smutne piękno prostoty
“Plastycznym modelem wabi – smutnego piękna prostoty – są przedmioty używane w czasie spotkań przy zielonej herbacie. Prosty pawilon i ogród, który ma sprawiać wrażenie nie tkniętego ludzką ręką, ścieżki utworzone z jakby od niechcenia rozrzuconych kamyków. Cisza i prostota, a wewnątrz tylko wiersz i gałązka kwiatu na tle pustej, drewnianej ściany. Skupienie, smak herbaty, prosty kształt naczyń i aktualność myśli zawartej w poezji. Wszędzie panuje oszczędność słów i oszczędność ruchu, a forma przedmiotów i zachowań – jak w haiku – wyraża niedopowiedzenie.”
za: Haiku, tłum. Agnieszka Żuławska-Umeda, Ossolineum 1983, str. 7
(ze wstępu napisanego przez tłumaczkę)
sprawa ukłonów
“Wszystko zależy, kim się jest i z kim ma się do czynienia. Główna zasada: pierwszy głębiej i częściej kłania się ten, którego status jest niższy. A kto góruje? Przede wszystkim człowiek mający więcej lat, a więc dziadek, ojciec i wujowie, starszy brat, oniisan – do którego zresztą zwraca się nie po imieniu, tylko tak właśnie go tytułuje. Dalej ci, co są wyżsi rangą – zwierzchnik, profesor. Jeśli ktoś wspiął się z biegiem czasu nawet na bardzo eksponowane stanowisko, przed swym nauczycielem (sensei) z młodzieńczych lat zawsze kornie się pochyla. Uczeń witając czy żegnając kolegę ze starszej klasy (niektóre szkoły po dziś dzień wymagają, aby na kołnierzu mundurka wyhaftowana była cyfra określająca klasę), gnie się niżej. Kobieta, jako istota drugiej kategorii, pierwsza nisko pozdrawia mężczyznę – męża, jego kolegów z pracy, kuzynów, a także mężów znajomych pań. Przed gościem pochyla się gospodarz, przed klientem kupiec, przed wierzycielem dłużnik.”
za: Janina Rubach-Kuczewska, Życie po japońsku, Iskry 1983, str. 62
ceramika Emiko Oki w Łodzi

Emiko Oki
Emiko Oki, japońska projektantka sztuki użytkowej, mieszkająca i pracująca w Londynie. Wkrótce jej prace będzie można podziwiać również w Polsce, podczas III Międzynarodowego Festiwalu Designu Łódź Design 2009. Zeszłoroczny festiwal uważam za udany, więc i na tegoroczny z chęcią się piszę. Zwłaszcza, gdy tematem wystawy non object ive jest wspomniana w tytule notki ceramika. Emiko Oki stworzyła siedmioelementową zastawę stołową, która po złożeniu przypomina puchar – pomysł ciekawy i aż korci, by zobaczyć wykonanie na własne oczy.
“Projekt ma na celu wzbogacenie przeżyć towarzyszących jedzeniu oraz pełnienie funkcji estetycznej, kiedy zastawa nie jest używana. Interesowała mnie idea trofeum. Jest to praktycznie bezużyteczny przedmiot, symbol sportu i męskości. Pomyślałam, że ciekawsze byłoby przerobienie trofeum na jego przeciwieństwo: coś kobiecego, kruchego i funkcjonalnego“, pisze o swoim projekcie Oki.

Emiko Oki, "Zastawa stołowa - Trofeum" (2000)
Zdjęcia pochodzą ze strony oficjalnej artystki, natomiast na sam festiwal zapraszam do Łodzi w dniach 15-31.10.2009. Więcej informacji odnośnie festiwalu i konkretnych wystaw znaleźć można tutaj.
“Cztery tygodnie w Japonii”
autor: Ela i Andrzej Banach
wyd.: Wydawnictwo Literackie 1973
Publikacja uzupełniona została zdjęciami, w większości czarno-białymi, w liczbie sztuk 258. I to jest jej największy atut właśnie, te fotografie. Różnej są jakości, jednak przyciągają ogromnie wzrok, kuszą swą różnorodnością, zachwycają. Mogłabym je oglądać godzinami (co też bez wahania czyniłam). Inaczej sprawa ma się z treścią reportaży – nie oczarowały mnie, nie wciągnęły, nie pozostawiły po sobie zbyt wiele i raczej do nich nie wrócę.
