(4)

Luty 4, 2010 2 komentarzy

Zazdrościć trzeba japońskim dziewczętom,
że od lat dziecięcych miłości bywają uczone,
tak wcześnie,
z najsłodszą pieśnią, z wtórem samisenu jednocześnie.
I zakwitają w miłości bez trwogi jak wiśnie,
z całym światem ptasim, owadzim i kwiatowym jednomyślnie.
A z kwiatu owoc — kiedy usta wiatru płatki oberwą i zdmuchną
zmieniają się — jak sen jasny w radosną jawę — leciuchno.

/Kazimiera Iłłakowiczówna, Japońskie dziewczęta/

“Chrestomatia współczesnych opowiadań japońskich”

Styczeń 29, 2010 Dodaj komentarz

wybór, wstęp i tłum.: Monika Szychulska
wyd.: Wydawnictwo Akademickie DIALOG 2005

Żeby z samego początku rozwiać jakiekolwiek wątpliwości, zaznaczyć muszę, iż w tym przypadku określenie japońskie opowiadania współczesne nie odnosi się do utworów powstałych w ostatniej dekadzie (co zapewne byłoby logiczne), ale do utworów powstałych w okresie Meiji i Taishô, a zatem między rokiem 1868 a 1926. Był to czas otwierania się Japonii na świat, czas zderzenia z mocarstwami zachodnimi, a tym samym czas ogromnych zmian w każdej dziedzinie, zarówno w strukturach rządowych, jak i w życiu codziennym, w mentalności. Nowy świat potrzebował nowego języka, który zmiany te mógłby nazwać, opisać, a moda na literaturę zachodnią zaowocowała modernizacją literatury rodzimej. Nowością było między innymi pojęcie miłości romantycznej, opierającej się na związku jednego mężczyzny z jedną kobietą. Miłość ta, dodatkowo, miała znaleźć miejsce w małżeństwie, które do tej pory było czymś w rodzaju instytucji o charakterze ekonomicznym i nie wiązało się go z miłością czy erotyką. Kolejne przeobrażenia społeczne obserwowane były wnikliwie przez młodych pisarzy, a pojęcie miłości z czasem przekształciło się i zaczęto go używać w kontekście miłości do ludzi w ogóle, do piękna, sztuki, przyrody.

O miłości traktują właśnie opowiadania zawarte w tomiku “Chrestomatia współczesnych opowiadań japońskich”. Jedne mówią o miłości niespełnionej, w młodości przemilczanej, by nie sprzeciwić się woli rodziców (“Trzynasta noc”, Ichiyô Higuchi), inne o miłości do dziecka (“Kochana”, Riichi Yokomitsu), o miłości do istoty żywej, jak ptaszek, który pozostawiony w klatce samemu sobie musiał umrzeć, bo zabrakło kogoś, kto by się nim systematycznie i odpowiedzialnie zajął (“Ryżowiec”, Sôseki Natsume). Znajdzie się tu też miejsce na pochwałę posłuszeństwa i respektu bez względu na tytuły (“Profesor Tomioka”, Doppo Kunikida), na zetknięcie Wschodu z Zachodem (“Remont”, Ôgai Mori), na westchnienia do pewnej gejszy, które westchnieniami miały tylko pozostać (“Miłość platoniczna”, Nagoya Shiga) i na konfrontację cudu życia z nauką (“Laboratorium”, Takeo Arishima). Najbardziej z całego tomiku przypadły mi do gustu trzy opowiadania. Można powiedzieć, że w pewnym stopniu wyróżniają się na tle pozostałych siedmiu, może tematyką, może sposobem prowadzenia narracji, a może czymś zupełnie innym. W utworze “Tarôbô” Rohana Kôdy spoglądamy na związek dwojga ludzi przez pryzmat dwóch czarek do sake z malutkimi fiołkami, Tarôbô (czarka większa, męska) i Jirôbô (czarka mniejsza, utożsamiana z kobietą). Z przerywanej śmiechem opowieści podpitego sake narratora wyłania się historia miłości niespełnionej. Czemuż niespełnionej? Nigdy się nie dowiadujemy.

