Dni Kultury Japonii, Łódź 2009

listopad 25, 2009 Dodaj komentarz

W dniach 16-24.11.2009 miały w Łodzi miejsce kolejne, 27-me już Dni Kultury Japonii. Organizatorami byli, jak i w roku ubiegłym, Ośrodek Języka i Kultury Japonii im. prof. Ryochu Umedy oraz Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne plus kilka innych placówek kulturalno oświatowych. Kto ciekaw szczegółów, niech zerknie w tegoroczny program. O całości festiwalu, który tym razem odbył się pod szyldem “Świat japońskiego teatru”, wypowiadać się nie będę – niemieszkanie w takich chwilach w Łodzi skutkuje tym, że trudno pojawić się na wszystkich pokazach i prelekcjach, trzeba wybierać. Zwłaszcza, gdy dowiaduje się niemal w ostatniej chwili (to mój mały zarzut odnośnie nikłej reklamy festiwalu).

Więc wybrałam.

Zdjęcia pozwolono robić dopiero PO przedstawieniu, więc jakby na jeden znak - ukłon grupy i wszystkie apatraty w ruch^^

Nie mogłam odmówić sobie obejrzenia spektaklu teatru pantomimy pana Hiroyasu Sasaki z czteroosobowym zespołem. Fantastyczna rzecz! Niebywałe, iż za pomocą gestów i muzyki oddać można tyle emocji, przekazać tkwiące w głowie aktora obrazy szerokiej publiczności i nawiązać z nią nić porozumienia, nie posługując się ani jednym słowem. Człowiek współczesny pozbawiony uczuć, zamieniający się powoli w maszynę, wykonującą codzienne, rutynowe czynności, bez wnikania w głębię, naciąganie liny, łapanie motyli, wchodzenie do rzeki bosymi stopami, człowiek zaplątany w sieci, z których wydostanie się dopiero docierając do własnego wnętrza, do źródła spokoju. Nie wiem, czy taki był przekaz pana Sasaki, ale takie właśnie obrazy nasuwały mi się do głowy podczas spektaklu.

“Chado – pokaz ceremonii herbacianej” pod nadzorem pani Yoko Aso pozostawił we mnie pewien niedosyt, czegoś mi zabrakło na płaszczyźnie organizacji. Wierzę, iż dziewczęta długo ćwiczyły do prezentacji, wierzę, iż mogły mieć tremę, ale drażnił mnie nieco ich brak skupienia podczas parzenia herbaty czy też późniejszego sprzątania czarek. Cały czas przychodziła mi na myśl dokładność dziewcząt prezentujących ceremonię podczas Dni Kultury Japonii w Biskupinie. Plusem niewątpliwym była jednak możliwość skosztowania łyka zielonej (dosłownie) herbaty. Zauważyłam przy tym, że już tak zapita jestem zieloną herbatą na co dzień, iż szczególnej jakiejś goryczy, o której mowa była, zbytnio nie poczułam, a i Pchełka moja raczej się nie krzywiła.

Emiko-san wyjaśnia, co i jak...

Z ciekawością wysłuchałam prelekcji pana Yoshimasa Mizuo “Manga i anime – działalność wydawnicza w Japonii”. Mimo iż nic nowego się nie dowiedziałam, miło było posłuchać. Z pewnością mogło zainteresować osoby, które w temacie jeszcze raczkują. Pchełka z całej prelekcji odnotowała… wielkiego Pikachu na ekranie;) I fragment animacji “Ponyo on the Cliff” (reż. Hayao Miyazaki, 2008).

“Cuda na scenie – makijaż teatralny” zainteresowało mnie szczególnie. I nie bardzo zgadzam się ze słowami prowadzącej prelekcję Izumi Yoshida – historia JEST ciekawa i o historii właśnie makijażu posłuchałabym z nieukrywaną przyjemnością. Nyo, ale może należę do mniejszości;) Interesujące, że z wykładu o makijażu gładko przeszliśmy do teatru muzycznego Takarazuka i kilku fragmentów rewii – w sumie też miło. Bo w gruncie rzeczy, czy to ważne, czy trzymamy się tematu, czy też delikatnie od niego odbiegamy? Grunt, że nadal tkwimy przy Japonii, a zebrani dobrze się bawią.