Może to ze względu na osoby autorów? Podczas czytania wydało mi się, że są realistami, że twardo stąpają po ziemi. Widać to było w ich sposobie opowiadania, w narracji, w nierzadko suchym, pozbawionym większych emocji opisie, niemal podręcznikowym. Mnóstwo faktów, ale często bez wnikania w ich naturę, głębię, symbolikę – zupełnie, jakby autorzy tylko rejestrowali zdarzenia, nie mając wewnętrznej potrzeby ich zrozumienia, wyjaśnienia. Czasami też, dla odmiany, autorzy wyjaśniali japońskie zjawiska poprzez przełożenie ich na kulturę europejską, a to chyba nie tędy droga. Niewnikanie w głębię widać podczas zwiedzania kompleksów świątynnych, podczas ceremonii parzenia herbaty – coś w guście: jesteśmy tu, widzimy to i tamto, pani wykonuje taki a taki gest. Niby ciekawie, niby bogato, zwłaszcza gdy autorzy odnoszą się do danych historycznych, ale wciąż czegoś mało, zbyt mało odczuć własnych może, nie wiem, pozostaje niedosyt. Jedne tematy omówione dokładnie, szeroko (jak kwestia Hiroshimy czy znaczenie osoby cesarza), inne natomiast potraktowane po macoszemu (jak już wspomniana ceremonia herbaciana, zawody sumo czy opis japońskiej ulicy, który skupia się niemalże na samej architekturze). Planując podróż do Japonii, autorzy wymyślili sobie kilka kwestii, które zapragnęli zbadać, porównać z Zachodem, z Polską, i zgodnie z tym planem zapełniają kolejne dni pobytu na wyspach. Ja myślę abstrakcjami, odbieram świat poprzez emocje, zatem suche, trzeźwe relacje państwa Banach nie zawsze do mnie trafiają, a momentami zupełnie nużą. Szkoda, bo dobór materiału zapowiadał się interesująco.
sztuka japońska
“Na Zachodzie działalność artystyczna jest twórczością złączoną z życiem, ale osobną. W Japonii sztuką jest wszelka działalność symboliczna: stworzenie rzeźby, zbudowanie bramy, złożenie ukłonu, podanie herbaty, walka dziudo, uśmiech. Wszystko, co ma formę dwuznaczną, co jest z ziemi i z nieba, z ciała i z psychiki, co ma formę wyrazu i sygnału, co jest sposobem porozumienia – jest sztuką. W Japonii zawsze tak było. Mądrość była opanowaniem ciała, świętość uwalniała od nieszczęścia raz na zawsze, sztuka była estetycznym sposobem życia.”
za: Ela i Andrzej Banach, Cztery tygodnie w Japonii, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973, str. 31
“Spacer wśród kwitnących wiśni”
autor: Wojciech Dworczyk
wyd.: Czytelnik 1966
“Mimo zmęczenia zadowolony jestem z wyboru trasy podróży. Utarte szlaki, proponowane najczęściej przez biura turystyczne, ukazują zwiedzany kraj przez pryzmat okrzyczanych i dziesiątki razy opisanych uroków. Spłaciłem już kiedyś haracz naiwności turystycznej, dlatego unikam teraz większych miast z ich hotelami, miejscami rozrywek, z ich – co tu dużo gadać – banalnością. Przychodzi mi to tym łatwiej, że nie stać mnie na podróże luksusowe. Mam do dyspozycji środki materialne nader skromne; prócz nich mogę liczyć tylko na pielęgnowane przez długie lata korespondencyjne przyjaźnie.“
Jakkolwiek naukowcy będą się spierać, humaniści wiedzą to od dawna – podróże w czasie są możliwe. Wystarczy dobra książka podróżnicza i odrobina wyobraźni. Dzięki zapiskom Wojciecha Dworczyka miałam możliwość odbyć podróż do Japonii sprzed czterdziestu lat, w której wszechobecna nowoczesna technika nie była jeszcze na porządku dziennym przeciętnego obywatela, i była to podróż rzeczywiście ciekawa i odprężająca.