Czy znajdzie się choć jedna osoba, która zdoła ocenić, czy mówiłem prawdę? Albo ktoś, kto potrafi zadecydować, czy moje trudne doświadczenia są dobre czy złe? Tarôbô, który jako jedyny dzielił ze mną wszystkie sekrety, już nie ma… Wskazywanie palcem na wodę i mówienie o lodzie, albo spoglądanie w niebo, po to, żeby opowiadać, gdzie podziała się woń kwiatów, to jedynie czcze słowa. Cóż da przytaczanie starych historii za pomocą nowych słów?” (str. 44)

Kan Kikuchi w utworze “Poza miłością i nienawiścią” pokazuje proces przemiany z pospolitego przestępcy, który popełnił zbrodnię najwyższą, zabijając swego pana, w żywe wcielenie Buddy, człowieka, który poświęca lata swego życia i wyniszczając własne ciało, drąży tunel w kamiennej ścianie, chcąc w ten sposób ocalić innych. Wyjątkowo podobało mi się opowiadanie Ryûnosuke Akutagawy, “Jesień” – historia młodej kobiety, która wyróżnia się na studiach ogromnym talentem pisarskim, a przy tym tworzy idealną parę ze swoim kuzynem, również zafascynowanym literaturą, z którym godzinami potrafi rozmawiać na dziesiątki tematów, śmiać się, żartować. A jednak ani pisarstwo, ani szczęśliwa miłość nie znajdą dla siebie miejsca w jej przyszłym życiu. Temat niby błahy, a jednak opowiadanie coś takiego w sobie ma, że trudno przejść obok niego obojętnie.

Dziesięć różnych autorów, dziesięć różnych opowiadań, dziesięć oblicz tego samego uczucia. Śmiem stwierdzić, iż Monika Szychulska dokonała naprawdę dobrego wyboru.

Jagodowa miłość (2007)

Styczeń 27, 2010 Dodaj komentarz

oryg.: My Blueberry Nights, Chiny/Francja/Hongkong
reż.: Kar-Wai Wong

Są filmy, do których wracam. Czego nie robię, to druga recenzja tego samego filmu, tej samej książki. Raz, przed laty, spróbowałam – to nie to, stwierdziłam. Raz się przelewa wrażenia, później można je tylko skorygować, jeśli trzeba. Obejrzałam dziś ponownie “Jagodową miłość”, odszukałam ówczesną recenzję. Nie mam nic do dodania. Recenzja pojawiła się na jednym z wcześniejszych blogów, zniknęła z Netu wraz z nim. Zamieszczam ją poniżej, bo wciąż aktualna. I, jakby nie patrzeć, reżyser jest pochodzenia chińskiego, więc będzie tu jak najbardziej na miejscu.

***

Jak możesz pożegnać się z kimś, bez kogo nie wyobrażasz sobie życia? Nie pożegnałam się. Nic nie powiedziałam. Po prostu odeszłam. Tamtej nocy postanowiłam przejść przez drogę w jej najszerszym miejscu.

Jestem na tak, zdecydowanie na tak. Względem filmu. Może dlatego, że cenię dziwność i to coś, co trudno odnaleźć w świecie teraźniejszym – zwolnienie. I może dlatego też, że lubię Norah Jones i jej melancholijnie jazzujący głos, który z obrazem Wonga współgra idealnie. I może dla gry aktorskiej Natalie Portman, którą doceniam szczerze, i która w rolę wyrafinowanej hazardzistki podświadomie szukającej towarzystwa drugiego człowieka wcieliła się przekonująco. Może dla kilku celnych myśli, których ulotność, a czasem i banalność, nie pozwala nam ich wyłapać na co dzień. Może dlatego, iż za każdym razem intryguje mnie efekt zderzenia mentalności wschodu z interpretacją zachodu lub odwrotnie.

Wiem jedno. Jeśli ktoś bardzo zakorzenił się w życiu pełnym pośpiechu, w życiu, w którym ważniejsze jest mieć, niż czuć, w życiu, w którym wszystko musi mieć konkretny cel, w którym trzeba wszystko dokładnie zaplanować i cały dzień zapełnić od A do Z, taki ktoś nie zrozumie tego filmu, film wyda mu się nudny, nadaremno będzie czekał na akcję, spójność i sens.

Mówi się, że diabeł tkwi w szczegółach. Tutaj szczegółów jest pełno. Dźwięk, kolor, ton głosu, sposób prowadzenia kamery, myśl, że “czasami lepszy jest papier” zamiast telefonu. To takie rozproszone obrazki, może trochę niepozorne, składające się ostatecznie na piękną całość.