Warsztaty suibokuga i wyrób ozdób praban sobie odpuściłam. Bynajmniej nie dlatego, że uznałam je za mniej ciekawe (skądże!), ale obiecałam Pchełce warsztaty origami. A warsztaty, poprowadzone przez panią Emiko Hiraoka, wypadły ogromnie sympatycznie, co skutkowało ogromnym rogalikiem na buźce Pchełki i chęcią samodzielnego składania papierowych figurek w domu.

... a rezultaty pracy - o, takie^^

Oprócz tego obejrzałam dwie wystawy fotografii – “Góra Fuji” Mitsuhiro Yokoyama oraz “Festiwal w Japonii” Masakatsu Yoshida, oczy nacieszyłam wystawą kimon, kakemono i akcesoriów (ach! te śliczne, malutkie zori), przyjrzałam się też wystawie “Urushi – świat japońskiej laki”, zawierającej prace Tsuneo Goto i Tetsuhiro Aso. Rzeczy naprawdę piękne.

Co mi się w łódzkich Dniach Kultury Japonii wyjątkowo podoba, to nie dobór materiału, jakość wykładów, ilość prezentowanych zbiorów czy filmów, ale atmosfera, jaka tam panuje. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie angażowali by się w te dni, nawet gdyby mieli je robić wyłącznie dla siebie. Mnóstwo tam uśmiechu, radości, pasji, bez względu na wiek. To się ceni.

“Kuchnia”

listopad 24, 2009 2 komentarzy

autor: Banana Yoshimoto
przeł.: Anna Zielińska-Elliott
wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy 2004

Kuchnia (1988)

Mikage Sakurai wcześnie traci rodziców. Wychowują ją dziadkowie, ale i na nich kolejno przychodzi czas. Gdy umiera babcia, dziewczyna zostaje zupełnie sama. Przestaje pojawiać się na uczelni, traci poczucie czasu, nie bardzo wie, co z sobą zrobić, choć zdaje sobie sprawę, że w mieszkaniu zostać nie może – dla jednej osoby jest za duże i za drogie. Ze wszystkich miejsc najbliższa staje się jej kuchnia, miejsce blisko lodówki. Odkrywa, że tam śpi się jej najlepiej.

Zostałyśmy same, ja i kuchnia. Trochę łatwiej tak myśleć, niż przyznać, że zostałam sama.” [str.7]

Yuichi Tanabe jest rok młodszy od Mikage, studiuje. Matki nigdy nie znał, zmarła, gdy był mały. Wychował go ojciec,  zastępując mu matkę dosłownie i w pełnym wymiarze – nie znosił robić niczego połowicznie. Przekształcając się w Eriko, wniósł do domu mnóstwo ciepła i pozytywnej energii.

Ile mógł mieć lat, gdy zrozumiał, że na tej ciemnej, górskiej drodze będzie musiał sam sobie poświecić? Był zawsze samotny, choć wychowywał się otoczony miłością.” [str. 22]

Drogi tych dwojga splatają się. Korzystając z zaproszenia, Mikage wprowadza się na pewien czas do rodziny Tanabe. Trudno jednoznacznie stwierdzić, co łączy Mikage i Yuichi’ego. Zdaje się, że oni sami tego nie wiedzą, nie potrafią nazwać. Może chodzi tylko o doświadczenie śmierci najbliższych, o śmierć, która spokojnie wokół nich krąży, raz po razie ich dotykając. Może o sny, które przenikają rzeczywistość. Porozumienie bez słów. A może jest to miłość, która nie potrafi się przebić przez barierę samotności i zagubienia. Oni sami będą musieli to zrozumieć. Zanim nie będzie za późno.

Moonlight Shadow (1986)

Satsuki ma lat dwadzieścia, gdy w wypadku samochodowym ginie jej chłopak, Hitoshi. Ginie, choć to nie on spowodował wypadek, a razem z nim ginie Yumiko, dziewczyna jego brata. Satsuki nie wie, jak poradzić sobie ze stratą Hitoshi’ego. Wspomina dzwoneczek, który przed laty mu dała, a którego dźwięk później zawsze już przy nich był. Kupuje sobie dwa komplety dresów, buty do biegania, termos i codziennie rano biega do mostu. Tam spotykała się z Hitoshim, tam widziała go po raz ostatni.