Głównym plusem reportaży Dworczyka jest fakt, że autor nie pretenduje do miana osoby wszystkowiedzącej i nieomylnej, z żadnego też tematu nie robi długiego wykładu. Jego zapiski to zbiór luźnych przemyśleń odnośnie kraju, po którym podróżuje, kilka zasłyszanych ciekawostek, garść obserwacji i dużo pozytywnego nastroju, niezależnie od okoliczności, w których autor się znajdzie. Nie odbiera Japończyków jako odmieńców, a ich kultury jako dziwnej, egzotycznej. On zaledwie odnotowuje konkretne przypadki – wspomina o miejscach, które odwiedza i o ludziach, których zna z wcześniejszej korespondencji lub których poznaje dzięki życzliwemu łańcuszkowi powiązań (dla przykładu, w Nishinomiya odwiedza braci franciszkanów, tam poznaje ojca Janusza, ten zapoznaje go z profesorem Umedą, profesor bierze go do siebie, by później napisać mu listy referencyjne do swoich znajomych i tym samym nić międzyludzkich powiązań niesie autora w kolejne zakątki wysp). To czyni tę podróż przyjemną, zarówno dla autora, jak i dla czytelnika. Nigdy nie wiadomo, gdzie los zaniesie autora dalej, bo brak tu jakiegokolwiek z góry ustalonego planu wędrówki. Cel jest jeden – zobaczyć i dowiedzieć się jak najwięcej.
Książka składa się z szesnastu felietonów/reportaży, z czego każdy stara się traktować o innym aspekcie japońskiej kultury, obyczajowości czy krajobrazu. Zdaje się, że nie są one ułożone chronologicznie, trudno też jednoznacznie stwierdzić, czy są to notatki z pierwszej, czy też z obu podróży autora do Japonii. W niczym to jednak nie przeszkadza, a nawet czyta się na swój sposób przyjemniej, bo autor nie stawia w centrum opowieści siebie, tylko interesujące zarówno jego, jak i czytelnika wyspy. Odwiedzamy zatem tradycyjny dom młodych maiko, uczestniczymy w kursie ikebany i bierzemy udział w ceremonii parzenia herbaty, docieramy do gorących źródeł w uzdrowisku Unzen, do malowniczo położonego Beppu pełnego gejzerów, wędrujemy śladami bogów przez miasta Ise, Nara i Kyoto, widzimy poławiaczki pereł podczas ich pracy, rozmawiamy ze studentami na temat nauki w ich kraju, docieramy też, a jakże, na szczyt Fuji. A to przecież tylko niektóre z odbytych wraz z autorem podróży.
Czy warto cofać się w przeszłość, gdy na rynku dostępnych jest tyle pozycji traktujących o Japonii współczesnej? Oczywiście. Bo żaden kraj i żadne społeczeństwo nie istnieje jedynie tu i teraz. Są wynikiem niezliczonych przeobrażeń, płyną, nigdy nie zatrzymując się w miejscu. Warto wiedzieć, co było wczoraj, by lepiej zrozumieć dzień dzisiejszy. A książka Wojciecha Dworczyka rzeczywiście jest jak spacer, spacer pod rękę z dobrym znajomym przez Kraj Kwitnącej Wiśni lat ‘60-tych.
opowieści reżysera Kitano
Takeshi Kitano jest jednym z tych ludzi, o których mówi się człowiek orkiestra – bywa scenarzystą, reżyserem, aktorem (a niekiedy nawet wszystkim na raz), w krótkich zaś momentach oderwania od filmu maluje, rysuje komiksy, pisze. Niesamowita osobowość. Tekst poniższy powstaje pod wpływem obejrzanego przeze mnie ostatnio „Hana-bi”, którego Takeshi Kitano był reżyserem. Tak, reżyserem. Co innego dla filmu tegoż zrobił (a zrobił wiele), w tej chwili mnie nie interesuje. Obejrzałam film, film pozostawił uczucia mieszane, zastanowiło mnie zatem, czy wszystkie filmy Kitano takie są, tak samo oddziałują, i szybko odszukałam w pamięci te niedawno widziane. W sumie jest ich zaledwie sztuk trzy. Na półce czeka „Brat” („Brother”, 2000).