Niemal rok zajęło mi dotarcie tutaj. Właściwie nie było tak ciężko przekroczyć tę ulicę. Wszystko zależy od tego, kto czeka po drugiej stronie.”

“Bijące serce Chin” raz jeszcze

Styczeń 22, 2010 Dodaj komentarz

oryg.: Reisewege zur Kunst – China, Niemcy 2007

Dziel się z innymi szczęściem, smutek zostaw dla siebie“, mówi chińskie przysłowie. Wyłapało je moje ucho z drugiego odcinka serialu dokumentalnego “Bijące serce Chin”. Strasznie przypadły mi te słowa do serca. Serial nadal emitowany jest przez TVP2 w niedzielne poranki i nadal bardzo go polecam. Wyszukałam, iż seria ta wydana została również w wersji DVD i składa się, w przeciwieństwie do wersji telewizyjnej, nie z pięciu, a z ośmiu odcinków (wersja DVD rozszerzona jest zatem o takie prowincje, jak Guangdong, Guizhou i Shandong). I już ubolewam nad brakiem tych trzech części – DVD, o ile mi wiadomo, nie zostało wydane na rynek polski (bynajmniej moje poszukiwania w Sieci na to wskazują).

Poniżej krótkie recenzje pozostałych trzech odcinków na kolejne trzy niedziele (jeśli TVP planów nie zmieni).

Bijące serce Chin, odc. 3, Yunnan: Zauberwälder und Schamanen
reż.: Peter Weinert

“W Chinach żyje 55 oficjalnie uznanych mniejszości narodowych. Jedną z najliczniej zamieszkanych przez nie prowincji jest Yunnan. Co roku w Kamiennym Lesie Shilin w stolicy Yunnan odbywa się najpopularniejsza uroczystość związana z wierzeniami ludów Yi i Sani, tzw. święto pochodni. Na festiwal przyjeżdża tam średnio 80 tysięcy widzów. Z kolei leżące na północy prowincji Jainshui od sześciu wieków stanowi dom dla ludu Hani. Jego członkowie słyną z uprawy ryżu, którą doprowadzili do perfekcji. Na uwagę zasługuje również Lijiang, którego najstarszą z dzielnic Dayan, siedzibę ludu Naxi, umieszczono w 1997 roku na liście światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Naxi, jedna z najmniej licznych mniejszości narodowych Chin, ma swój wkład nie tylko w rozwój architektury, lecz także w bonsai, czyli sztukę uprawiania miniaturowych drzew.”

Bijące serce Chin, odc. 4, Hunan: Mönche, Maler, Mumien
reż.: Josef Kirchmayer

“W kolejnym odcinku serialu przybliżającego cywilizację, kulturę i codzienność Chin, jego twórcy odbywają podróż do prowincji Hunan. Na jej terenie znajduje się największy, liczący ponad dwa tysiące lat, kompleks świątynny w południowych Chinach – Nanyue. Na powierzchni blisko dziewięciu tysięcy metrów kwadratowych mieści się tam aż osiem świątyń buddyjskich i osiem daojiao. Wybudowane na ponad 1200 m n.p.m. sanktuarium jest ważnym elementem życia duchowego Chińczyków. Całkowicie inną scenerię przedstawia stolica prowincji Hunan – Changsha, nad którą dominują drapacze chmur. Jedną z głównych atrakcji okolicy stanowi położona na wzgórzu akademia konfucjańska Yuelu. Realizatorzy odwiedzają też z kamerą góry Wulingyuan, na północnym zachodzie prowincji Hunan. W latach 80. XX wieku utworzono tam Park Narodowy Zhangjiajie. Od 1992 roku rezerwat figuruje na na Liście Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego UNESCO.”

Bijące serce Chin, odc. 5, Anhui: Im Pfirsichblütenland
reż.: Manfred E. Schuchmann

“Góry Huang Shan w południowej części prowincji Anhui od wieków stanowiły ulubiony temat chińskich malarzy i poetów. Ich piękno rozsławili artyści epoki Ming. Z czasem powstała tam szkoła malarska Xin’an, której adepci utrwalali na swoich dziełach malownicze wapienne urwiska i gaje brzoskwiniowe. Ze względu na swój unikalny charakter Huang Shan zostały wpisane w 1990 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W rejonie Huang Shan leży miasto Tunxi, które w czasach dynastii Ming i Qing stanowiło ważny ośrodek handlowy. Na uwagę zasługuje położone w starej dzielnicy muzeum Wancuilou, w którym szczególne miejsce zajmuje kolekcja obrazów szkoły Xin’an.”

“Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej”

Styczeń 21, 2010 3 komentarzy

przeł.: Blanka Yonekawa
ilustr.: Wiesław Rosocha
wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy 1986

Pytanie cisnące się na usta w kolejności pierwszej: a gdzie autor? Otóż, autor jest zbiorowy, gdyż do czynienia mamy tu z antologią. Blanka Yonekawa nie tylko dokonała przekładu tekstów, ale i ich wyboru, poza tym jest autorką przypisów i not biograficznych zamieszczonych na końcu książki. Wracając do samych autorów, jest ich dwunastu i myślę, iż nietaktem byłoby nie wymienić ich kolejno i nie przypisać im konkretnych tekstów, pozwolę sobie zatem na niewielką listę: Koizumi Yakumo (“Przygoda kupca”, “Opowieść przy wtórze lutni”, “Zdrowy rozsądek”, “Podstęp”, “Na dnie czarki”), Izumi Kyôka (“Świątobliwy bonza z góry Kôya”, “Nocny połów”), Akutagawa Ryûnosuke (“Piekieł wizerunek niezwykły”), Nakajima Atsushi (“W górach przy księżycu”), Tanizaki Jun’ichirô (“Szkaradne oblicze”, “Królestwo w miniaturze”), Kawabata Yasunari (“Pieśń liryczna”, “Ręka”), Dazai Osamu (“Rybką być”), Ibuse Masuji (“Kwiaty śliwy i mroku”), Fukazawa Schichirô (“Apeniny w świetle księżyca”, “Ballada o Narayamie”), Endô Shûsaku (“Pająk”), Nosaka Akiyuki (“Bluszcz cmentarny na Przełęczy Kościotrupa”), Yûki Shôji (“Samotny kruk”). W przypadku autorów zachowałam zapis oryginalny, stosowany przy tym w książce, czyli wpierw nazwisko, później imię – nadmieniam, by nie było żadnych wątpliwości.

Byliście może kiedy na starej wieży, która sterczy w mrok, wspinaliście się w ciemności na sam koniec wysokich schodów, gdzie nic nie ma, prócz sieci pajęczych? Albo szliście może wąską ścieżką brzegiem urwiska, gdzie w dole się otwiera morze, a za zakrętem spotyka się nagle skały niby zęby piły? Z literackiego punktu widzenia wartość emocjonalna takich przeżyć polega głównie na tym, że budzą one mocne uczucia.” (Y. Koizumi, Na dnie czarki, str. 25)

Opowieści niesamowite. Opowieści z pogranicza jawy i snu, opowieści budzące grozę,  zahaczające o świat niematerialny, czerpiące zarówno z legend, mitów, podań, jak i ze zwykłego ludzkiego strachu, który wyolbrzymia najbardziej błahą rzecz i sytuację. Kiedyś przekazywane z ust do ust, później spisywane, dziś służące za materiał do filmów z dreszczykiem, do uwielbianych przez wielu horrorów. Zadziwiające, jak bardzo je lubimy, jak bardzo lubimy się bać.

Opowiadań w tomiku jest dwadzieścia, a powstawały na przestrzeni całego XX-go wieku. Najstarsze są, zdaje się, opowiadania Koizumi Yakumo, znanego światu jako Lafcadio Hearn, angielskiego pisarza uważanego przez Japończyków za ich pisarza narodowego. Jakże oni musieli go doceniać, skoro przyjęli go do siebie, uznali za swego rodaka! I słusznie. Jego opowiadania wyróżniają się na tle całego tomiku nie tylko długością (są wyjątkowo krótkie), ale i niezwykłym nastrojem, jaki w nich panuje. Podziwiam, doceniam. I już planuję lekturę wydanego przez Diamod Books zbioru “Kwaidan. Opowieści niesamowite” autorstwa właśnie Lafcadio Hearn’a (2008, oryginał z roku 1905). Wyjątkowo ciekawe wydały mi się też opowiadania Tanizaki Jun’ichirô, w których uderza płynna narracja i wisząca w powietrzu niewiadoma, wprowadzająca bohaterów w konsternację. Kawabata Yasunari zauroczył mnie po raz kolejny, choć do tej pory miałam go za pisarza odnoszącego się wprawdzie do świata zmysłów, ale realistycznego, a Fukazawa Schichirô zwrócił na siebie moją uwagę właśnie tytułową “Balladą o Narayamie”, wspaniałym opowiadaniem o przywiązaniu do tradycji, o swoistym poświęceniu – rzecz naprawdę godna polecenia i nie dziwi fakt, że na podstawie opowiadania nakręcono film (Narayama bushiko, reż. Shohei Imamura, 1983).