(…) los to drabina, w której nie można pominąć żadnego szczebla, bo nie uda się wspiąć do góry, choć z pomijaniem szczebli byłoby o wiele szybciej.” [str. 113-114]

Któregoś ranka, gdy siedząc nad mostem trzyma zakrętkę od termosu z zamiarem napicia się herbaty, nieznajoma dziewczyna niespodziewanie ją zagaduje, iż chętnie również by się napiła. Gwałtowny ruch przestraszonej Satsuki powoduje, iż termos wpada do rzeki. Ale w tej samej też chwili zaczyna się znajomość Satsuki z Urarą, a granice między rzeczywistością a światem nierealnym delikatnie się zamazują. Kulminacja następuje nad rzeką, za trzy piąta rano, podczas święta Tanabaty.

Są ludzie, których spotka się ponownie, oraz tacy, których się już nie spotka. Ludzie, którzy nie wiadomo kiedy znikają, i ludzie, których tylko mijamy.” [str. 133-134]

Kolejna po “Hard-boiled. Hard Luck” książka Banany Yoshimoto, którą miałam przyjemność przeczytać, i kolejny tomik dwóch opowiadań zarazem. Co mnie uderza, to fakt, iż opowiadania zawsze są tak dobierane, by tematycznie się pokrywały, nieznacznie uzupełniając. Swoista uczta. W “Kuchni” Yoshimoto porusza temat śmierci, samotności, trudności w odnalezieniu samego siebie i sposobu, jak żyć po stracie kogoś bardzo bliskiego. Trochę to przygnębiające. Ale w żaden sposób nie nazwę jej pisarstwa dołującym, z tej prostej przyczyny, iż mimo całego smutku i tragedii, jakie bohaterów spotykają, opowiadania Yoshimoto są ostatecznie optymistyczne. Autorka pokazuje, iż owszem, po ciężkim przeżyciu można popaść w melancholię, ale przychodzi czas, że trzeba się z tego ocknąć, strzepnąć cały smutek, bo życie człowieka nie kończy się wraz z odejściem bliskich. Takie pisarstwo lubię.

smutne piękno prostoty

październik 30, 2009 3 komentarzy

“Plastycznym modelem wabi – smutnego piękna prostoty – są przedmioty używane w czasie spotkań przy zielonej herbacie. Prosty pawilon i ogród, który ma sprawiać wrażenie nie tkniętego ludzką ręką, ścieżki utworzone z jakby od niechcenia rozrzuconych kamyków. Cisza i prostota, a wewnątrz tylko wiersz i gałązka kwiatu na tle pustej, drewnianej ściany. Skupienie, smak herbaty, prosty kształt naczyń i aktualność myśli zawartej w poezji. Wszędzie panuje oszczędność słów i oszczędność ruchu, a forma przedmiotów i zachowań – jak w haiku – wyraża niedopowiedzenie.”

za: Haiku, tłum. Agnieszka Żuławska-Umeda, Ossolineum 1983, str. 7
(ze wstępu napisanego przez tłumaczkę)

sprawa ukłonów

październik 2, 2009 2 komentarzy

“Wszystko zależy, kim się jest i z kim ma się do czynienia. Główna zasada: pierwszy głębiej i częściej kłania się ten, którego status jest niższy. A kto góruje? Przede wszystkim człowiek mający więcej lat, a więc dziadek, ojciec i wujowie, starszy brat, oniisan – do którego zresztą zwraca się nie po imieniu, tylko tak właśnie go tytułuje. Dalej ci, co są wyżsi rangą – zwierzchnik, profesor. Jeśli ktoś wspiął się z biegiem czasu nawet na bardzo eksponowane stanowisko, przed swym nauczycielem (sensei) z młodzieńczych lat zawsze kornie się pochyla. Uczeń witając czy żegnając kolegę ze starszej klasy (niektóre szkoły po dziś dzień wymagają, aby na kołnierzu mundurka wyhaftowana była cyfra określająca klasę), gnie się niżej. Kobieta, jako istota drugiej kategorii, pierwsza nisko pozdrawia mężczyznę – męża, jego kolegów z pracy, kuzynów, a także mężów znajomych pań. Przed gościem pochyla się gospodarz, przed klientem kupiec, przed wierzycielem dłużnik.”

