnego nastroju, niezależnie od okoliczności, w których autor się znajdzie. Nie odbiera Japończyków jako odmieńców, a ich kultury jako dziwnej, egzotycznej. On zaledwie odnotowuje konkretne przypadki – wspomina o miejscach, które odwiedza i o ludziach, których zna z wcześniejszej korespondencji lub których poznaje dzięki życzliwemu łańcuszkowi powiązań (dla przykładu, w Nishinomiya odwiedza braci franciszkanów, tam poznaje ojca Janusza, ten zapoznaje go z profesorem Umedą, profesor bierze go do siebie, by później napisać mu listy referencyjne do swoich znajomych i tym samym nić międzyludzkich powiązań niesie autora w kolejne zakątki wysp). To czyni tę podróż przyjemną, zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Nigdy nie wiadomo, gdzie los zaniesie autora dalej, bo brak tu jakiegokolwiek z góry ustalonego planu wędrówki. Cel jest jeden – zobaczyć i dowiedzieć się jak najwięcej.

Książka składa się z szesnastu felietonów/reportaży, z czego każdy stara się traktować o innym aspekcie japońskiej kultury, obyczajowości czy krajobrazu.  Zdaje się, że nie są one ułożone chronologicznie, trudno też jednoznacznie stwierdzić, czy są to notatki z pierwszej, czy też z obu podróży autora do Japonii. W niczym to jednak nie przeszkadza, a nawet czyta się na swój sposób przyjemniej, bo autor nie stawia w centrum opowieści siebie, tylko interesujące zarówno jego, jak i czytelnika wyspy. Odwiedzamy zatem tradycyjny dom młodych maiko, uczestniczymy w kursie ikebany i bierzemy udział w ceremonii parzenia herbaty, docieramy do  gorących źródeł w uzdrowisku Unzen, do malowniczo położonego Beppu pełnego gejzerów, wędrujemy śladami bogów przez miasta Ise, Nara i Kyoto, widzimy poławiaczki pereł podczas ich pracy, rozmawiamy ze studentami na temat nauki w ich kraju, docieramy też, a jakże, na szczyt Fuji. A to przecież tylko niektóre z odbytych wraz z autorem podróży.

Czy warto cofać się w przeszłość, gdy na rynku dostępnych jest tyle pozycji traktujących o Japonii współczesnej? Oczywiście. Bo żaden kraj i żadne społeczeństwo nie istnieje jedynie tu i teraz. Są wynikiem niezliczonych przeobrażeń, płyną, nigdy nie zatrzymując się w miejscu. Warto wiedzieć, co było wczoraj, by lepiej zrozumieć dzień dzisiejszy. A książka Wojciecha Dworczyka rzeczywiście jest jak spacer, spacer pod rękę z dobrym znajomym przez Kraj Kwitnącej Wiśni lat ‘60-tych.

“Z pokorą i uniżeniem”

grudzień 12, 2008 3 komentarzy

z_pokoraautor: Amélie Nothomb
przeł.: Barbara Grzegorzewska
wyd.: MUZA S.A. 2000
język oryg.: francuski

Stara japońska etykieta precyzuje, że do Cesarza należy zwracać się ‘z pokorą i uniżeniem’. Zawsze mnie zachwycała ta formuła, która tak dobrze pasuje do gry aktorów w filmach o samurajach, gdy ci zwracają się do swojego szefa z nadludzkim szacunkiem.”

Amélie, alter-ego autorki, trafia na rok do japońskiego przedsiębiorstwa, które w swych wspomnieniach określa mianem Yumimoto. Zatrudniona, z europejskiego punktu widzenia, jako tłumacz, wykonuje początkowo zadania herbaciarki, ustawia daty w kalendarzach, roznosi korespondencję, później pełni funkcję kogoś na kształt księgowej – segreguje rachunki, porównuje kwoty z delegacji z kursem jena w danym czasie -, by ostatecznie wylądować na stanowisku sprzątaczki w toalecie. Powód degradacji? Przyszła do firmy w nieodpowiednim momencie, trafiła do niewłaściwego jej predyspozycjom działu i przypadła jej zawistna przełożona. Tak widzi to czytelnik, któremu obce i niezrozumiałe są zachowania Japończyków. Bo w gruncie rzeczy nie było ani szczególnego powodu do degradacji, ani samej nawet degradacji. Amélie przez rok pracy przyuczana była do posłuszeństwa, a że jej zachodnia mentalność nie przystawała do wschodniej, popełniała gafy przy każdym powierzanym jej zadaniu. Tak samo traktowani są wszyscy nowi pracownicy, niezależnie od swych kwalifikacji. Bezpośrednia przełożona Amélie, panna Mori, jasno jej to wytłumaczyła. Ona sama na swe stanowisko pracowała latami, wykonując najróżniejsze, powierzane jej zadania, choćby były najmniej istotne, niewymagające żadnych kwalifikacji. Pracą i cierpliwym znoszeniem wszystkich przykrości, wybiła się. Pracując w japońskiej firmie, nie przychodzi się na gotowe stanowisko, trzeba do niego dojść. Amélie tego nie rozumiała, chciała od razu wykazać się umiejętnościami, pokazać, na co ją stać. Dlatego przełożona sprowadziła ją na ziemię, wysyłając ją ostatecznie do pracy w toalecie.