Opowiadania są różne, mniej lub bardziej ciekawe, mniej lub bardziej budzące grozę, przykuwające uwagę. W jednych mamy przyjmujące ludzką postać zwierzęta, jak lisy, borsuki czy jenoty (znane też jako tanuki), w drugich napięcie wywołuje zwykłe ludzkie okrucieństwo, chciwość, szaleństwo. Różnorodność ta pozwala mi przypuszczać, iż wśród odbiorców opowieści niesamowitych znaleźć się mogą zarówno osoby zafascynowane przenikaniem się świata niematerialnego z materialnym, namacalnym, jak i sceptycy (albo realiści), którzy jednakże chętnie sięgają po kryminały czy horrory.

“Bijące serce Chin”

Styczeń 15, 2010 3 komentarzy

oryg.: Reisewege zur Kunst - China, Niemcy 2007

Pomyślałam sobie, że pośród Was, czytelników, są może wielbiciele kultury, przyrody czy choćby architektury Chin, którzy, tak jak ja, nie skrzywią się na wiadomość o wczesnej porze emisji i chętnie obejrzą program oferowany przez TVP2 w cyklu “Nie tylko dla pań”. Mam tu na uwadze pięcioodcinkowy serial dokumentalny. Pierwszy jego odcinek, “Bijące serce Chin – Sichuan”, można było obejrzeć w ubiegłą niedzielę. Obejrzałam, wciągnął mnie tematyką, wykonaniem, obrazami i przyjemnym głosem polskiego lektora (Elżbieta Groszek), tak iż z pewnością wyczekiwać będę odcinków kolejnych. Jeśli ktoś lubi reportaże i filmy przyrodnicze, polecam.

kadr z filmu

Poniżej krótka recenzja odcinka pierwszego (bo zapewne kiedyś-tam będzie powtórka i może ktoś jest ciekaw, co oferuje) oraz odcinka drugiego – oba teksty nie są mojego autorstwa, przytacza się je w programach TV i trudno o konkretniejszy przypis.

Bijące serce Chin, odc. 1Sichuan: Pandas, Bambus und Gewürze
reż.: Eva Maek-Gérard

“Syczuan to położona na południowym zachodzie Chin prowincja granicząca z Tybetem. Na jej terenie powstał park narodowy Jiuzhaigou. W rezerwacie na wysokości 4 tys. m n.p.m. znajdują się przepiękne jadeitowe jeziora. To za ich sprawą park trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Na terenie Syczuanu wznosi się też Emei Shan – jedna z czterech świętych gór buddyzmu, cel pielgrzymek tysięcy wyznawców tej religii, i jednocześnie azyl ostatnich żyjących na wolności pand. Stolicą prowincji jest Chengdu. W nim znajduje się kolejny obiekt, który pod swoją opiekę wzięła UNESCO – liczący 2300 lat system irygacyjny, który działa do dziś. 50 km na północ od Chengdu, w Sanxingdui, natrafiono na znalezisko uznawane za dziewiąty cud świata: posągi i maski z brązu świadczące o tym, że już 5 tysiącleci p.n.e. w okolicach Chengdu istniała wysoko rozwinięta cywilizacja.”

Bijące serce Chin, odc. 2, Jiangsu: Zwischen Kaiserkanal und Wolkenkratzern
reż.: Barbara Dickenberger

“Podróż po położonej we wschodnich Chinach prowincji Jiangsu. Jej krajobraz i historię kształtowała woda: potężna Jangcy przepływająca przez jej terytorium i Tai Hu – jedno z największych jezior Chin. W Jiangsu znajduje się “Wenecja Wschodu”, urocze miasteczko Zhaouzhuang, położone wśród malowniczych kanałów, pełne małych warsztatów, herbaciarni i sklepików. 30 km dalej leży Suzhou – dawne cesarskie miasto położone nad Wielkim Kanałem. Ozdobą miasta są słynne klasyczne ogrody krajobrazowe. Zostaną pokazane również miasta: Wuxi i Nankin.”