za: Janina Rubach-Kuczewska, Życie po japońsku, Iskry 1983, str. 62

ceramika Emiko Oki w Łodzi

wrzesień 13, 2009 2 komentarzy
EmikoOki

Emiko Oki

Emiko Oki, japońska projektantka sztuki użytkowej, mieszkająca i pracująca w Londynie. Wkrótce jej prace będzie można podziwiać również w Polsce, podczas III Międzynarodowego Festiwalu Designu Łódź Design 2009. Zeszłoroczny festiwal uważam za udany, więc i na tegoroczny z chęcią się piszę. Zwłaszcza, gdy tematem wystawy non object ive jest wspomniana w tytule notki ceramika. Emiko Oki stworzyła siedmioelementową zastawę stołową, która po złożeniu przypomina puchar – pomysł ciekawy i aż korci, by zobaczyć wykonanie na własne oczy.

Projekt ma na celu wzbogacenie przeżyć towarzyszących jedzeniu oraz pełnienie funkcji estetycznej, kiedy zastawa nie jest używana. Interesowała mnie idea trofeum. Jest to praktycznie bezużyteczny przedmiot, symbol sportu i męskości. Pomyślałam, że ciekawsze byłoby przerobienie trofeum na jego przeciwieństwo: coś kobiecego, kruchego i funkcjonalnego“, pisze o swoim projekcie Oki.

emikooki2

Emiko Oki, "Zastawa stołowa - Trofeum" (2000)

Zdjęcia pochodzą ze strony oficjalnej artystki, natomiast na sam festiwal zapraszam do Łodzi w dniach 15-31.10.2009. Więcej informacji odnośnie festiwalu i konkretnych wystaw znaleźć można tutaj.

“Cztery tygodnie w Japonii”

wrzesień 10, 2009 1 comment

autor: Ela i Andrzej Banach
cztery_tygodniewyd.: Wydawnictwo Literackie 1973

Publikacja uzupełniona została zdjęciami, w większości czarno-białymi, w liczbie sztuk 258. I to jest jej największy atut właśnie, te fotografie. Różnej są jakości, jednak przyciągają ogromnie wzrok, kuszą swą różnorodnością, zachwycają. Mogłabym je oglądać godzinami (co też bez wahania czyniłam). Inaczej sprawa ma się z treścią reportaży – nie oczarowały mnie, nie wciągnęły, nie pozostawiły po sobie zbyt wiele i raczej do nich nie wrócę.

Może to ze względu na osoby autorów? Podczas czytania wydało mi się, że są realistami, że twardo stąpają po ziemi. Widać to było w ich sposobie opowiadania,  w narracji, w nierzadko suchym, pozbawionym większych emocji opisie, niemal podręcznikowym. Mnóstwo faktów, ale często bez wnikania w ich naturę, głębię, symbolikę – zupełnie, jakby autorzy tylko rejestrowali zdarzenia, nie mając wewnętrznej potrzeby ich zrozumienia, wyjaśnienia. Czasami też, dla odmiany, autorzy wyjaśniali japońskie zjawiska poprzez przełożenie ich na kulturę europejską, a to chyba nie tędy droga. Niewnikanie w głębię widać podczas zwiedzania kompleksów świątynnych,  podczas ceremonii parzenia herbaty – coś w guście: jesteśmy tu, widzimy to i tamto, pani wykonuje taki a taki gest. Niby ciekawie, niby bogato, zwłaszcza gdy autorzy odnoszą się do danych historycznych, ale wciąż czegoś mało, zbyt mało odczuć własnych może, nie wiem, pozostaje niedosyt. Jedne tematy omówione dokładnie, szeroko (jak kwestia Hiroshimy czy znaczenie osoby cesarza), inne natomiast potraktowane po macoszemu (jak już wspomniana ceremonia herbaciana, zawody sumo czy opis japońskiej ulicy, który skupia się niemalże na samej architekturze). Planując podróż do Japonii, autorzy wymyślili sobie kilka kwestii, które zapragnęli zbadać, porównać z Zachodem, z Polską, i zgodnie z tym planem zapełniają kolejne dni pobytu na wyspach. Ja myślę abstrakcjami, odbieram świat poprzez emocje, zatem suche, trzeźwe relacje państwa Banach nie zawsze do mnie trafiają, a momentami zupełnie nużą. Szkoda, bo dobór materiału zapowiadał się interesująco.