Trudno mi teraz określić, który obraz widziałam jako pierwszy.
Przypuszczam, że był to „Zatôichi” (2003), ale ręki sobie uciąć nie dam. „Zatôichi” emitowany był przez TVP, o porze takiej, że szkoda słów, ale do czasu emisji dotrwałam, film obejrzałam i byłam zachwycona. Warto było. Białowłosy mistrz miecza (tutaj pierwsze skojarzenie, z rodzimym wiedźminem, które tylko zwiększyło uczucie sympatii do bohatera), z pozoru starszy, bezbronny i ślepy masażysta wędrujący przez Japonię XIX wielu. Drugie skojarzenie to szybkie porównanie z „Siedmioma samurajami” („Shichinin no Samurai”, 1954) Akiry Kurosawy, przy czym w przypadku dzieła Kitano liczba samurajów walczących dla biednej wioski okrojona zostaje do sztuki jednej. Miecz Zatôichiego ukryty w lasce siecze równo, krew się leje strumieniami, deszcz wszystko lirycznie okrasza i jest pięknie. Wiem, upraszczam, ale faktem jest, że szalenie spodobało mi się połączenie XIX-wiecznej historii ze współczesną popkulturą. Obejrzałabym chętnie raz jeszcze.
Trup ściele się równo także w „Hana-bi” (1997), z tą drobną różnicą, że zamiast efektownie tnących samurajskich mieczy mamy pistolety yakuzy. Pistolety, jak dla mnie, czaru w sobie nie mają, więc i nadmiar czerwonych plam w obrazie wydał mi się męczący. Jakby jednak nie spojrzeć, piękna i urzekająca jest historia trzech dobrych w swym fachu policjantów, z których jeden (Horibe) zostaje nagle kaleką na całe życie, na drugiego (Nishi) spada ciężar w postaci śmierci córki i pogłębiającej się choroby żony, a trzeci (Tanaka) traci życie, pozostawiając po sobie rodzinę. Historia o tym, że nigdy nie wiemy, jak bardzo i w jak krótkim czasie może odmienić się nasze życie, o tym, jak ważna dla dalszego działania jest inspiracja, o tym, ile jesteśmy w stanie zrobić dla drugiego człowieka.
Trzeci widziany przez mnie film Kitano jest zupełnie inny (no, może z jednym wyjątkiem). Jest bardziej poetycki, więcej w nim wrażliwości i na pewno mniej rozlanej krwi. Mowa tu o filmie „Lalki” („Dolls”, 2002), podzielonym w swej konstrukcji na trzy różne, lecz mimo wszystko splecione ze sobą historie. Pierwsza opowiada o dwójce młodych ludzi, Matsumoto i Sawako, o dokonanym pod wpływem rodziców złym wyborze, o wynikającej z tego tragedii, o obłędzie spowodowanym miłością i ostatecznie o wędrówce, niczym w lunatycznym śnie, przez cztery pory roku, których nasycenie barw razi oczy i rozpływa się w sercu. Opowieść druga jest bardziej charakterystyczna dla Kitano, bowiem rozgrywa się w świecie yakuzy. Hiro, szef mafii, wraca do parku, w którym przed trzydziestu laty dzień w dzień pewna kobieta częstowała go specjalnie dla niego przygotowanym obiadem. Wówczas Hiro zostawił ją, by zarobić pieniądze, by stać się kimś. Nigdy więcej, aż do teraz, nie pojawił się w tym parku. On. Kobieta natomiast przychodziła tu codziennie, siadała na tej samej ławce, w dłoniach trzymając przygotowany dla niego posiłek. Mimo jednak ponownego spotkania, mimo drugiej szansy, mimo żyjącego nadal uczucia nie dane im będzie być razem; te trzydzieści lat między pierwszą a drugą szansą upomina się o Hiro. Opowieść trzecia to historia Haruny Yamaguchi, młodej gwiazdy pop, która po wypadku zamyka się w sobie, i jej najbardziej oddanego fana. Biorąc pod uwagę dwie wcześniejsze historie i ich przebieg, nie ma sensu się łudzić, by ta skończyła się szczęśliwie. Ale właśnie to u Kitano jest ciekawe, myśl, że szczęście to nie całość życia, ale jego fragmenty.