Zatem, jeśli są zainteresowani, zapraszam przed ekrany: TVP2, niedziela, 17.01.,ok. 6:00 rano – tak, wiem, pora zabójcza, ale warto;)

“Ostrożnie, pożądanie”

Styczeń 9, 2010 3 komentarzy

autor: Eileen Chang
przeł.: Katarzyna Kulpa
wyd.: Wydawnictwo W.A.B. 2008

Opublikowana po raz pierwszy w roku 1979 (choć wydanie polskie wskazuje na rok 1983, o co chodzi, nie wnikam, w Necie informacji jak na lekarstwo) nowela, w roku 2007 przetłumaczona została na język angielski przez Julię Lovell. Polska edycja jest przekładem z języka angielskiego właśnie. Trochę szkoda, jak zawsze w przypadku przekładów przekładu. Im dłuższa droga od autora do czytelnika, tym bardziej przypomina to zabawę w głuchy telefon. Mam tylko małą nadzieję, że nowela, którą czytałam, za bardzo od oryginału nie odbiega.

Nowelka jest krótka, a wydanie W.A.B.-owskie przetasowane kadrami z filmu Anga Lee (Lust, caution/ Se, jie, 2007), powstałego na jej podstawie. Jest to atut, czy może zbędna wkładka, sama nie wiem. Na pewno w jakiś sposób wpływa na wyobrażenia o bohaterach i świecie przedstawionym, a nie wszystkim to odpowiada. Mnie troszkę mierzi. Choć sam film chętnie obejrzę.

Szanghaj, lata 40-te XX w. Terytorium Chin okupowane przez Japonię. Pan Yi, dygnitarz marionetkowego rządu Wanga Jingweia, kieruje departamentem odpowiedzialnym za wywiad rządowy. Lat pięćdziesiąt, żona uwielbiająca życie w przepychu, pierścionki z diamentami i grę w madżonga, nigdy nie zaznał miłości. Wang Jiazhi, młoda studentka podająca się za żonę biznesmena z Hongkongu, w gruncie rzeczy należąca do podziemnej grupy przeciwnej okupantowi i rządowi, który się mu poddaje. Zadaniem Jiazhi jest zdobyć zaufanie żony pana Yi, uwieść samego pana Yi i doprowadzić do jego zlikwidowania. Wykonanie zadania zajmuje jej dwa lata. Sama nie zauważa, w którym momencie rodzi się w niej uczucie do pana Yi. Ani w którym momencie on je odwzajemnia. Jednak ani czasy, ani okoliczności nie sprzyjają miłości, pozostaje więc ona niewypowiedziana. Odkrywa swe oblicze dopiero w chwili ostatniej, decydującej. Zbyt późno.

Nie podobał mu się przebieg tej wojny i nie miał pojęcia, jak się to wszystko dla niego skończy. Doznał jednak miłości pięknej kobiety, teraz mógł zginąć bez żalu. Nieustannie czuł w pobliżu jej cień, który go pocieszał. Chociaż na koniec znienawidziła go, przynajmniej coś do niego czuła.” (str. 89-90)

Są osoby, które nowelę krytykują. Bo za krótka, bo nie widać w niej żadnej miłości, bo za mało sportretowane społeczeństwo i czasy. Ale to nowela, nie powieść. Tutaj najwięcej treści znajduje się w przemilczeniu, między jednym a drugim z pozoru błahym zdaniem. Niektóre fragmenty trzeba czytać wielokrotnie, zwłaszcza te dotyczące sytuacji politycznej, powiązań. Miłość też nie rzuca się w oczy jako pierwsza, ani zachowaniem bohaterów, ani tym bardziej słowami. Ale ona jest, dokładnie taka, jak czasy, w jakich zaistniała.

Eileen Chang pisze subtelnie, delikatnie. Nie używa ozdobników, załamuje chronologię, opisując trudne czasy, nie stroni od poczucia humoru. To przyciąga. “Żadne inne opowiadanie nie jest tak okrutne i tak piękne jednocześnie“, powiedział Ang Lee o nowelce “Ostrożnie, pożądanie”. Nie wiem, innego opowiadania Eileen Chang nie czytałam. Ale z przyjemnością braki nadrobię. Choćby po to, by sprawdzić, czy Lee miał rację.