sztuka japońska

sierpień 26, 2009 2 komentarzy

“Na Zachodzie działalność artystyczna jest twórczością złączoną z życiem, ale osobną. W Japonii sztuką jest wszelka działalność symboliczna: stworzenie rzeźby, zbudowanie bramy, złożenie ukłonu, podanie herbaty, walka dziudo, uśmiech. Wszystko, co ma formę dwuznaczną, co jest z ziemi i z nieba, z ciała i z psychiki, co ma formę wyrazu i sygnału, co jest sposobem porozumienia – jest sztuką. W Japonii zawsze tak było. Mądrość była opanowaniem ciała, świętość uwalniała od nieszczęścia raz na zawsze, sztuka była estetycznym sposobem życia.”

za: Ela i Andrzej Banach, Cztery tygodnie w Japonii, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973, str. 31

“Spacer wśród kwitnących wiśni”

sierpień 24, 2009 2 komentarzy

autor: Wojciech Dworczyk
wyd.: Czytelnik 1966

spacer_wsrod_kwitnacych_wisniMimo zmęczenia zadowolony jestem z wyboru trasy podróży. Utarte szlaki, proponowane najczęściej przez biura turystyczne, ukazują zwiedzany kraj przez pryzmat okrzyczanych i dziesiątki razy opisanych uroków. Spłaciłem już kiedyś haracz naiwności turystycznej, dlatego unikam teraz większych miast z ich hotelami, miejscami rozrywek, z ich – co tu dużo gadać – banalnością. Przychodzi mi to tym łatwiej, że nie stać mnie na podróże luksusowe. Mam do dyspozycji środki materialne nader skromne; prócz nich mogę liczyć tylko na pielęgnowane przez długie lata korespondencyjne przyjaźnie.

Jakkolwiek naukowcy będą się spierać, humaniści wiedzą to od dawna – podróże w czasie są możliwe. Wystarczy dobra książka podróżnicza i odrobina wyobraźni. Dzięki zapiskom Wojciecha Dworczyka miałam możliwość odbyć podróż do Japonii sprzed czterdziestu lat, w której wszechobecna nowoczesna technika nie była jeszcze na porządku dziennym przeciętnego obywatela, i była to podróż rzeczywiście ciekawa i odprężająca.

Głównym plusem reportaży Dworczyka jest fakt, że autor nie pretenduje do miana osoby wszystkowiedzącej i nieomylnej, z żadnego też tematu nie robi długiego wykładu. Jego zapiski to zbiór luźnych przemyśleń odnośnie kraju, po którym podróżuje, kilka zasłyszanych ciekawostek, garść obserwacji i dużo pozytywnego nastroju, niezależnie od okoliczności, w których autor się znajdzie. Nie odbiera Japończyków jako odmieńców, a ich kultury jako dziwnej, egzotycznej. On zaledwie odnotowuje konkretne przypadki – wspomina o miejscach, które odwiedza i o ludziach, których zna z wcześniejszej korespondencji lub których poznaje dzięki życzliwemu łańcuszkowi powiązań (dla przykładu, w Nishinomiya odwiedza braci franciszkanów, tam poznaje ojca Janusza, ten zapoznaje go z profesorem Umedą, profesor bierze go do siebie, by później napisać mu listy referencyjne do swoich znajomych i tym samym nić międzyludzkich powiązań niesie autora w kolejne zakątki wysp). To czyni tę podróż przyjemną, zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Nigdy nie wiadomo, gdzie los zaniesie autora dalej, bo brak tu jakiegokolwiek z góry ustalonego planu wędrówki. Cel jest jeden – zobaczyć i dowiedzieć się jak najwięcej.