Kolejna rzecz, która w filmach Kitano mnie urzekła, to muzyka. Zarówno do „Hana-bi”, jak i do „Lalek” ścieżkę dźwiękową skomponował Joe Hisashi, ten sam, którego talent mogłam niedawno podziwiać w filmie „Pożegnania” („Okuribito”, reż. Yojiro Takita, 2008) i który jest stałym współpracownikiem uwielbianego przeze mnie Hayao Miyazakiego (studio Ghibli). Połączenie muzyki Hisashiego z obrazami Kitano jest czymś naprawdę dobrym.
W filmach Takeshiego Kitano krwi jest dużo. Albo się to polubi, przetrawi, przymknie oko, albo nici z przyjemności oglądania, bo obrazy będą drażnić. Ale jest też druga warstwa jego filmów, która zmusza do myślenia, która pokazuje uparcie, że i w świecie pełnym przemocy miejsce na liryzm, na miłość, przyjaźń czy poczucie braterstwa się znajdzie. Warto do tej warstwy dotrzeć.
kot z Iriomote

“Czułem niesamowity i przyjemny zarazem dreszcz emocji, zdając sobie sprawę, że oto właśnie dopływam do legendarnej, w pewnym sensie, wyspy zamieszkałej przez niezwykły gatunek kotów, które poza tym miejscem nie występują nigdzie indziej na świecie – kotów z Iriomote. Jest to również jedyny przypadek na naszym globie, kiedy dziki kot zamieszkuje tak małą wyspę, daleko od stałego lądu. Oczywiście doskonale rozumiałem, że odczucia te podziela zaledwie garstka osób, a przytłaczająca większość nigdy nawet nie słyszała i nie usłyszy jego nazwy, ale świadomość przynależności do tej garstki tym bardziej była dla mnie ekscytująca.”
za: Krzysztof Schmidt/ Nozomi Nakanishi, Iriomote. Wyspa dzikich kotów, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2008, str. 30-31
Miyajima

© M. Dębiński
“Mijadzima jest wyspą świętą, podobnie jak Fudzi-san jest świętą górą. Nie wolno przywozić tu psów, używać pojazdów mechanicznych, uprawiać jakiejkolwiek działalności gospodarczej. W czasach feudalnych nie wolno było na Mijadzimie rodzić się ani umierać. (…) Miniaturowa zielona wysepka, zwana Wyspą Świątyń, przypomina z daleka mieniący się barwny klejnot. Przybysza wita ogromna, wysunięta w morze torii – brama z czerwono lakierowanego kamforowego drzewa. (…) Mijadzima jest siedzibą najwspanialszej świątyni sintoistycznej Itsukusima, poświęconej boginiom: Icikisima, Tagori i Tagitsu. Objawiwszy się niegdyś pobożnemu człowiekowi za pośrednictwem świętej wrony niosącej w dziobie kwiat wiśni, ogłosiły one swą wolę osiedlenia się tutaj. Od blisko dziewięciuset lat urzędują na tej wyspie w obszernej, stale rekonstruowanej i odnawianej świątyni na brzegu morza.”
za: Wojciech Dworczyk, Spacer wśród kwitnących wiśni, Czytelnik 1966, str. 40-41
(3)
Wiesz,
Dziewczynka
Nie powinna
Chodzić po drzewachJeśli chodzi na szczudłach,
Mówią o niej chłopczyca.
A jeśli gra w wojnę bączkami,
Mówią głupiutka.Wiem
To wszystko.Bo karcili mnie
Za jedno i drugie./Misuzu Kaneko, Dziewczynka
Wiesz,