świąteczno-noworocznie

Grudzień 22, 2009 10 komentarzy

Zapalasz ogień;
Pokażę ci coś ładnego -
Wielką kulę śniegową!

Bashō (1644-1694)

Przychodzimy, by za chwilę zniknąć, napisałam przed laty na jednym z moich blogów. Nie grzejemy miejsca na długo nigdzie. Poznajemy się, odwiedzamy, usuwamy konto i nas nie ma. Pozostaje pamięć. Może przerażać nas chwilowość, a przecież życie to tylko chwile. Nauczmy się nimi cieszyć i pozwólmy im zamienić się w piękne wspomnienia, gdy ich czas się skończy. To jedno z moich życzeń do Was, dających o sobie czasem znać, jak również tych czytających anonimowo. Życzę Wam też wiary w siebie i w to, że zawsze może być lepiej, a szczęście tkwi w rzeczach drobnych. I uśmiechu Wam życzę, i odwagi spełniania marzeń. I bliskości z ludźmi, choćby na odległość.

Wesołych Świąt! I wszelkiej pomyślności w roku kolejnym.

Bli, gdziekolwiek teraz jest, nazywała ten czas zgniło-sentymentalnym. Nadal uwielbiam to określenie, jakoś nie może mi wyjść z głowy;)

“Iriomote – wyspa dzikich kotów”

Grudzień 11, 2009 2 komentarzy

autor: Krzysztof Schmidt, Nozomi Nakanishi
wyd.: Zysk i S-ka 2008

“Jest wiele miejsc na świecie, których nazwy nikomu nic nie mówią. Przypuszczalnie duża część z nich wcale nie zasługuje na to, aby ktokolwiek coś o nich wiedział. Ale istnieje przecież ta druga część, która z jakichś banalnych powodów nadal zalicza się do tej kategorii, choć nie powinna. Do niej należą te obszary, które są warte poznania, ale zabrakło kogoś, kto mógłby i zechciał o nich wszystkim opowiedzieć.” [str. 9]

Krzysztof Schmidt zechciał. Zechciał opowiedzieć o maleńkiej wyspie w archipelagu Riukiu i o swoich prowadzonych tam badaniach nad yamaneko, jedynymi dzikimi kotami żyjącymi w oderwaniu od stałego lądu, których populacja stanowi już tylko około stu osobników. Opowieść swą prowadzi lekko, przystępnie, uwodząc czytelnika wspaniałościami przedziwnej wyspy, na której czas nieznacznie się zatrzymał. Prawdziwa gratka dla miłośników reportażu, badaczy i fascynatów kotów oraz dla tych, którzy chcieliby poznać ten fragment Japonii, w którym cywilizacja nie zdążyła się jeszcze na dobre zagnieździć.

Obszerniejsza recenzja ukazała się w czwartym numerze magazynu Torii – Japonia znana i nieznana. Zainteresowanych artykułem lub Japonią w ogóle uprzejmie tam odsyłam.

Dni Kultury Japonii, Łódź 2009

Listopad 25, 2009 Dodaj komentarz

W dniach 16-24.11.2009 miały w Łodzi miejsce kolejne, 27-me już Dni Kultury Japonii. Organizatorami byli, jak i w roku ubiegłym, Ośrodek Języka i Kultury Japonii im. prof. Ryochu Umedy oraz Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne plus kilka innych placówek kulturalno oświatowych. Kto ciekaw szczegółów, niech zerknie w tegoroczny program. O całości festiwalu, który tym razem odbył się pod szyldem “Świat japońskiego teatru”, wypowiadać się nie będę – niemieszkanie w takich chwilach w Łodzi skutkuje tym, że trudno pojawić się na wszystkich pokazach i prelekcjach, trzeba wybierać. Zwłaszcza, gdy dowiaduje się niemal w ostatniej chwili (to mój mały zarzut odnośnie nikłej reklamy festiwalu).

Więc wybrałam.