Książka składa się z szesnastu felietonów/reportaży, z czego każdy stara się traktować o innym aspekcie japońskiej kultury, obyczajowości czy krajobrazu.  Zdaje się, że nie są one ułożone chronologicznie, trudno też jednoznacznie stwierdzić, czy są to notatki z pierwszej, czy też z obu podróży autora do Japonii. W niczym to jednak nie przeszkadza, a nawet czyta się na swój sposób przyjemniej, bo autor nie stawia w centrum opowieści siebie, tylko interesujące zarówno jego, jak i czytelnika wyspy. Odwiedzamy zatem tradycyjny dom młodych maiko, uczestniczymy w kursie ikebany i bierzemy udział w ceremonii parzenia herbaty, docieramy do  gorących źródeł w uzdrowisku Unzen, do malowniczo położonego Beppu pełnego gejzerów, wędrujemy śladami bogów przez miasta Ise, Nara i Kyoto, widzimy poławiaczki pereł podczas ich pracy, rozmawiamy ze studentami na temat nauki w ich kraju, docieramy też, a jakże, na szczyt Fuji. A to przecież tylko niektóre z odbytych wraz z autorem podróży.

Czy warto cofać się w przeszłość, gdy na rynku dostępnych jest tyle pozycji traktujących o Japonii współczesnej? Oczywiście. Bo żaden kraj i żadne społeczeństwo nie istnieje jedynie tu i teraz. Są wynikiem niezliczonych przeobrażeń, płyną, nigdy nie zatrzymując się w miejscu. Warto wiedzieć, co było wczoraj, by lepiej zrozumieć dzień dzisiejszy. A książka Wojciecha Dworczyka rzeczywiście jest jak spacer, spacer pod rękę z dobrym znajomym przez Kraj Kwitnącej Wiśni lat ‘60-tych.

opowieści reżysera Kitano

sierpień 18, 2009 4 komentarzy

Takeshi Kitano jest jednym z tych ludzi, o których mówi się człowiek orkiestra – bywa scenarzystą, reżyserem, aktorem (a niekiedy nawet wszystkim na raz), w krótkich zaś momentach oderwania od filmu maluje, rysuje komiksy, pisze. Niesamowita osobowość. Tekst poniższy powstaje pod wpływem obejrzanego przeze mnie ostatnio „Hana-bi”, którego Takeshi Kitano był reżyserem. Tak, reżyserem. Co innego dla filmu tegoż zrobił (a zrobił wiele), w tej chwili mnie nie interesuje. Obejrzałam film, film pozostawił uczucia mieszane, zastanowiło mnie zatem, czy wszystkie filmy Kitano takie są, tak samo oddziałują, i szybko odszukałam w pamięci te niedawno widziane. W sumie jest ich zaledwie sztuk trzy. Na półce czeka „Brat” („Brother”, 2000).

Trudno mi teraz określić, który obraz widziałam jako pierwszy. zatoichi_kitanoPrzypuszczam, że był to „Zatôichi” (2003), ale ręki sobie uciąć nie dam. „Zatôichi” emitowany był przez TVP, o porze takiej, że szkoda słów, ale do czasu emisji dotrwałam, film obejrzałam i byłam zachwycona. Warto było. Białowłosy mistrz miecza (tutaj pierwsze skojarzenie, z rodzimym wiedźminem, które tylko zwiększyło uczucie sympatii do bohatera), z pozoru starszy, bezbronny i ślepy masażysta wędrujący przez Japonię XIX wielu. Drugie skojarzenie to szybkie porównanie z „Siedmioma samurajami” („Shichinin no Samurai”, 1954) Akiry Kurosawy, przy czym w przypadku dzieła Kitano liczba samurajów walczących dla biednej wioski okrojona zostaje do sztuki jednej. Miecz Zatôichiego ukryty w lasce siecze równo, krew się leje strumieniami, deszcz wszystko lirycznie okrasza i jest pięknie. Wiem, upraszczam, ale faktem jest, że szalenie spodobało mi się połączenie XIX-wiecznej historii ze współczesną popkulturą. Obejrzałabym chętnie raz jeszcze.

hanabi_kitanoTrup ściele się równo także w „Hana-bi” (1997), z tą drobną różnicą, że zamiast efektownie tnących samurajskich mieczy mamy pistolety yakuzy. Pistolety, jak dla mnie, czaru w sobie nie mają, więc i nadmiar czerwonych plam w obrazie wydał mi się męczący. Jakby jednak nie spojrzeć, piękna i urzekająca jest historia trzech dobrych w swym fachu policjantów, z których jeden (Horibe) zostaje nagle kaleką na całe życie, na drugiego (Nishi) spada ciężar w postaci śmierci córki i pogłębiającej się choroby żony, a trzeci (Tanaka) traci życie, pozostawiając po sobie rodzinę. Historia o tym, że nigdy nie wiemy, jak bardzo i w jak krótkim czasie może odmienić się nasze życie, o tym, jak ważna dla dalszego działania jest inspiracja, o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla drugiego człowieka.