Jak zauważył to ogół śmiertelników, ubikacja jest miejscem sprzyjającym medytacji. Dla mnie, która stałam się jej westalką, była też okazją do refleksji. Zrozumiałam tam jedną ważną rzecz: że w Japonii życie to przedsiębiorstwo.

Lektura lekka, przyjemna i ogromnie rozbrajająca, zwłaszacza dla pasjonatów japońskiej kultury. Idealnie oddaje realia pracy w tamtejszej firmie, sposób myślenia, postępowania. Zderza ze sobą dwie różne mentalności, wywołując sytuacje dość komiczne, pozwalające wyłapać i zrozumieć jednak różnice między nimi.

“Ani z widzenia, ani ze słyszenia”

październik 22, 2008 9 komentarzy

autor: Amélie Nothomb
przeł.: Joanna Polachowska
wyd.: MUZA S.A. 2008
język oryg.: francuski

“Nie mogłam się powstrzymać, żeby do niego nie podejść.
- Wybaczy pan, ale nie bardzo rozumiem pańskie malarstwo. Czy mógłby mi pan je objaśnić?
- Nie ma w nim nic do rozumienia, nic do objaśniania – odparł z niesmakiem. – Trzeba je odczuwać.
- No właśnie, nic nie odczuwam.
- To już pani problem.”

Właśnie tak jest z powieścią pani Nothomb. Albo się ją czuje, albo nie. Trudno tu cokolwiek wyjaśniać, cokolwiek tłumaczyć. Niby można podzielić jej treść na dwie warstwy, z których jedną będzie dwuletni związek bohaterki-autorki z pobierającym u niej lekcje francuskiego Rinrim, drugą natomiast obserwacje codziennych nawyków japońskiej społeczności, wyłapywanie niuansów niezrozumiałych dla świata zachodu, jednak niełatwo sklasyfikować powieść jako całość. Ani to romans, ani książka podróżnicza. Nie wnosi żadnych rewelacji w świat literatury, nie podnosi adrenaliny we krwi, nie wywołuje ogromnych wzruszeń. Jest niczym pamiętnik pisany z przymrużeniem oka, z wyłączeniem nadmiaru emocji, które wprowadzają niepotrzebny zamęt. Rodzaj zapisu, relacji. A jednocześnie ma w sobie coś, co przyciąga. Wystarczy poczuć. Jeśli się tego ‘czegoś’ nie poczuje na starcie, można sobie swobodnie i bez skrupułów resztę książki darować.

Przeczytałam tę mini-powieść jakieś dwa tygodnie temu. Później do niej wracałam, rozmyślałam nad tym i tamtym, nadal nie wiedząc, jak o niej opowiedzieć. Bo tak czasami jest, że na to, co się czuje, nie zawsze można znaleźć słowa. Wreszcie je znalazłam. Chyba. Myślałam między innymi nad tytułem. Nie znam francuskiego, więc nie rozumiem go w oryginale i nie mogę porównać trafności tłumaczenia. Ale wiem, że dobre tłumaczenie to nie takie, które jest wierne, ale takie, które oddaje sens całości. Dla mnie tytuł polski sens ma. Bo jeśli nie z widzenia i nie ze słyszenia, to zostaje doświadczenie własne, a w wypadku tej powieści jest to sposób opisania Japonii. Japonia u Nothomb nie jest ani relacją z tego, co bohaterka zobaczyła, jakie zabytki były tu, a jacy ludzie byli tam, ani nie przedstawia stereotypowego obrazu tego kraju. Japonia opisana przez bohaterkę jest jak najbardziej doświadczona, przeżyta, odczuta. I to jest właśnie ciekawe.

Ubawił mnie fragment o zdobywaniu przez Amélie i Rinriego góry Fudżi, mający potwierdzić, iż są godni określać się mianem Japończyka [przy czym Amélie zdawała się być bardziej tym zaaferowana, niż sam Rinri], śmiałam się w głos przy relacji z pobytu obojga na wyspie Sado i równie mocno i szczerze podczas opisu kolacji, na którą Rinri zaprosił swych jedenaścioro przyjaciół, czyniąc z Amélie wodzireja konwersacji [co było zaledwie jej odczuciem, reszta traktowała to zupełnie naturalnie].

Poza tym znalazłam w tejże powieści kilka fragmentów, których treść bardzo mnie urzekła swą trafnością, aczkolwiek bezpośrednio nic z Japonią wspólnego nie miała. I choćby dla tych fragmentów do powieści wracam [wszystko zależy od nastroju]. A któregoś dnia pewnie przeczytam ponownie całość.

“Nie ma takiej udręki, która by przeszkodziła człowiekowi rozprzestrzeniać się we wszechświecie. Czyż świat byłby tak wielki bez powodu? Język mówi prawdę: umknąć znaczy uratować się. Jeśli umierasz, wyjedź. Jeśli cierpisz, rusz się. Inne prawo niż prawo ruchu nie istnieje.”