Zdjęcia pozwolono robić dopiero po przedstawieniu, więc jakby na jeden znak - ukłon grupy i wszystkie aparaty w ruch^^

Nie mogłam odmówić sobie obejrzenia spektaklu teatru pantomimy pana Hiroyasu Sasaki z czteroosobowym zespołem. Fantastyczna rzecz! Niebywałe, iż za pomocą gestów i muzyki oddać można tyle emocji, przekazać tkwiące w głowie aktora obrazy szerokiej publiczności i nawiązać z nią nić porozumienia, nie posługując się ani jednym słowem. Człowiek współczesny pozbawiony uczuć, zamieniający się powoli w maszynę, wykonującą codzienne, rutynowe czynności, bez wnikania w głębię, naciąganie liny, łapanie motyli, wchodzenie do rzeki bosymi stopami, człowiek zaplątany w sieci, z których wydostanie się dopiero docierając do własnego wnętrza, do źródła spokoju. Nie wiem, czy taki był przekaz pana Sasaki, ale takie właśnie obrazy nasuwały mi się do głowy podczas spektaklu.

“Chado – pokaz ceremonii herbacianej” pod nadzorem pani Yoko Aso pozostawił we mnie pewien niedosyt, czegoś mi zabrakło na płaszczyźnie organizacji. Wierzę, iż dziewczęta długo ćwiczyły do prezentacji, wierzę, iż mogły mieć tremę, ale drażnił mnie nieco ich brak skupienia podczas parzenia herbaty czy też późniejszego sprzątania czarek. Cały czas przychodziła mi na myśl dokładność dziewcząt prezentujących ceremonię podczas Dni Kultury Japonii w Biskupinie. Plusem niewątpliwym była jednak możliwość skosztowania łyka zielonej (dosłownie) herbaty. Zauważyłam przy tym, że już tak zapita jestem zieloną herbatą na co dzień, iż szczególnej jakiejś goryczy, o której mowa była, zbytnio nie poczułam, a i Pchełka moja raczej się nie krzywiła.

Emiko-san wyjaśnia, co i jak...

Z ciekawością wysłuchałam prelekcji pana Yoshimasa Mizuo “Manga i anime – działalność wydawnicza w Japonii”. Mimo iż nic nowego się nie dowiedziałam, miło było posłuchać. Z pewnością mogło zainteresować osoby, które w temacie jeszcze raczkują. Pchełka z całej prelekcji odnotowała… wielkiego Pikachu na ekranie;) I fragment animacji “Ponyo on the Cliff” (reż. Hayao Miyazaki, 2008).

“Cuda na scenie – makijaż teatralny” zainteresowało mnie szczególnie. I nie bardzo zgadzam się ze słowami prowadzącej prelekcję Izumi Yoshida – historia JEST ciekawa i o historii właśnie makijażu posłuchałabym z nieukrywaną przyjemnością. Nyo, ale może należę do mniejszości;) Interesujące, że z wykładu o makijażu gładko przeszliśmy do teatru muzycznego Takarazuka i kilku fragmentów rewii – w sumie też miło. Bo w gruncie rzeczy, czy to ważne, czy trzymamy się tematu, czy też delikatnie od niego odbiegamy? Grunt, że nadal tkwimy przy Japonii, a zebrani dobrze się bawią.

Warsztaty suibokuga i wyrób ozdób praban sobie odpuściłam. Bynajmniej nie dlatego, że uznałam je za mniej ciekawe (skądże!), ale obiecałam Pchełce warsztaty origami. A warsztaty, poprowadzone przez panią Emiko Hiraoka, wypadły ogromnie sympatycznie, co skutkowało ogromnym rogalikiem na buźce Pchełki i chęcią samodzielnego składania papierowych figurek w domu.

... a rezultaty pracy - o, takie^^

Oprócz tego obejrzałam dwie wystawy fotografii – “Góra Fuji” Mitsuhiro Yokoyama oraz “Festiwal w Japonii” Masakatsu Yoshida, oczy nacieszyłam wystawą kimon, kakemono i akcesoriów (ach! te śliczne, malutkie zori), przyjrzałam się też wystawie “Urushi – świat japońskiej laki”, zawierającej prace Tsuneo Goto i Tetsuhiro Aso. Rzeczy naprawdę piękne.

Co mi się w łódzkich Dniach Kultury Japonii wyjątkowo podoba, to nie dobór materiału, jakość wykładów, ilość prezentowanych zbiorów czy filmów, ale atmosfera, jaka tam panuje. Czasami mam wrażenie, że ci ludzie angażowali by się w te dni, nawet gdyby mieli je robić wyłącznie dla siebie. Mnóstwo tam uśmiechu, radości, pasji, bez względu na wiek. To się ceni.