lalki_kitanoTrzeci widziany przez mnie film Kitano jest zupełnie inny (no, może z jednym wyjątkiem). Jest bardziej poetycki, więcej w nim wrażliwości i na pewno mniej rozlanej krwi. Mowa tu o filmie „Lalki” („Dolls”, 2002), podzielonym w swej konstrukcji na trzy różne, lecz mimo wszystko splecione ze sobą historie. Pierwsza opowiada o dwójce młodych ludzi, Matsumoto i Sawako, o dokonanym pod wpływem rodziców złym wyborze, o wynikającej z tego tragedii, o obłędzie spowodowanym miłością i ostatecznie o wędrówce, niczym w lunatycznym śnie, przez cztery pory roku, których nasycenie barw razi oczy i rozpływa się w sercu. Opowieść druga jest bardziej charakterystyczna dla Kitano, bowiem rozgrywa się w świecie yakuzy. Hiro, szef mafii, wraca do parku, w którym przed trzydziestu laty dzień w dzień pewna kobieta częstowała go specjalnie dla niego przygotowanym obiadem. Wówczas Hiro zostawił ją, by zarobić pieniądze, by stać się kimś. Nigdy więcej, aż do teraz, nie pojawił się w tym parku. On. Kobieta natomiast przychodziła tu codziennie, siadała na tej samej ławce, w dłoniach trzymając przygotowany dla niego posiłek. Mimo jednak ponownego spotkania, mimo drugiej szansy, mimo żyjącego nadal uczucia nie dane im będzie być razem; te trzydzieści lat między pierwszą a drugą szansą upomina się o Hiro. Opowieść trzecia to historia Haruny Yamaguchi, młodej gwiazdy pop, która po wypadku zamyka się w sobie, i jej najbardziej oddanego fana. Biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze historie i ich przebieg, nie ma sensu się łudzić, by ta skończyła się szczęśliwie. Ale właśnie to u Kitano jest ciekawe, myśl, że szczęście to nie całość życia, ale jego fragmenty.

Kolejna rzecz, która w filmach Kitano mnie urzekła, to muzyka. Zarówno do „Hana-bi”, jak i do „Lalek” ścieżkę dźwiękową skomponował Joe Hisashi, ten sam, którego talent mogłam niedawno podziwiać w filmie „Pożegnania” („Okuribito”, reż. Yojiro Takita, 2008) i który jest stałym współpracownikiem uwielbianego przeze mnie Hayao Miyazakiego (studio Ghibli). Połączenie muzyki Hisashiego z obrazami Kitano jest czymś naprawdę dobrym.

W filmach Takeshiego Kitano krwi jest dużo. Albo się to polubi, przetrawi, przymknie oko, albo nici z przyjemności oglądania, bo obrazy będą drażnić. Ale jest też druga warstwa jego filmów, która zmusza do myślenia, która pokazuje uparcie, że i w świecie pełnym przemocy miejsce na liryzm, na miłość, przyjaźń czy poczucie braterstwa się znajdzie. Warto do tej warstwy dotrzeć.

kot z Iriomote

sierpień 17, 2009 Dodaj komentarz

iriomote_stamp

“Czułem niesamowity i przyjemny zarazem dreszcz emocji, zdając sobie sprawę, że oto właśnie dopływam do legendarnej, w pewnym sensie, wyspy zamieszkałej przez niezwykły gatunek kotów, które poza tym miejscem nie występują nigdzie indziej na świecie – kotów z Iriomote. Jest to również jedyny przypadek na naszym globie, kiedy dziki kot zamieszkuje tak małą wyspę, daleko od stałego lądu. Oczywiście doskonale rozumiałem, że odczucia te podziela zaledwie garstka osób, a przytłaczająca większość nigdy nawet nie słyszała i nie usłyszy jego nazwy, ale świadomość przynależności do tej garstki tym bardziej była dla mnie ekscytująca.”

za: Krzysztof Schmidt/ Nozomi Nakanishi, Iriomote. Wyspa dzikich kotów, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2008, str. 30-31